Słodko-gorzkie, Radio Kampus – 9 lutego – celebracja karnawału – plejlista

Keepaway „Yellow Wings”

Chew Lips „Eight” / Unicorn

Chew Lips “Slick” / Unicorn

Chew Lips “Karen” / Unicorn

Hot Chip “Take It In” / One Life Stand

Bizarre Inc. feat. Angie Brown “I’m Gonna Get You” / Energique

Yeasayer “Madder Red” / Odd Blood

Yeasayer “O.N.E.” / Odd Blood

Four Tet “Plastic People” / There Is Love In You

Four Tet “She Just Like to Fight” / There Is Love In You

Museum of Bellas Artes “Who Do You Love?”

Słodko-gorzkie, Radio Kampus, 9 lutego – pełnia karnawału – zapowiedź

Jako że karnawał trwa, dziś w audycji coś dla tańczących – wprost (Chew Lips, Hot Chip) i inaczej (Four Tet i Yeasayer). Zajrzymy też na chwilę na Szwecji, do naszego ulubionego miasta na literę “G”.

Do usłyszenia dziś o 21.00 na 97.1 FM (Warszawa) lub www.radiokampus.waw.pl (reszta świata).

Autor

Cud (“Lourdes”, reż. Jessica Hausner, Gutek Film)

Najważniejsze w tym filmie jest bodaj to, że choć dotyka spraw Istotnych i Najistotniejszych (szczególnie z perspektywy mieszkańca państwa, w którym 97% społeczeństwa deklaruje wiarę katolicką, a religia traktowana jest jako jedyna właściwa droga), to zachowuje do końca obiektywizm i nie obraża, nie krzywdzi, zarówno wierzących, jak i tych, którym wiara niekoniecznie jest potrzebna, nie opowiada się po żadnej ze stron, sceptycznie przyglądając się każdej z nich. Stanowi to o sile tego obrazu: precyzyjnie skonstruowanego, choć bazującego na epizodach, mignięciach, zatrzymanych w kadrze portretach. Akcja koncentruje się przede wszystkim na Christine (bardzo dobra, minimalistyczna Sylvie Testud), chorej na stwardnienie rozsiane. Dla Christine Kościół stanowi rzecz trzeciorzędną, bohaterka odważnie oświadcza, że pojechała na wycieczkę do Lourdes nie po to nawet, by poprosić o cud uzdrowienia, nie po to, by zgłębić swą wiarę, a z bardziej prozaicznych powodów: na innych wycieczkach nikt nie zaopiekowałby się poruszającą się na wózku kobietą, na wyprawie do Maryjnego sanktuarium wolontariusze przynajmniej w teorii mają zapewnić uczestnikom opiekę. Ale powiedzmy sobie szczerze: święte miejsca świętymi miejscami, większe zainteresowanie i uczestniczek i wolontariuszek budzą przystojni opiekunowie w lśniących mundurach. Jednak Jessica Hausner nie drwi z ziemskich impulsów, tak niestosownych w tym miejscu, a jedynie z wyrozumiałością przygląda się taniej kokieteryjności.

Upamiętniając z iście dokumentalnym zacięciem pobyt Christine w Lourdes, kamera portretuje sanktuarium jako sprawnie rozkręconą biznesową maszynkę. Wycieczki, święta woda, kamienie niosące ulgę, tu wszystko jest na sprzedaż. Aby skorzystać z jakiegokolwiek użyteczności (czyż użyteczność nie jest słowem przynależnym korzyści i zadowoleniu?) trzeba odczekać swoje w niekończących się kolejkach. Hausner jedynie zarysowuje kwestię: gdzie w tym zamęcie jest miejsce na wiarę, odpoczynek, skupienie, altruizm. W grupie pielgrzymów wstrzemięźliwa religijnie Christine jest traktowana jako obca i niezrozumiała – zbudowane stereotypowo postaci drugiego planu patrzą na nią wilkiem. Takim archetypem jest koordynatorka wyjazdu, Cecile (Elina Löwensohn), niestrudzona, niezmordowana, wierząca bez granic, pod maską oschłości skrywa prawdziwy dramat. Przewrotnie, to nie Cecile, a właśnie Christine zostanie wybrana przez Niego na owieczkę… Przecież to nie Christine przybyła pełna wiary, gotowa na ozdrowienie, stawiając Jemu emocjonalne ultimatum.

To mógł być hollywoodzki zwrot akcji, przerzucający Lourdes na orbitę filmów ku pokrzepieniu serc. Wprawa reżyserki jednak pozwala na zneutralizowanie potencjalnej słodyczy pytaniami o sens i wymiar cudu. Uzdrowienie Christine ma gorzki finał i wszystko wraca na wcześniejsze tory (przecież muszą być wyraźne podziały, na “nas” wierzących/zdrowych/etc.) i “nich” (niewierzących/niepełnosprawnych). Ale Christina osiąga cel: przez chwilę pojawia się w centrum zainteresowania, staje się kimś. Kimś atrakcyjnym, interesującym. To nie jest ten cud, na który czekała, bo nie wiedziała, że właśnie tej radości potrzebuje. Przestała być samotna. A dlaczego padło właśnie na nią?

8.5/10

Spacer po parku (Beach House “Teen Dream” / Sub Pop)

Wygląda na to, że na tegoroczny odpowiednik Veckatimest nie czekaliśmy długo. Porzućmy na chwilę stylistyczne obwarowania, bo w temacie formy Veckatimest i Teen Dream to dwie zupełnie inne bajki – pierwsze z wydawnictw próbowało uchwycić przełomowy moment, w którym amerykańska alternatywa, wkraczając na czołowe miejsca list przebojów, utraciła swą niewinność, drugie jest niczym innym jak wysublimowaną, dreampopową produkcją. Łączy je jednak spójność treści: swoista elegancja, szacunek dla tradycji, niespieszność, wreszcie: prostota schowana za zestawem produkcyjnych smaczków, wstydliwie przesłaniających to, co najłatwiejsze. Duet z Baltimore na swej trzeciej płycie zintensyfikował dotychczasowe doświadczenia, proponując najbardziej dojrzałe ze swych dokonań, zawieszone gdzieś między prawdą a fałszem, jawą a majakami, czarnym i białym, zupełnie jak w tytułowym nastoletnim śnie, zagadkowym, pełnym nieoczywistych znaczeń. Gitary snują się w tle, niepewne swej pozycji, spychane przez motoryczne partie instrumentów klawiszowych (tych syntetycznych i tych naturalnych). Partie wokalne Victorii, ni to męskie, ni to damskie, wzmacniają poczucie dezinformacji, przenosząc środek ciężkości na emocje. A te dozowane są w subtelny, kameralny sposób, niby mimochodem, gdzieś zupełnie przypadkiem. Odnajdziemy je w przecudnej urody melodiach, na swój sposób przebojowych, prostolinijnych (najpiękniejsze czeka na końcu: cudowne intymne Real Love). Wykryjemy je w otwarciu duetu nie tylko na światło, w opozycji do wynaturzonego mroku, który zdominował brzmienie dwóch poprzednich krążków, ale również i na przestrzeń – Teen Dream realizowane było w kościele przekonwertowanym na studio nagraniowe (choć tu przestrzeń nie jest realizowana wzmocnieniem instrumentarium, a jedynie umiejętnym rozłożeniem akcentów). Wreszcie: ukoją nas teksty, o idealnej młodzieńczej miłości, nie zdającej sobie sprawy z konsekwencji. U podstaw stoi nostalgia za tym, co bezpowrotnie utracone, powracające we wspomnieniach, na które pozwalamy sobie w momentach słabości, niepewni i nieobecni. A jednak pamiętamy te obrazy, te spacery po parku, te nieśmiałe muśnięcia rąk, samotność. Zamknijcie tylko oczy…

9/10

<<na potrzeby “Teraz Rocka”>>

Boks (“Moja krew”, reż. Marcin Wrona, dyst. Hagi)

Igor umiera. Trener nie wpuszcza go na ring, była dziewczyna nie chce go znać. Igor wie, że zostało mu mało czasu, w przyspieszonym tempie próbuje nieporadnie przeżyć życie, to czego mu zabrakło, to czego nie miał. Spotyka Wietnamkę, Yen Ha, która pracuje na wyburzanym właśnie Jarmarku Azja. Proponuje jej układ: urodzisz mi dziecko, ja dam ci ślubem obywatelstwo. Dam ci też swój dom. Ale również i ten prosty plan nie zostanie zrealizowany w oczekiwanej formie.

To film tak maksymalny jak maksymalne są bary Eryka Lubosa, grającego Igora (wielkie brawa za brawurową rolę). Wronie obce są półśrodki, wali proste, sierpowe, haki, nie dając szansy widzowi na przygotowanie się na atak. Jak choćby w scenach, gdy Igor dowiaduje się, że jest chory – bokser snuje się po dziwnych klubach, w narkotycznej jeździe pieprzy się z przypadkowymi kobietami. Dosłowność przekazu, blask tętniącego stroboskopu, głośna muzyka, cycki striptiserek, to wszystko podane kawa na ławę irytuje. Z tą tragedią w wersji max ani reżyser ani jego bohater nie umieją sobie poradzić. Dlatego Moja krew jest nierówna, bo nieprzekonująca brutalność zastępowana jest tu nieustannie przykuwającą uwagę swoistą poezją obrazu, jak na przykład w doskonałej scenie na korytarzu klatki schodowej, kiedy Igor wypłakuje w histerycznych spazmach swej przyszłej żonie z przypadku cały ból. Że śmierć przyjdzie za szybko, niespodziewanie, znienacka. Światło wciąż gaśnie, klucz nie pasuje do zamka drzwi. Wszystko wymyka się z rąk.

Dziwią mnie zarzuty, że to obraz szowinistyczny. Że Yen Ha traktowana jest jak przedmiot, całkowicie zależny od swego napakowanego zbawiciela z modnym mieszkaniem, który kapryśnie przerzuca dziewczynę swemu przyjacielowi. Rozumiem zastrzeżenie co do tej dość naiwnej konstrukcji. Jeśli jednak to film o rolach przypisanych płci, to tylko w aspekcie męskiej niemocy. Duzi, poranieni, mocni panowie nie umieją radzić sobie z własnymi emocjami. Biorą, bo tak ich nauczono. Kobiety traktują jako ciała, pojemniki na spermę. Zawsze rozkręceni na 100% możliwości, zawsze silni, zawsze puści. Nie znają tego, co pośrodku, obca im lekkość, obca im delikatność. Wpuszczeni w testosteronowe ramy nie znają innych możliwości. Zagłuszają samotność. Macho bez rozwiązania.

Jestem sobie w stanie łatwo wyobrazić odwrócenie ról: żyjąca na krawędzi kobieta proponuje podobny układ Turkowi z budki z kebabem. I dlatego w przewrotny sposób Moja krew to nie tylko film o próbie stawienia czoła sytuacji ostatecznej, ale również o sytuacji mniejszości narodowych, chwytających się jak betonowego koła ratunkowego najbardziej kuriozalnych propozycji, uzależniających swój los od decyzji przypadkowych ludzi. Z nadzieją, z celem, bez chęci świadomości konsekwencji.

6/10

Powrót (Tindersticks “Falling Down a Mountain” / 4AD)

Tego krążka mogło w ogóle nie być. W połowie minionej dekady skład zespołu opuściła połowa członków-założycieli, a pozostali udali się na zewnętrzną muzyczną emigrację, próbować – jak twierdzi w opublikowanym w tym numerze wywiadzie David Boulter, perkusista zespołu – odnaleźć radość z tworzenia muzyki. Był taki moment, kiedy rozpad zespołu był już właściwie przesądzony, gazety donosiły o zakończeniu pewnej epoki brytyjskiego grania ponad podziałami gatunkowymi. Po pięcioletniej rozłące ze studiem, w 2008 ukazała się płyta The Hungry Saw, swoisty rozrachunek z targającymi zespół, żywy organizm, wątpliwościami. Pomimo sukcesu artystycznego krążka decyzja o kontynuowaniu działalności nie została ostatecznie podjęta, sprawę komplikowały kolejne roszady personalne. Z pomocą przyjaciół zaryzykowali, raz jeszcze, ostatni raz.

Falling Down a Mountain to najbardziej zaskakująca płyta w dorobku zespołu. Trudno się zresztą dziwić: kiedy odbijesz się od dna, stać cię na wszystko, na totalny zwrot, nawet po niemal dwudziestu latach wspólnego grania. Na swym ósmym studyjnym albumie Tindersticks wprowadzają regułę eksperymentu, potwierdzając tezę o swojej sile i mocy. O braku zgody na kompromisy, na co wskazuje choćby tytułowe nagranie otwierające płytę, niespełna siedmiominutowa monotonna suita, stanowiąca hołd dla twórczości Milesa Davisa. Potem wprowadzają trochę więcej słońca: w urokliwym Harmony Around My Table pojawia się aranżacja rytmiczna ewokująca najjaśniejsze lata wytwórni Motown, a ironiczne w swej nietypowości She Rode Me Down czeka w pogotowiu na ścieżkę dźwiękową remake’u klasyków filmowych Sergia Leone. Tu ciepłe przenika zimne, radosne poddaje się tęsknemu, piękno oscyluje wokół brzydoty. W tej sprzeczności kryje się jednak swoista konsekwencja, przynależna najbardziej odważnym, tym, którzy dotykając różnorodnych estetyk potrafią zbudować unikatową i spójną całość. Podstawowym ogniwem łączącym poszczególne utwory jest przede wszystkim znak rozpoznawczy zespołu, brudny wokal Stuarta Staplesa, snujący opowieści z wyczuciem, ale i wyczuwalną natychmiastowo tęsknotą. Gdy do Stuarta dołącza kobieta (Mary O’Hara w Peanuts), tylko serce z kamienia może ochronić przed wzruszeniem. Ale nawet gdy Stuart milknie, lament instrumentów, drganie spokoju, krzyk tlących się nut (piękne Piano Me Down) nie pozostawia złudzeń: to czarodzieje dźwięków.

7/10

Superduet (CNC “No Mood”; DRAW Records)

Z kolegą Łukaszem Kuśmierzem wysmażyliśmy wspólnie recenzję płyty projektu CNC (Borys Dejnarowicz & Piotr Maciejewski). Recenzja miała pojawić się zupełnie gdzieś indziej, ale ponieważ tak się nie stało, zamieszczam ją tu, by nie było, że “Słodko-gorzkie” przegapiło taaaki album.

<<Objaśnienia skrótów: ŁK – Łukasz Kuśmierz, MT – Maciej Tomaszewski>>

ŁK: Borys Dejnarowicz i Piotr Maciejewski to ważne postacie dla polskiej alternatywy. Wydawać by się mogło, że informacja o wspólnym krążku wspomnianych artystów zelektryzuje fanów niezalu, tymczasem premierze „No Mood” towarzyszyło raczej umiarkowane zainteresowanie. Dziwi to tym bardziej, że rzecz się dzieje w kraju, w którym do np. My Bloody Valentine wielu podchodzi czołobitnie, a przecież shoegaze i dream pop wychowane na muzyce ekipy Kevina Shieldsa to główne składniki opisywanego przez nas mini-albumu.

MT: Powody, dla których premierze „No Mood” towarzyszyło – jak to określił Łukasz – „umiarkowanie zainteresowanie” pozostaną nie do końca jasne. Ja postawiłbym na taki, że Maciejewski i Dejnarowicz nagrali taką płytę, jakiej właściwie można się było po nich spodziewać, wybrali najłatwiejszą z możliwości (to nie zarzut). Choć na mix-tape’ach sygnowanych nazwą CNC pojawił się prawdziwie odważny konglomerat estetyk, to „No Mood” jest zaskakująco spójne. Panowie czują się tu jak ryba w wodzie i paradoksalnie pewnie dlatego tak niewiele się o tej płycie mówi. Nie ma czego dissować, to nie „biszkopotowe serce owinięte ciasno folią” (nie wszyscy byli usatysfakcjonowani debiutem Much jak niżej podpisani) czy poważkowe impresje z „Divertimento” o kwestionowalnej przez wszelkich znawców i nieznawców wartości. Na to wszystko nakłada się ogólna kondycja polskiego niezalu, światka, którego tak naprawdę nie ma.

ŁK: Jest też tak, że część słuchaczy mogła zniechęcić sama forma utworów – kompozycje na „No Mood” są skonstruowane na, tak lubianej przez Dejnarowicza, zasadzie repetycji. Zdarzają się wyjątki, jak „Vegas” z wokalem Ani Stanisławskiej, gdzie wpuszczono więcej powietrza, ale generalnie dominuje powtarzanie i zagęszczanie motywów (tytułowy track, „Xenility”, „Magenta Ants”), wspomniane kawałki są zaś rozdzielone elektronicznymi szumami (kolejne „Plot Device”). Jednak – co należy wyraźnie podkreślić – ścieżki przygotowane przez Borysa i Piotra na ten króciutki album to ekstraklasa jeśli chodzi o przebojowość, o właściwie każdym utworze na „No Mood” można opowiedzieć w ciepłych słowach (jedynie odrobinę dłuży się przypominający klimatem Drivealone closer), a pierwszych kilkanaście sekund mojego faworyta, czyli „Magenta Ants” widzę jako rzecz do wykorzystania na zapadający w pamięć dżingiel radiowy. Wspomnijmy też o okładce – sympatyczny tribute dla „Loveless”.

MT: Właśnie… CNC formalnie jest duetem, ale to przede wszystkim dwie wyraziste indywidualności i każda z nich zaznaczyła swą obecność na krążku. Dla uproszczenia: Dejnarowicz przyniósł melodie, Maciejewski: teksturalną schizofrenię (Łukasz ukradł mi „repetycje”, bo chciałem dodać, że one na „No Mood” stanowią wspólny mianownik artystycznej maniery obu panów). Całość, mimo gęstej estetyki, podana jest lekko i zwiewnie. I bez specjalnego przeintelektualizowania, zupełnie inaczej niż na solówkach artystów z CNC, gdzie i Piotr i Borys wznosili się na wyżyny muzycznej erudycji. Niebanalne, ale i nieskomplikowane, optymalny złoty środek.

7/10

Słodko-gorzkie, Radio Kampus, 2 lutego – Beach House, Owen Pallett, Caribou

Goldfrapp „Rocket” / Headfirst

Cieślak i księżniczki „No Love Anywhere”

Muchy “Przesilenie” / Notorczyni debiutanci

Owen Pallett “Great Elsewhere” / Heartland

Owne Pallett “Lewis Takes Off His Shirt” / Heartland

The Ruby Suns “Cranberry” / Fight Soflty

Caribou “Odessa” / Swim

Beach House “Norway” / Teen Dream

Beach House “Lover of Mine” / Teen Dream

Beach House “Real Love” / Teen Dream

—-

O płytach Beach House i Owena Palletta w następnych wpisach

Słodko-gorzkie – 2 lutego – Beach House, Owen Pallett, Tindersticks, Caribou – zapowiedź

Dziś w audycji zajrzmy na dłuższą chwilę na nowe płyty Beach House (tegoroczne Veckatimest?), Tindersticks, Owena Palletta. I parę nowych singli.

Zapraszam już dziś o 21.00 na 97.1 FM (Warszawa) lub www.radiokampus.waw.pl (reszta świata).

Pozdrawiam,

Autor

Nic nie wiem (“Co wiesz o Elly?”, reż. Asghar Farhandi, dyst. AP Mańana)

Zaczyna się jak studencki horror, arabska wersja Blair Witch Project – grupa znajomych jedzie na wspólny weekend gdzieś nad morze. Mieli mieszkać w przyzwoitych warunkach, ale na skutek nieporozumienia ich domek zostaje już wynajęty. Zostaje im do dyspozycji jedynie hacjenda, które najlepsze lata ma już dawno za sobą – obdrapana, z powybijanymi szybami, nie domykającymi się oknami. Ta przygoda nie może skończyć się dobrze.

Ale na razie zabawa trwa w najlepsze: tańce, przyjacielskie zgryźliwości, dowcipkowanie, szisza. Tylko jedna z dziewcząt, tytułowa Elly, sprawia wrażenie zagubionej, przestraszonej, skrywającej dramat. Ale i na to znajdzie się rada: Elly ma być wyswatana ze znajdującym się w towarzystwie rozwodnikiem. Choć wszystko wydaje się być na dobrej drodze, cel nie zostanie osiągnięty, bo dziewczyna niespodziewanie zniknie. I tu zaczyna się horror.

Spokojnie: nie pojawią się wilkołaki, nie przybędą z zaświatów duchy. To będzie horror uprzedzeń, konwenansów, pozornego wyzwolenia. Z pozornie nieistotnej opowiastki film stanie się próbą rozprawienia się z pozycją kobiety w islamskim świecie. Wyjdą na jaw szczegóły z życia Elly, które będą kazały spojrzeć bohaterom na ich koleżankę w zupełnie innym świetle. Nam fakty te mogą okazać się błahe. Ale w Iranie równoznaczne są z hańbą. Okaże się, że w ślad za zeuropeizowaniem Arabek nie idzie ich wolność, radość, czy wreszcie podstawowa wartość w demokratycznym społeczeństwie, do czego kraj zdaje się aspirować: możliwość podejmowania decyzji o samym sobie. Dla nas to coś oczywistego. Tam kulturowe zniewolenie nie pozwala na przekucie pięknych haseł w praktykę, relację opierają się na grze pozorów, ugruntowanej przez lata tradycji.

Szczególne uznanie należy się reżyserowi, nagrodzonemu Srebrnym Niedźwiedziem w Berlinie Asgharowi Farhandiemu, za precyzję przyjętej formy. Już od początku sygnalizuje drobnymi ujęciami tragedię: dzieci plączą się zbyt blisko morza, pojawiają się tajemnicze spojrzenia świadczące o niedomówieniach. Kiedy tragedia będzie miała miejsce, film staje się pełnym napięcia thrillerem o spirali kłamstw, która pozbawia kontroli. Dużo się tu mówi, właściwie mówi się cały czas. Poszczególne sceny kręcone są z nerwem, dynamicznie, w klaustrofobicznych wnętrzach, co jeszcze bardziej potęguje niemoc i bezsilność głównych bohaterek.

Warto zwrócić uwagę na ten film również dlatego, że może pozbawić kino arabskie konotacji z biednymi dziećmi pragnących dostać nową parę butów. Co wiesz o Elly? to – przewrotnie – kino bardzo europejskie, które nie zamyka się w hermetycznych kulturowych odniesieniach, odczytywalnych jedynie przez erudytów, nie zastyga w pięknych widokach, porywczej naturze. Pędzi do przodu i pozostawia widza z wyrzutami sumienia, że o Elly to on nie wie nic.

7.5/10