Prawda w polskim filmie – rozprawka na Narodowe Święto (Zero vs Galerianki vs Mniejsze zło)

(Zastrzeżenie: nie widziałem jeszcze ni Rewersu ni Domu złego, które – jeśli wierząc recenzjom i komentarzom – są najbardziej udanymi polskimi obrazami tego roku).

<brak wstępu>

Najbliżej uchwycenia jakiegoś tam sensu o Polakach był Paweł Borowski w Zerze, obrazie, który usatysfakcjonuje przede wszystkim wielbicieli Altmana, Inarritu czy Andersona. Ważny Biznesmen (Robert Więckiewicz) uruchamia w swym krystalicznym pokoju dyrektora w krystalicznie nieskazitelnym wieżowcu kulki Newtona, a zaraz potem wykonuje telefon do detektywa, któremu zleca śledzenie żony. Kulki Newtona mają sygnalizować, że mijając się, przekazujemy sobie energię, ale także zmieniamy los innych, co z kolei w filmie rozpoczyna rozmowa telefoniczna. Oto bowiem w Zerze mamy bez mała trzydzieści postaci, a narracja przechodzi płynnie od jednej do drugiej, gdy te wpadają na siebie przypadkowo na ulicy, dzwonią do siebie, przepychają się między sobą w sklepie, obijają sobie mordę, zabijają.

Taka estetyka na Zachodzie została ograna na wszelkie możliwe sposoby, w Polsce to temat dopiero rozgrzebywany. I choć sam pomysł jest wtórny, to jego realizacja jest znakomita. Mimo niespotykanej ilości równorzędnych bohaterów, żaden z wątków nie umyka naszej uwadze, nie jest zapominalny. Całość zbudowana jest niezwykle precyzyjnie, z realizatorską wprawą (doskonałe zdjęcia, w szczególności te w nowoczesnych wnętrzach), czasem aż do znudzenia i przewidywalnie (o, ci spotkają tych, a potem ten spotka tego etc). Poszczególne elementy tej wielopiętrowej układanki mają sens same w sobie jako odrębne historie, ale także stanowią integralną jej część, umożliwiając konstrukcję alegorycznego przesłania: żaden z nas nie jest bez winy, każdy z nas – nawet w sposób nieuświadomiony – wpływa na życie innych. Ta metaforyczna wymowa filmu podkreślona jest przez brak nadania bohaterom jakichkolwiek imion, a także brak określenia miejsca, w którym dzieje się akcja (wiadomo, że film kręcono w Warszawie, ale z drugiej strony wszystkie samochody mają rejestrację województwa dolnośląskiego, choć znów z nieistniejącego miasta). Wszyscy jesteśmy więc równi, pragniemy tego samego: miłości, przywiązania, boimy się tego samego: samotności. Może to i bełkot, ale za to jak pokazany!

Osobną kwestią są w tym filmie kreacje aktorskie, w rolach szczególnie trudnych, biorąc pod uwagę, że każdej z postaci poświęcono niewiele czasu. Borowski idzie na łatwiznę, obsadzając większość aktorów zgodnie z ich ugruntowanym wizerunkiem. I tak Roma Gąsiorowska gra głupawą, zidiociałą gwiazdkę porno, która zachodzi w ciążę ze swym producentem-menedżerem, przerażającym jak zwykle Przemysławem Bluszczem. Marian Dziędziel znów wygłosi parę małomiasteczkowych sentencji, Cezary Kosiński jest biznesmenem-fajtłapą, Gabriela Muskała z obawą patrzy w przyszłość swymi wielkimi oczami etc. (jeden z nielicznych wyjątków: fantastyczna Kamilla Baar, wbrew emploi silnej i zdecydowanej, w ciągu niespełna minuty, jedynie poprzez gesty i mimikę, tworzy wyrazistą postać kobiety, która straciła wszelki sens). Nie wpływa to jednak na odbiór filmu, wręcz przeciwnie: wobec morderczego tempa taki casting ułatwia widzowi uporządkowanie spraw. Bo to film zbudowany ze zlepków, fragmentów, ułamków, chwil. Chaos.

7/10


Chaos rządzi również w życie małolat z Galerianek Katarzyny Rosłaniec. Te jednak nie są świadome jego skutków – oddając się spotkanym w galeriom handlowym mężczyznom czasem za markowe telefony komórkowe, czasem za pieniądze, uciekają od …. No właśnie. W tym schemacie wadzi nieprawdopodobieństwo całej sytuacji: nie jestem w stanie uwierzyć, że jakikolwiek heteroseksualny mężczyzna, o zdrowych zmysłach, mógłby zdecydować się na obciąganie przez gimnazjalistkę o wątpliwych walorach estetycznych w garażu wielkiego domu handlowego. Również historia głównej bohaterki, Ali (Anna Karczmarczyk), wydaje się przekombinowana i nie za bardzo wiadomo, dlaczego dziewczyna zdecydowała się na dołączenie do gangu klasowych galerianek – jedynym logicznym wytłumaczeniem zdaje się tu być chęć posiadania nowego telefonu komórkowego, bo przecież i dom taki, jak wiele (tata pod pantoflem mamy, trochę nadpobudliwej) i równolatkowie Ali wzbudzają jej zainteresowanie… Czy zwyczajność aż tak bardzo przygnębia?

Jest w filmie Rosłaniec parę doskonałych wątków, jak choćby ten, gdy jedna z dziewczyn zachodzi w ciążę, automatycznie wypada z gry i historia już do niej nie powraca. Jest też parę mocnych scen, przykładowo: ostatnia (choć to prawda, winna skończyć się wcześniej, bo ostatnie ujęcie razi dydaktyczną dosłownością), czy ta, w którym Ala, przed pierwszym ze stosunków, ogląda w łazience swoje ciało. Interesująco wypada również portret emocjonalnego zniewolenia Ali przez Milenę (Dagmara Krasowska), ich pokrętnej zależności opartej o niedojrzałe pojmowanie świata (to coś, czego nie udało zbudować się Andrzejowi Wajdzie w Pannie nikt). Zadziałał też kasting: amatorki wybrane do roli galerianek są świetnie, a Artur Barciś i Iza Kuna, jako rodzice Ali, tworzą – jak Adam Słodowy – coś z niczego. Niemniej jednak, film jako całość zawodzi: nie przekonuje przede wszystkim szybka przemiana głównej bohaterki (katalizatorem jest nakrycie matki na zdradzie), a także czarno-białe nakreślenie rzeczywistości, które umożliwia doprowadzenie z góry wiadomej tezy do zaplanowanego końca, co podsuwa myśl o wyrachowaniem reżyserki. Jak pisze Paweł T. Felis, brak tu zniuansowania, choćby chwilowego nakreślenia szarości. Bohaterowie są marionetkami, które mają pomóc w uproszczeniu zrealizować cel.

A jednak, mimo wszystko, to film potrzebny, o czym przekonały mnie reakcje nastolatków, którzy stanowili znaczącą część widowni podczas seansu – film w dramatycznych momentach wywoływał salwy śmiechu, co powinno przekonać nawet najbardziej zagorzałych ortodoksów o konieczności jak najszybszego wprowadzenia edukacji seksualnej do szkół.

5/10

A Mniejsze zło (reż. Janusz Morgenstern)? Akcja filmu nakręconego w oparciu o powieść Janusza Andermana dzieje się na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Kamil, student polonistyki, publikuje swój pierwszy wiersz na łamach poważnego czasopisma. Interesuje się nim partia, która stawia ultimatum: albo dołączysz do nas albo zamykamy ci oficjalny obieg. Kamil ze strachu przed wojskiem ucieka do szpitala psychiatrycznego, ale wcześniej podpisuje protest przeciwko cenzurze. W psychiatryku poznaje pisarza, któremu po jego śmierci kradnie powieść, a także nawiązuje romans z ordynatorką…

Kamil (celowo nijaki Lesław Żurek) jest człowiekiem pozbawionym jakichkolwiek właściwości, a jednak udaje mu się osiągnąć coś, co dziś nazwalibyśmy sukcesem. Bo dla Kamila nie ma znaczenia, czy oferuje ubekom pomoc w zdemaskowaniu Miłosza czy występuje przeciwko systemowi: ważne, by te działania miały przynieść zakładany skutek. Tego nauczył chłopaka ojciec (świetny Janusz Gajos), który – zgodnie z wygłoszoną deklaracją – w życiu wybierał zawsze mniejsze zło, co należy sprowadzić do stwierdzenia, że to modelowy przykład konformisty – był w AK, ale zapisał się do partii, dzięki czemu został dyrektorem. Na fali powszechnej szczęśliwości związanej z wyborem Karola Wojtyły na papieża, wiesza portret duchownego w mieszkaniu, a zaraz potem zakłada związki zawodowe. Temu wszystkiemu z niedowierzaniem i obrzydzeniem przygląda się żona (zmęczona Anna Romantowska). Nic dziwnego, że system, kobiety, przyjaciele stanowią dla Kamila jedynie środek. Bez refleksji, bez odpowiedzialności. Nie wiemy, jaki jest Kamil, aż dziwne, że istnieje. Chyba nie tylko ja miałem ochotę spuścić mu porządne manto.

W filmie przeszkadza przede wszystkim staroświeckość jego realizacji: akcja prowadzona jest aż nazbyt klarownie, bez muld, wiernie adaptacji. Seks służy pokazaniu przedmiotowemu nagiego ciała Tamary Arciuch-Szyc czy Magdaleny Cieleckiej, podczas gdy Żurek nie pokazuje nawet pół sutka, co przywołuje sposób realizacji scen erotycznych w filmach rejestrowanych w Polsce w latach, które obraz portretuje. A jednak portret czasów, gdy kłamstwo zastąpiło dobro, a wybory były tylko złe, podany z lekkim przymrużeniem oka, może być uznany za satysfakcjonujący.

6/10

<brak zakończenia>

Słodko-gorzkie, Radio Kampus – 10 listopada – zapowiedź – Dobre, bo polskie

Z uwagi na jutrzejsze Święto Narodowe dziś o 21.00 w Kampusie gram same polskie piosenki: Nathalie and the Loners, Kapela ze Wsi Warszawa, Plastik, Hatifnatsi, Bad Light Disctrict, Kucz i Kulka, Dick4Dick, Hey, Chylińska i przede wszystkim pierwszy oficjalny singel Andy!

Do usłyszenia na 97.1 FM (Warszawa) lub www.radiokampus.waw.pl (reszta świata).

Autor.

Apatia (Editors “In This Light and On This Evening” / Kitchenware Records)

Trzeci krążek ulubionego zespołu Polaków (za czym przemawia częstotliwość koncertowa kwartetu nad Wisłą) wpisuje się w modny ostatnio schemat propagowany przez brytyjskich artystów, schemat repozycjonowania. Jack Peňate, The Horrors, Arctic Monkeys, Noah and the Whale, a także Editors właśnie, przygotowali płyty zaskakujące, z nieoczekiwaną zawartością. Bohaterowie niniejszej notki dokonali estetycznej wolty: przestali udawać młodszych braci Coldplay, którzy podszywają się pod młodszych braci U2 i ponownie bezpiecznie wylądowali w mrocznym, zatęchłym przybytku, sponsorowanym przez wszystkie wydawnictwa Joy Division. Nie oznacza to jednak, że trójka Editors do powtórka z rozrywki, repryza wydanego przed czterema laty The Back Room. Tamten album miał służyć przede wszystkim do tańca, przy całym zestawie łatwo odczytywalnych aspiracji, przypisać mu należy walor użytkowy, rozrywkowy. Utwory z In This Light And On This Evening w klubie raczej nie mają szansy się pojawić.

Być może najbliżej do „starego” Editors prawdopodobnym kolejnym singlom z płyty: Eat Raw Meat = Blood Drool (choć tytuł komercyjnie dyskwalifikuje) oraz Bricks And Mortar, o nie tak znowu małym potencjale radiowym. Ale już ten ostatni, mimo że przywołuje najlepsze refreny z ostatnich dwóch płyt zespołu, buduje nowy wizerunek, w którym prym wiodą syntetyczna perkusja i klawisze, których płaskie brzmienie nawiązuje do pierwszych lat muzyki elektronicznej, a w wersji bardziej przystępnej – pierwszych zabaw w muzykę niejakich Depeche Mode. Frazy powtarzane są nieustannie, miarowo, bez końca, wbijając się nieuchronnie w pamięć. Kompozycje zbudowane są ze znaczących niewiele składników, banalnych fragmentów. Tak często przywoływany w kontekście poprzednich wydawnictw zespołu przymiot „piosenkowy” tym razem nie ma racji bytu. Te utwory, nawet jeśli stanowią kalkę dokonań Iana Curtisa i reszty, to kopiują wyznaczone niegdyś schematy w inteligentny sposób, bez przymilania się, z niejaką głębią i refleksją. O zmianie podejścia świadczy kończący krążek Walk The Fleet Road, nagrany razem z chórem: na poprzedniej płycie Smokers Outside the Hospital Door waliło po oczach dosłownością, tu musimy się zatrzymać, skupić. Teatralny głos Smitha, ale jednocześnie celowo omijający jakąkolwiek możliwość interpretacji, pogłębia poczucie sztuczności i nienaturalności całej sytuacji. Całość sprawia wrażenie depresyjnej, surowej przypowieści, napędzanej rezygnacją i żalem. Dynamikę zastąpiło wycofanie, swoista apatia. Po mocnym otwarciu płytę znosi ku przystani banał (koszmarne balladowe The Boxer), co przekonuje, że zespół nie uniósł ciężaru gatunkowego całej sytuacji, niemniej jednak nie można odmówić In This Light And On This Evening odwagi (świadoma rezygnacja z mocarnych refrenów, znaku rozpoznawczego zespołu) i tym samym należy docenić próbę zmiany wizerunku. Editors pojęli chyba, że ekipa pt. „Bono i Spółka” jest dla nich (na razie) nieosiągalna, kontynuują więc zabawę w wiecznie smutnych mężczyzn o powłóczystych spojrzeniach.

6/10

Dźwiękowy terror (The Big Pink “A Brief History of Love” / 4AD)

Na dobrą sprawę to już dawno powinno się znudzić. Ileż można jechać na inspiracji My Bloody Valentine, Jesus and Mary Chain czy Spacemen 3? Jak wielu debiutantów, pytanych o faworytów, jednym tchem wymienia Loveless i Psychocandy? W tym temacie zdaje się, że powiedziano już wszystko. Że wyczerpano formułę do cna. A przynajmniej teoretycznie. A do tego dochodzi jeszcze druga strona medalu: brak możliwości (technicznych, emocjonalnych etc) przekucia inspiracji w materiał choćby przez chwilę wart uwagi. Sama znajomość kolejności piosenek na japońskiej wersji twojej ulubionej płyty nie wystarczy, by jej dorównać. Wielu przejechało się już na tej zdawałoby się oczywistej oczywistości.

Z The Big Pink jest problem tego rodzaju, że choć od razu wiadomo, które z wydanych na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat płyt, po mimowolnym przyswojeniu wszelakich patentów na nich przedstawionych, oprawili w złote ramki na potrzeby domorosłego ołtarzyka ku czci Muzyki, to oni w ogóle, ale to w ogóle się do tego nie przyznają. A prasa na całym świecie bywa aż tak zgodna niezmiernie rzadko – entuzjazm towarzyszący premierze A Brief History of Love można podsumować stwierdzeniem: noise-popowy klasyk. Moje pierwsze odsłuchy tego krążka nastąpiły przy użyciu zdezelowanego sprzętu zdolnego resztkami sił do odczytania zapisu CD. Test na warkot został zaliczony na szóstkę: rzężenie, charczenie, nieustanna awaria. Dźwiękowy terror efektów niezbadanego pochodzenia. Dopiero z każdym kolejnym spotkaniem album odkrywa swe następne warstwy. Zacznijmy od tekstowej: debiut brytyjskiego duetu to koncept album o (obowiązkowo) nieudanym uczuciu, którego zrealizować się nie da, bo kochankom jest nie po drodze. Stężenie przegranego i naiwnego romantyzmu wysyła aspirujący do podobnej kategorii ubiegłoroczny debiut Glasvegas do oślej ławki (tak, wiem, że dostali ode mnie też 4 gwiazdki – walor rozrywkowy tego wydawnictwa jest niezaprzeczalny). Najbardziej jednak frapuje na A Brief History of Love zestawienie tego, co przyswajalne z tym, co wręcz odstrasza. Niezwykła przebojowość (banalny refren w Dominos, oto twój nowy status na GG – These girls fall like dominos, stadionowe Too Young To Love, pokrętne Velvet, by wymienić piosenkowe hajlajty tego wydawnictwa) przecina się z industrialnym hałasem, odgłosami pijanych syntezatorów (At War With The Sun, tak, dzień jest wrogiem tej płyty), wiercącymi ścianami gitar, wreszcie: jednostajnym, beznamiętnym wokalem. Nawet gdy proponują prostotę i lekkość (Love In Vain) robią to na swój odrażający, klaustrofobiczny, kosmiczny sposób. Ale czy zakochanie nie jest wirusem sprzeczności?

8/10

Dla tych co szukają hitów oczywistych:

Dla tych, co szukają hitów, ale nieoczywistych:

Elegancja (Noah and the Whale “First Days of Spring” / Vertigo Records)

Pierwsze dni wiosny

Rok temu, za sprawą słonecznego hitu 5 Years Time, podarowali nam taneczny, wakacyjny folk. Nic nie wskazywało na to, że pojawi się jakakolwiek potrzeba przypomnienia o kwartecie, o którego podejściu najdobitniej świadczy fakt, że zaczerpnęli nazwę z twórczości jednego z najbardziej freakowatych i absurdalnych reżyserów, Noaha Baumbacha (przeczytajcie to na głos). Ale rzeczywistość jest dziwniejsza niż najperfekcyjniej rozpisane scenariusze, wystarczyło złamane serce (zerwanie Charliego oraz Laury Marling, prawdziwego skarbu brytyjskiego songwritingu) najprostsza ze wszystkich przyczyn. Już nie radość, a rozpacz wytyczają drogę Noah and the Whale. Już nie przepych aranżacyjny a subtelność wyróżniają ten krążek z grona im podobnych. To przejmująca, poruszająca historia końca, przeprowadzona z podziałem na rozdziały i podrozdziały, etapy i części. Od bólu po utracie bliskiej osoby (wymownie zatytułowane I Have Nothing czy My Broken Heart) przez zaprzeczenie, ale i przeświadczenie o finale tej historii (Love Of An Orchestra, z eksplozją wielogłosów, sugerującą powrót nadziei), gniew (Stranger) po pierwsze promyki optymizmu (My Door Is Always Open). Mozolna rekonstrukcja samotności i odnalezienia w niej najistotniejszej wartości. To pierwsze dni wiosny, a moje życie zaczyna się od nowa. Historia starsza niż świat, w gruncie rzeczy banalna, ale dotycząca każdego z nas. Gdyby teraz londyńską filmówkę opuszczał jakiś następca Mike’a Newella, o podobnej wrażliwości na drugiego człowieka, lekkości realizacji powtarzalnych historii, życzliwej obserwacji bohaterów, powinien przyjąć First Day of Spring jako inspirację do przeprowadzenia romantycznej historii, niekoniecznie kończącej się oczywistym happy endem, ale przez to pokrzepiającej (zresztą Fink nakręcił również krótkometrażowy film, w którym wykorzystuje piosenki zgromadzone na albumie, a jego bohater – co nie zaskakuje – nosi ogromne gogle, wyciągnięte niemiłosiernie swetry i jeździ na zdezelowanym rowerze). W swej plastyczności drugi album Noah and the Whale stanowi naturalną kontynuację muzycznej elegancji spod znaku Lambchop, nastawionej na szczerość i swobodę, rozprawiającej się z bólem z należną mu uwagą i doniosłością. I nawet jeśli operuje zgranymi do cna środkami (płaczące smyki, przestrzenne harmonie wokalne wprowadzające jasność), to tragizm historii za niej ukrytej nie pozwala spojrzeć na niego inaczej niż na egoistyczne katharsis, na które zdobyłby się każdy z nas, gdyby tylko grał w fajowej brytyjskiej kapeli.

8/10

Słodko-gorzkie, 3 listopada, Radio Kampus – Kings of Convenience, The Flaming Lips, Editors

Editors „Bricks and Mostar” / In This Light and On This Evening

Ian Brown „Just for You” / My Way

Field Music „Measures” / Measures

The Big Pink „Too Young to Love” / Brief History of Love

The Flaming Lips „The Sparrow Looks Up at the Machine” / Embryonic

The Flaming Lips „The Impulse” / Embryonic

Tegan & Sara „Hell” / Sainthood

Kings of Convenience „Me In You” / Declaration of Dependence

Kings of Convenience „Peacetime Resistance” / Declaration of Dependence

Kings of Convenience „24-25” / Declaration of Dependence

Noah and the Whale „Love of an Orchestra” / First Days of Springs

Regina Spektor „Eet” / Far

Słodko-gorzkie – 3 listopada, Radio Kampus, 21.00 – zapowiedź

Dziś, po trzytygodniowej przerwie, raczej lajtowo. Editors, Flaming Lips i Kings of Convenience ze swych nowych płyt przede wszystkim. Do tego nowe single The Big Pink, Tegan & Sara, Iana Browna i paru innych zacnych artystów.

Do usłyszenia dziś o 21.00 na 97,1 FM lub www.radiokampus.waw.pl.

Autor.

O dwóch filmach Mistrzów

Film o niczym

Ostatnia twórczość Almodóvara przypomina sinusoidę – doskonałe filmy przeplatają się z filmami nieudanymi. Porozmawiaj z nią – klasyk. Złe wychowanie – ohyda. Volver – powrót do doskonałej formy. Przerwane objęcia – znów dołek, przede wszystkim dlatego, że to film o niczym. Ogląda się go doskonale: żywe, zmysłowe kolory, romantyzm i zdrady rozpisane na tragiczny trójkąt miłosny, piersi Penelope Cruz, bohaterowie z krwi i kości, miotani emocjami, szaleństwem, uczuciem, a także umiejętne żonglowanie konwencją telenoweli czy pastiszem wreszcie frapujące nawiązania do historii kina. Styl Pedra rozpoznawalny jest natychmiastowo, problem w tym, że tym razem nie posłużył do opowiedzenia jakiejkolwiek sensownej historii. Niby miało wyjść wyznanie miłości do X Muzy (Cruz stylizowana na Sophię Loren, Cruz stylizowana na Marylin Monroe, Cruz stylizowana na Audrey Hepburn), nieprzemijalności i stałości kina, jego sile przezwyciężającej śmierć, względnie: niby drapieżne ostrzeżenie przed skupieniem w jednym, nieodpowiednim ręku władzy i pieniędzy, a rezultat jest nijaki. Dość powiedzieć, że miesiąc po zupełnie nie mogę sobie przypomnieć, o co w nim chodziło. A Czym ja sobie na to zasłużyłam? siedzi w głowie już od ponad 10 lat.

5/10

Film o niczym, ale za to jaki brawurowy!

Quentin Tarantino w Bękartach wojny ogrywa temat ograny już w Kill Billu – motyw zemsty. Tym razem wszystko dzieje się w czasach II wojny światowej – zemsta partyzanckiego oddziału żydów grasującego na terenie Francji na stacjonujących tam Niemcach spotyka się w finale historii z zemstą prowadzącej pod fałszywym nazwiskiem kino Francuzki, której hitlerowcy wymordowali całą rodzinę. Całość opowiedziana jest niezwykle stylowo, precyzyjnie, w długich epizodach (każdy zrealizowany w innej konwencji), z odpowiednią dozą keczupu i innych płynów koloru czerwonego. Przemoc, ale uwznioślona, niemal poetycka, ale zawsze celowo przerysowana, dowodząca o niezwykłym talencie Tarantino do stopniowania i budowania napięcia. Do tego doskonałe kreacje Christopha Waltza (nagrodzonego w Cannes za rolę inteligentnego szefa gestapowców, jednocześnie błyskotliwego i bezwzględnego, uroczego i okrutnego) oraz Brada Pitta (poruszającego się niebezpiecznie na granicy autoparodii) i alternatywna wersja zakończenia najbardziej krwawego z dotychczasowych międzynarodowych konfliktów zbrojnych, stanowiąca spełnienie snów o zemście każdego piętnastoletniego chłopca. Cymes w kategorii rozrywki. Bo żadne morały z tego nie wynikają. A zastrzeżenia poprawnych politycznie, że Tarantino robi sobie jaja z hekatomby 1939-1945 śmieszą.

7/10

Indie boysband (Hockey “Mind Chaos”, Virgin Records)

Debiut Amerykanów z Hockey to wyraziste potwierdzenie tego, jak bardzo na przestrzeni ostatnich lat indie rock uległ pauperyzacji. Bohaterów niniejszej recenzji nieustannie porównuje się z The Strokes, ale nawet średnio bystry obserwator gitarowej sceny muzycznej po zapoznaniu się z Mind Chaos potwierdzi, jak wielkim uproszczeniem jest to zestawienie. Choć uproszczeniem niepozbawionym podstaw: dla obu zespołów początek historii muzyki datuje się na mniej więcej w okolicach 1977 roku, wraz z nadejściem tzw. nowej fali. I niby chodzi im o to samo: dziewczyny mają tańczyć. O ile jednak The Strokes przywłaszczyli sobie brud i drapieżność tamtej dawnej estetyki bez specjalnych modyfikacji, nadając jej przebojowy sznyt, o tyle Hockey przefiltrowali dawne ideały przez wrażliwość zbudowaną o tę jedną godzinę bezmyślnego MTV codziennie. Dziwi, że nikt jeszcze nie określił ich indie boys-bandem, bo zasługują na to miano bezapelacyjnie. Są piękni, świetnie ubrani, z perfekcyjnymi fryzurami – niby The Strokes mieli tak samo, ale towarzyszyła im pewna tajemnica, przynależna pionierom. Hockey są od początku do końca przewidywalni, podani na tacy, tak, by w spotkanie z nimi nie trzeba było inwestować specjalnego wysiłku. Biorąc pod uwagę, że chłopcy wyrośli z kultury do-it-yourself, nie posądzam ich o wykalkulowaną strategię marketingową, obliczoną na sporą liczbę złamanych serc dziewczęcych. Wręcz przeciwnie: Mind Chaos jest w naturalny sposób bezpretensjonalne, i przez to niezwykle urokliwe. Pierwszy singel, Too Fake, zwodzi, kondensując szaleństwo (i tu bodaj najbliżej jest im do LCD Soundsystem, na inspirację którym tak chętnie się powołują), ale zaraz potem pojawia się  prostolinijne Song Away, bezdyskusyjny kandydat na przebój, wyłuskany – o czym w artykule powyżej – przez zabijający wszelaką kreatywność format muzycznej telewizyjnej. I gdyby rozpatrywać debiut Hockey z perspektywy postawionego celu, to udało się im w 100% – dystans, ironia (zwróćcie uwagę na celnie portretujące blogerską społeczność teksty) i zabawa, również przyjętą konwencją. Nie mamy tu jednak do czynienia z jakąkolwiek wartością dodaną – oczekiwanie od tego krążka czegokolwiek innego niż luzu może świadczyć o naiwności, względnie niezaspokojonej potrzebie przełomu. Na ten w wypadku Hockey należy jeszcze poczekać. Choć zapewne nigdy nie będzie mieć miejsca.

5.5/10

Kropki, kreski (The XX “xx” / Young Turk Records)

Bo najważniejsze dzieje się poza jakimikolwiek cool lists… Rok 2009 pokazał, że to, co jeszcze na jego początku typowane było na wydarzenie, takim wydarzeniem stać się wcale nie musi (przez przyzwoitość nie wymienię nazwisk). I odwrotnie: to, co pomijane przy okazji prognoz, bo nieekspansywne, bo nie ma poparcia wielkiej wytwórni, bo nie ma znajomości w poczytnych magazynach, przykuwa uwagę najmocniej.

Wygrywać można na różne sposoby: świetnymi refrenami, mistrzowską produkcją, majtkami pokazanymi na pierwszej stronie The Sun. Kwartet The XX fascynuje jednak zupełnie czymś innym: skromnością i wstrzemięźliwością. I to przekornie: jego członkowie ukończyli prestiżową londyńską Elliot School, z której wywodzą się najgorętsze nazwiska alternatywnego brytyjskiego świata, podpatrywali pracę producentów, których określa się mianem rewolucjonistów, mieli możliwość zaangażowania ich do realizacji debiutanckiego materiału. Odmówili jednak i postanowili przygotować całość na własną rękę. Gdzieś pokątnie, niemal przypadkowo, w nieużywanych pokojach niewielkiej wytwórni płytowej. Edukacja i doświadczenie pewnie podpowiadały im, że są w stanie nagrać płytę skrzącą się pomysłami, która swą biegłością zawstydziłaby wszystkich. I znów poszli inną ścieżką, rejestrując piosenki intymne, odmawiające jakichkolwiek przyporządkowań gatunkowych. Zbudowane z motywów, punktów, impresji, nic nieznaczących samotnie elementów, które zestawione razem stwarzają iluzję skomplikowania. Ale to tylko iluzja, nic więcej, prostota jest podstawowym wyznacznikiem twórczości The XX.

Wspólnym mianownikiem płyty jest dialog pomiędzy Romy i Olivierem – dialog równorzędnych kochanków, wyciszony i skupiony, zbudowany na obrazach-kalkach: spacerach w deszczu, zdradach, wspólnych seansach filmowych. To ten właśnie dialog otwiera drogę do porównań: warstwa wokalna przywołuje skojarzenia choćby z Mazzy Star. Minimalistyczna sekcja rytmiczna ewokuje rozwiązania stosowane przez producentów z kręgu R&B. Partie gitar to trochę spaghetti westerny, trochę Wicked Game Chrisa Issaka (bliźniacze podobieństwo w Infinity), a trochę czułe kołysanki kończące płyty The Cure. Gdzieś miga stylizowany na pozytywkowy motyw, ujmujący całość w klamrę bajki (VCR), gdzieś całość prowadzi repetycja partii fortepianu (surowe, pozbawione jakichkolwiek ozdobników Stars). Ten konglomerat inspiracji, wypisany na papierze, nie zbliża się nawet o odrobinę do uzależniającej, sennej, na w poły dotykalnej, na w poły nieistniejącej magii The XX. Kiedy wybrzmiewa ostatni akord, powracasz do pierwszego. Znowu. I nie wiesz, dlaczego.

8/10

PS. I dzięki za cierpliwość. Sprawy uregulowane, będę powracać.