(Zastrzeżenie: nie widziałem jeszcze ni Rewersu ni Domu złego, które – jeśli wierząc recenzjom i komentarzom – są najbardziej udanymi polskimi obrazami tego roku).
<brak wstępu>

Najbliżej uchwycenia jakiegoś tam sensu o Polakach był Paweł Borowski w Zerze, obrazie, który usatysfakcjonuje przede wszystkim wielbicieli Altmana, Inarritu czy Andersona. Ważny Biznesmen (Robert Więckiewicz) uruchamia w swym krystalicznym pokoju dyrektora w krystalicznie nieskazitelnym wieżowcu kulki Newtona, a zaraz potem wykonuje telefon do detektywa, któremu zleca śledzenie żony. Kulki Newtona mają sygnalizować, że mijając się, przekazujemy sobie energię, ale także zmieniamy los innych, co z kolei w filmie rozpoczyna rozmowa telefoniczna. Oto bowiem w Zerze mamy bez mała trzydzieści postaci, a narracja przechodzi płynnie od jednej do drugiej, gdy te wpadają na siebie przypadkowo na ulicy, dzwonią do siebie, przepychają się między sobą w sklepie, obijają sobie mordę, zabijają.
Taka estetyka na Zachodzie została ograna na wszelkie możliwe sposoby, w Polsce to temat dopiero rozgrzebywany. I choć sam pomysł jest wtórny, to jego realizacja jest znakomita. Mimo niespotykanej ilości równorzędnych bohaterów, żaden z wątków nie umyka naszej uwadze, nie jest zapominalny. Całość zbudowana jest niezwykle precyzyjnie, z realizatorską wprawą (doskonałe zdjęcia, w szczególności te w nowoczesnych wnętrzach), czasem aż do znudzenia i przewidywalnie (o, ci spotkają tych, a potem ten spotka tego etc). Poszczególne elementy tej wielopiętrowej układanki mają sens same w sobie jako odrębne historie, ale także stanowią integralną jej część, umożliwiając konstrukcję alegorycznego przesłania: żaden z nas nie jest bez winy, każdy z nas – nawet w sposób nieuświadomiony – wpływa na życie innych. Ta metaforyczna wymowa filmu podkreślona jest przez brak nadania bohaterom jakichkolwiek imion, a także brak określenia miejsca, w którym dzieje się akcja (wiadomo, że film kręcono w Warszawie, ale z drugiej strony wszystkie samochody mają rejestrację województwa dolnośląskiego, choć znów z nieistniejącego miasta). Wszyscy jesteśmy więc równi, pragniemy tego samego: miłości, przywiązania, boimy się tego samego: samotności. Może to i bełkot, ale za to jak pokazany!
Osobną kwestią są w tym filmie kreacje aktorskie, w rolach szczególnie trudnych, biorąc pod uwagę, że każdej z postaci poświęcono niewiele czasu. Borowski idzie na łatwiznę, obsadzając większość aktorów zgodnie z ich ugruntowanym wizerunkiem. I tak Roma Gąsiorowska gra głupawą, zidiociałą gwiazdkę porno, która zachodzi w ciążę ze swym producentem-menedżerem, przerażającym jak zwykle Przemysławem Bluszczem. Marian Dziędziel znów wygłosi parę małomiasteczkowych sentencji, Cezary Kosiński jest biznesmenem-fajtłapą, Gabriela Muskała z obawą patrzy w przyszłość swymi wielkimi oczami etc. (jeden z nielicznych wyjątków: fantastyczna Kamilla Baar, wbrew emploi silnej i zdecydowanej, w ciągu niespełna minuty, jedynie poprzez gesty i mimikę, tworzy wyrazistą postać kobiety, która straciła wszelki sens). Nie wpływa to jednak na odbiór filmu, wręcz przeciwnie: wobec morderczego tempa taki casting ułatwia widzowi uporządkowanie spraw. Bo to film zbudowany ze zlepków, fragmentów, ułamków, chwil. Chaos.
7/10

Chaos rządzi również w życie małolat z Galerianek Katarzyny Rosłaniec. Te jednak nie są świadome jego skutków – oddając się spotkanym w galeriom handlowym mężczyznom czasem za markowe telefony komórkowe, czasem za pieniądze, uciekają od …. No właśnie. W tym schemacie wadzi nieprawdopodobieństwo całej sytuacji: nie jestem w stanie uwierzyć, że jakikolwiek heteroseksualny mężczyzna, o zdrowych zmysłach, mógłby zdecydować się na obciąganie przez gimnazjalistkę o wątpliwych walorach estetycznych w garażu wielkiego domu handlowego. Również historia głównej bohaterki, Ali (Anna Karczmarczyk), wydaje się przekombinowana i nie za bardzo wiadomo, dlaczego dziewczyna zdecydowała się na dołączenie do gangu klasowych galerianek – jedynym logicznym wytłumaczeniem zdaje się tu być chęć posiadania nowego telefonu komórkowego, bo przecież i dom taki, jak wiele (tata pod pantoflem mamy, trochę nadpobudliwej) i równolatkowie Ali wzbudzają jej zainteresowanie… Czy zwyczajność aż tak bardzo przygnębia?
Jest w filmie Rosłaniec parę doskonałych wątków, jak choćby ten, gdy jedna z dziewczyn zachodzi w ciążę, automatycznie wypada z gry i historia już do niej nie powraca. Jest też parę mocnych scen, przykładowo: ostatnia (choć to prawda, winna skończyć się wcześniej, bo ostatnie ujęcie razi dydaktyczną dosłownością), czy ta, w którym Ala, przed pierwszym ze stosunków, ogląda w łazience swoje ciało. Interesująco wypada również portret emocjonalnego zniewolenia Ali przez Milenę (Dagmara Krasowska), ich pokrętnej zależności opartej o niedojrzałe pojmowanie świata (to coś, czego nie udało zbudować się Andrzejowi Wajdzie w Pannie nikt). Zadziałał też kasting: amatorki wybrane do roli galerianek są świetnie, a Artur Barciś i Iza Kuna, jako rodzice Ali, tworzą – jak Adam Słodowy – coś z niczego. Niemniej jednak, film jako całość zawodzi: nie przekonuje przede wszystkim szybka przemiana głównej bohaterki (katalizatorem jest nakrycie matki na zdradzie), a także czarno-białe nakreślenie rzeczywistości, które umożliwia doprowadzenie z góry wiadomej tezy do zaplanowanego końca, co podsuwa myśl o wyrachowaniem reżyserki. Jak pisze Paweł T. Felis, brak tu zniuansowania, choćby chwilowego nakreślenia szarości. Bohaterowie są marionetkami, które mają pomóc w uproszczeniu zrealizować cel.
A jednak, mimo wszystko, to film potrzebny, o czym przekonały mnie reakcje nastolatków, którzy stanowili znaczącą część widowni podczas seansu – film w dramatycznych momentach wywoływał salwy śmiechu, co powinno przekonać nawet najbardziej zagorzałych ortodoksów o konieczności jak najszybszego wprowadzenia edukacji seksualnej do szkół.
5/10

A Mniejsze zło (reż. Janusz Morgenstern)? Akcja filmu nakręconego w oparciu o powieść Janusza Andermana dzieje się na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Kamil, student polonistyki, publikuje swój pierwszy wiersz na łamach poważnego czasopisma. Interesuje się nim partia, która stawia ultimatum: albo dołączysz do nas albo zamykamy ci oficjalny obieg. Kamil ze strachu przed wojskiem ucieka do szpitala psychiatrycznego, ale wcześniej podpisuje protest przeciwko cenzurze. W psychiatryku poznaje pisarza, któremu po jego śmierci kradnie powieść, a także nawiązuje romans z ordynatorką…
Kamil (celowo nijaki Lesław Żurek) jest człowiekiem pozbawionym jakichkolwiek właściwości, a jednak udaje mu się osiągnąć coś, co dziś nazwalibyśmy sukcesem. Bo dla Kamila nie ma znaczenia, czy oferuje ubekom pomoc w zdemaskowaniu Miłosza czy występuje przeciwko systemowi: ważne, by te działania miały przynieść zakładany skutek. Tego nauczył chłopaka ojciec (świetny Janusz Gajos), który – zgodnie z wygłoszoną deklaracją – w życiu wybierał zawsze mniejsze zło, co należy sprowadzić do stwierdzenia, że to modelowy przykład konformisty – był w AK, ale zapisał się do partii, dzięki czemu został dyrektorem. Na fali powszechnej szczęśliwości związanej z wyborem Karola Wojtyły na papieża, wiesza portret duchownego w mieszkaniu, a zaraz potem zakłada związki zawodowe. Temu wszystkiemu z niedowierzaniem i obrzydzeniem przygląda się żona (zmęczona Anna Romantowska). Nic dziwnego, że system, kobiety, przyjaciele stanowią dla Kamila jedynie środek. Bez refleksji, bez odpowiedzialności. Nie wiemy, jaki jest Kamil, aż dziwne, że istnieje. Chyba nie tylko ja miałem ochotę spuścić mu porządne manto.
W filmie przeszkadza przede wszystkim staroświeckość jego realizacji: akcja prowadzona jest aż nazbyt klarownie, bez muld, wiernie adaptacji. Seks służy pokazaniu przedmiotowemu nagiego ciała Tamary Arciuch-Szyc czy Magdaleny Cieleckiej, podczas gdy Żurek nie pokazuje nawet pół sutka, co przywołuje sposób realizacji scen erotycznych w filmach rejestrowanych w Polsce w latach, które obraz portretuje. A jednak portret czasów, gdy kłamstwo zastąpiło dobro, a wybory były tylko złe, podany z lekkim przymrużeniem oka, może być uznany za satysfakcjonujący.
6/10
<brak zakończenia>
Zamieszczony w: Kino | Otagowane: Galerianki, Janusz Morgenstern, Kasia Rosłaniec, Mniejsze zło, Paweł Borowski, recenzja, Zero | Zostaw Komentarz »




