Słodko-gorzkie, 17 listopada, Radio Kampus – smutni panowie (plejlista)

Devendra Banhart „Baby” / What Will We Be

Snow Patrol “Just Say Yes” / Up to Now

Fyfe Dangerfield “When You Walk in the Room” / Fly Yellow Moon

Devendra Banhart “Angelika” / What Will We Be

Monsters of Folk “M.O.R/.” / Monsters of Folk

Yeasayer “Ambling Alp” / Odd Blood

Mumford and Sons “Winter Winds” / Sigh No More

Mumford and Sons “Little Lion Man” / Sigh No More

The Antlers “Bears” / Hospice

Bon Iver “Lump Sum” / For Emma, Forever Ago

The Antlers “Sylvia” / Hospice

—-

O wybranych płytach już za chwilę na blogu.

“Słodko-gorzkie”, Radio Kampus, 17 września – zapowiedź (The Antlers, Mumford and Sons)

Dziś smutni Panowie: The Antlers, Mumford and Sons, Monsters of Folk i Devendra Banhart. I parę świeżutkich singli.

Do usłyszenia dziś o 21.00 na 97.1 FM (Warszawa) lub www.radiokampus.waw.pl (reszta świata).

Dziesięć powodów, dla których należy zobaczyć “Rewers” (reż. Borys Lankosz)

dla scenariusza Andrzeja Barta to nie napisana na kolanie literacka wydmuszka, szkolna rozprawka o kwiatkach i motylkach, a rozpisana na niuanse historia, która – pomimo pewnej ekstrawagancji – zachowuje wszelkie pozory prawdopodobieństwa.…

… dla kobiet – bo to one są centralnymi postaciami filmu. Wreszcie pojawił się polski obraz, w którym panie nie pełnią roli uroczych wieszaków na markowe ubrania, a są, czują i działają. Owszem, można uznać je za kobiety wyznające raczej staroświecki porządek (wszelkie wysiłki Babci i Matki skupiają się na tym, by Wnuczkę i Córkę w jednej osobie wydać szczęśliwie za mąż, tak jakby to był jedyny sens istnienia kobiety), może są nieco strachliwe („z życiem trzeba obchodzić się ostrożnie”), ale nadzwyczaj rozsądne („w życiu lepiej być samotnym niż w złym towarzystwie”) i pewnie każdy z nas chciałby mieć takie trzy hetery w domu. Nieobecność mężczyzn jest tu znacząca (akcja dzieje się w 1952/53 roku), większość więc poginęła, a ci którzy zostali, to albo zapijaczone księgusie pozbawieni emocjonalnej inteligencji albo diabły wcielone, sprowadzające biedne owieczki na złą drogę (ale spokojnie: owieczki jeszcze pokażą, na co je stać). Swoją drogą, swoisty rytualizm i staroświecki szacunek towarzyszący wzajemnym relacjom przedstawicielek trzech pokoleń tej samej rodziny przywołuje na myśl przedostatni film Pedro Almodovara, w którym jedyny istotny mężczyzna na samym początku ginie. Ale nie uprzedzajmy faktów.

dla antypomnikowości, dystansu i absurdu – to, że socjalizm łamał życia, przećwiczono w polskim kinie już wielokrotnie, z nieustanną nabożnością i na kolankach. Tymczasem Rewers, choć dotyczy tego samego, robi to w zupełnie inny, by nie powiedzieć – obcy polskiej estetyce sposób: posiłkując się czarną komedią i groteską. Wszystkie niezbędne elementy, umożliwiające oddanie tragedii tamtych czasów, oczywiście są w Rewersie obecne – szantaż ze strony bliżej nieokreślonego Państwa, brak wyboru, rozrachunek z sumieniem, bezwzględność w ingerencji w zwykłe życie. Niemniej jednak, całość podana jest w ludzki, subtelny sposób, pełen dystansu do przyjętej konwencji, zrazu ją odrzucającą i próbujący – z powodzeniem – przedstawić to samo, ale inaczej. Żadnych Chrystusów narodów, żadnej symboliki, ot, zwyczajna historia, która mogła zdarzyć się również i w twojej rodzinie, przedstawiona lekko, ale z powagą i wagą rzeczy. A jednocześnie, gdyby została oderwana od historycznych konotacji, mogłaby stać się przypowieścią o złu, nieustannie odradzającym się, którego obecność należy przyjąć do wiadomości.

dla fantastycznych zdjęć, za które Marcin Koszałka otrzymał nagrodę w Gdyni –  czarno-biała taśma, a jak tętni!

dla ciętych ripost i świetnych dialogów  – żadne tam przewracanie się na skórce od banana, a doskonałe bon-moty (najwięcej zgarnia ich Babcia, a jakże!), inteligentny dowcip, kwestie, które mogą już za chwilę stać się częścią języka potocznego, wzbudzając spontaniczny i prawdziwy śmiech.

… dla Anny Polony – w roli Babci – odstawia do kąta ¾ swych studentek, które ugrzęzły w bagnie telenowel.

… dla Krystyny Jandy – w roli Matki – naturalna, z minimalną ilością tych wszystkich spazmów i nerwów, jakie zwykła prezentować, a do tego: autoironiczna.

dla Agaty Buzek w roli Sabinki – prezentuje cały zestaw min (od strachu po zwykłą, naiwną, dziewczęcą radość), niby jej bohaterka jest szarą myszką, która marzy o księciu z bajki, ale w decydującym momencie nie zawaha się zawalczyć.

… dla ról męskich – wystylizowany na Humphreya Bogarta Marcin Dorociński, zabójczo przystojny, ale i zabójczo niebezpieczny, wreszcie dostał rolę na miarę swego talentu. A Adam Woronowicz w wyrazistym epizodzie ujawnia nieoczekiwanie talent komediowy.

dla rozrywki – ten film się nie nadyma, nie udaje, nie przebiera, nie reklamuje piwa, nie mizdrzy się. Jest. I to cieszy najbardziej.

Celebrytka (Agnieszka Chylińska “Modern Rocking” / EMi Music Poland)

Tej płyty nie nagrała Chylińska, która kiedyś w gówniarskim przypływie afektacji, w porze największej oglądalności, wyłożyła całej Polsce, co tak naprawdę sądzi o nauczycielach. Ba, tego krążka nie nagrała nawet ta Chylińska, która jęczała nad losem młodej matki na łamach największych lajfstajlowych miesięczników. Tę płytę nagrała Chylińska – jurorka „Mam talent” (znamienne, że tak właśnie artystka podpisywana jest przy okazji wszelkich wizyt w telewizjach śniadaniowych), która grubą kreską diety, wizyt u ortodonty, błysku w oku i seksownych kostiumów odcina się od tamtej, zbuntowanej przeszłości. Żeby było jasne: nie mam nic przeciwko diametralnym, kategorycznym zmianom. Tyle, że po układzie Plan B oraz Chylińska spodziewać się można było torpedy. Tymczasem ”Modern Rocking” strzela ślepakami – ani krzywdy nie zrobią, ani specjalnie nie wystraszą. Wadzi przede wszystkim brak przebojów, melodii spontanicznie nuconych w drodze na przystanek, co w obranej estetyce jest najdotkliwszym z przewinień. Singlowe Nie mogę cię zapomnieć jest bodaj najbardziej nośną z kompozycji zawartych na płycie. Choć w pozostałych ośmiu Państwo robi co może, bądź to podszywając się pod Moloko (lub solową Roisin Murphy) bądź pod Calvina Harrisa, efekt nie może zostać uznany za satysfakcjonujący. Produkcja numerów jest co najwyżej poprawna, rządzą płaskie bity, różnorodność sampli i smaczków, która teoretycznie miała przekonać o sprawności producentów, nie osiąga jednak zamierzonego rezultatu, bo brakuje solidnych podstaw, na których takowe ozdobniki można zamocować. Autorzy płyty przestraszyli się chyba potencjału, który w niej tkwił, stąd niestety rządzi średniactwo – wiele pomysłów, jak choćby ten w Niebie, nie wychodzi poza ramy zarysów i w tej wygładzonej formie podszywa się pod najnowsze trendy z parkietów. A zupełnie osobną kwestią są teksty. Autorka Chylińska nigdy nie była poetką, natomiast pomimo stosowania raczej prostych chwytów, na tym poletku radziła sobie całkiem nieźle. To, co proponuje na Modern Rocking jest jednak że-nu-ją-ce. Pomijam fakt, że w niemal każdym utworze pojawia się oznaczające tak wiele słowo-wytrych (czas), które przecież łatwo zrymować z innymi, a używanie którego przez tekściokletów winno być w zasadzie zabronione. Warstwa tekstowa tej płyty to grafomania pierwszej klasy i dla zdrowia psychicznego czytelników oszczędzę przykładów – weźcie – na własną odpowiedzialność – pierwszy lepszy wers z brzegu. Skoro już sobie wymyślono, że Chylińska ma zastąpić zwolniony przez Reni Jusis (pardon, Renatę Makowiecką) wakat pierwszej damy polskiego disco, należało skierować się do niej po pomoc choćby w tym zakresie. Tym samym – druga solówka Lady Agi (copyrights by jeden z dzienników) staje się bardziej wydarzeniem medialnym niźli artystycznym, miłym i nieszkodliwym dodatkiem do cosobotniej obecności jej autorki w małym pudełeczku. I modelowym przykładem dla przyszłych piarowców: jak sprzedać w (na razie) trzydziestu tysiącach egzemplarzy coś, co w zasadzie jest niepotrzebne. Album straconej szansy. Dobrze, że chociaż samej jego autorce sprawił przyjemność.

3/10

<na potrzeby cgm.pl>

 

bez tytułu (Kings of Convenience “Declaration of Dependence” / EMI)

Wielu (w tym niżej podpisany) nie wierzyło, że ta płyta w ogóle się może jeszcze pojawić. Norweski duet, rozpisany na dwie akustyczne gitary, dwa wokale, czasem smyki i alternatywną wersję bossanovy, wydał swój ostatni studyjny album, Riot on an Empty Street, przed pięcioma laty. A niedługo potem głównodowodzący projektem Erlend Øye podłączył się do prądu i wraz z nowymi kolegami, ukrywając się pod szyldem The Whitest Boy Alive, w kontrapunkcie do nazwy, zaprosił do muślinowego disco i pluszowego R&B. Następne w kolejności miało być trzecie wydawnictwo macierzystego zespołu Erlenda, ten jednak najwyraźniej na tyle świetnie poczuł się na parkiecie, że wiosną tego roku Najbielszy z Białych wystrzelił po raz drugi, co – mimo zapewnień autora – ostatecznie pogrzebało nadzieję na kolejne spotkanie z Królami Wygody. Ale – jak zaleca jeden z największych gniotów w historii polskiej tragedii romantycznej – nigdy nie mów nigdy.

Takie projekty jak Kings of Convenience nigdy nie będą kierować masową wyobraźnią. Zbyt intymne, za mało krzykliwe, za bardzo skupione. Szkoda. Bo jeśli obecnie ktoś zasługuje na miano spadkobierców zrelaksowanego songwritingu spod znaku Simona i Garfunkela, to są to właśnie Erlend Øye i jego kolega Eirik Glambek Bøe. (szczególnie, gdy na wyraźnym artystycznym rozdrożu stoi Badly Drwan Boy). Wystarczy spojrzeć na okładkę Declaration of Dependence: plaża, szachy, gitara, drinki, słońce, zatrzymane w kadrze chwile. Panowie dokonują z powodzeniem niecodziennej sztuki: manipulują obrazami i słowami-wytrychami, by stworzyć matową opowieść o chłopcach w zbyt dużych kraciastych koszulach i dziewczynach w sukienkach w pastelowych kolorach. O nas. W tym roku podobna sztuka udała się może jedynie Szkotom z Camera Obscura.

Najpiękniejsze w omawianej przeze mnie płycie jest to, że pomimo faktu, że od ostatniego spotkania upłynęło relatywnie (szczególnie w kontekście szybkości dzisiejszej kultury pop) mnóstwo czasu, u Norwegów nie zmieniło się nic – to zresztą dowód, jak świetnie panowie opanowali proponowaną przez siebie estetykę: ograniczony z definicji zbiór środków nie prowadzi do znużenia. Niby bohaterowie kompozycji doświadczają małych prywatnych huraganów, a jednak zachowują nienaturalny wręcz spokój (znów kłania się okładka), przekonując, że to tylko słabość chwilowa, w dłuższej perspektywie uleczalna. Kings of Convenience operują niepopularną konwencją: wrażliwością, tworząc tym samym integralny zbiór trzynastu kompozycji, w których najważniejsze nie jest powiedziane wprost, a każdy może dopisać swoje własne randki, filmy, książki. Kryje się tu jakaś większa prawda, naturalność, lekkość, a przy okazji prostota stojąca w najjaskrawszym kontraście ze skomplikowaniem. Słowem: towary deficytowe. I dlatego tak bardzo mocno Kings of Convenience przez te pięć lat brakowało.

8/10

Słodko-gorzkie, Radio Kampus, 10 listopada – Dobre, bo polskie

Kucz/Kulka „Got a Song” / Sleepwalk

Dick4Dick „Hollywood” / Summer Remains

Agnieszka Chylińska „Nie mogę cię zapomnieć” / Modern Rocking

Plastic „What I Like” / P.O.P.

Plastic „Night Butterfly / P.O.P.

Andy „Nic z tego nie będzie” / 11 piosenek

Nathalie and the Loners „Fuck or Love” / Go Dare

Nathalie and the Loners „Vod” / Go Dare

Nathalie and the Loners „It Is So” / Go Dare

Hatifnats „World 2” / Before It Is Too Late

Bad Light District „Street of Frozen Phantoms” / Simplifications

Bad Light District „Happy Ends Never Happen” / Simplifications

Recenzje wybranych płyt już wkrótce na blogu.

Prawda w polskim filmie – rozprawka na Narodowe Święto (Zero vs Galerianki vs Mniejsze zło)

(Zastrzeżenie: nie widziałem jeszcze ni Rewersu ni Domu złego, które – jeśli wierząc recenzjom i komentarzom – są najbardziej udanymi polskimi obrazami tego roku).

<brak wstępu>

Najbliżej uchwycenia jakiegoś tam sensu o Polakach był Paweł Borowski w Zerze, obrazie, który usatysfakcjonuje przede wszystkim wielbicieli Altmana, Inarritu czy Andersona. Ważny Biznesmen (Robert Więckiewicz) uruchamia w swym krystalicznym pokoju dyrektora w krystalicznie nieskazitelnym wieżowcu kulki Newtona, a zaraz potem wykonuje telefon do detektywa, któremu zleca śledzenie żony. Kulki Newtona mają sygnalizować, że mijając się, przekazujemy sobie energię, ale także zmieniamy los innych, co z kolei w filmie rozpoczyna rozmowa telefoniczna. Oto bowiem w Zerze mamy bez mała trzydzieści postaci, a narracja przechodzi płynnie od jednej do drugiej, gdy te wpadają na siebie przypadkowo na ulicy, dzwonią do siebie, przepychają się między sobą w sklepie, obijają sobie mordę, zabijają.

Taka estetyka na Zachodzie została ograna na wszelkie możliwe sposoby, w Polsce to temat dopiero rozgrzebywany. I choć sam pomysł jest wtórny, to jego realizacja jest znakomita. Mimo niespotykanej ilości równorzędnych bohaterów, żaden z wątków nie umyka naszej uwadze, nie jest zapominalny. Całość zbudowana jest niezwykle precyzyjnie, z realizatorską wprawą (doskonałe zdjęcia, w szczególności te w nowoczesnych wnętrzach), czasem aż do znudzenia i przewidywalnie (o, ci spotkają tych, a potem ten spotka tego etc). Poszczególne elementy tej wielopiętrowej układanki mają sens same w sobie jako odrębne historie, ale także stanowią integralną jej część, umożliwiając konstrukcję alegorycznego przesłania: żaden z nas nie jest bez winy, każdy z nas – nawet w sposób nieuświadomiony – wpływa na życie innych. Ta metaforyczna wymowa filmu podkreślona jest przez brak nadania bohaterom jakichkolwiek imion, a także brak określenia miejsca, w którym dzieje się akcja (wiadomo, że film kręcono w Warszawie, ale z drugiej strony wszystkie samochody mają rejestrację województwa dolnośląskiego, choć znów z nieistniejącego miasta). Wszyscy jesteśmy więc równi, pragniemy tego samego: miłości, przywiązania, boimy się tego samego: samotności. Może to i bełkot, ale za to jak pokazany!

Osobną kwestią są w tym filmie kreacje aktorskie, w rolach szczególnie trudnych, biorąc pod uwagę, że każdej z postaci poświęcono niewiele czasu. Borowski idzie na łatwiznę, obsadzając większość aktorów zgodnie z ich ugruntowanym wizerunkiem. I tak Roma Gąsiorowska gra głupawą, zidiociałą gwiazdkę porno, która zachodzi w ciążę ze swym producentem-menedżerem, przerażającym jak zwykle Przemysławem Bluszczem. Marian Dziędziel znów wygłosi parę małomiasteczkowych sentencji, Cezary Kosiński jest biznesmenem-fajtłapą, Gabriela Muskała z obawą patrzy w przyszłość swymi wielkimi oczami etc. (jeden z nielicznych wyjątków: fantastyczna Kamilla Baar, wbrew emploi silnej i zdecydowanej, w ciągu niespełna minuty, jedynie poprzez gesty i mimikę, tworzy wyrazistą postać kobiety, która straciła wszelki sens). Nie wpływa to jednak na odbiór filmu, wręcz przeciwnie: wobec morderczego tempa taki casting ułatwia widzowi uporządkowanie spraw. Bo to film zbudowany ze zlepków, fragmentów, ułamków, chwil. Chaos.

7/10


Chaos rządzi również w życie małolat z Galerianek Katarzyny Rosłaniec. Te jednak nie są świadome jego skutków – oddając się spotkanym w galeriom handlowym mężczyznom czasem za markowe telefony komórkowe, czasem za pieniądze, uciekają od …. No właśnie. W tym schemacie wadzi nieprawdopodobieństwo całej sytuacji: nie jestem w stanie uwierzyć, że jakikolwiek heteroseksualny mężczyzna, o zdrowych zmysłach, mógłby zdecydować się na obciąganie przez gimnazjalistkę o wątpliwych walorach estetycznych w garażu wielkiego domu handlowego. Również historia głównej bohaterki, Ali (Anna Karczmarczyk), wydaje się przekombinowana i nie za bardzo wiadomo, dlaczego dziewczyna zdecydowała się na dołączenie do gangu klasowych galerianek – jedynym logicznym wytłumaczeniem zdaje się tu być chęć posiadania nowego telefonu komórkowego, bo przecież i dom taki, jak wiele (tata pod pantoflem mamy, trochę nadpobudliwej) i równolatkowie Ali wzbudzają jej zainteresowanie… Czy zwyczajność aż tak bardzo przygnębia?

Jest w filmie Rosłaniec parę doskonałych wątków, jak choćby ten, gdy jedna z dziewczyn zachodzi w ciążę, automatycznie wypada z gry i historia już do niej nie powraca. Jest też parę mocnych scen, przykładowo: ostatnia (choć to prawda, winna skończyć się wcześniej, bo ostatnie ujęcie razi dydaktyczną dosłownością), czy ta, w którym Ala, przed pierwszym ze stosunków, ogląda w łazience swoje ciało. Interesująco wypada również portret emocjonalnego zniewolenia Ali przez Milenę (Dagmara Krasowska), ich pokrętnej zależności opartej o niedojrzałe pojmowanie świata (to coś, czego nie udało zbudować się Andrzejowi Wajdzie w Pannie nikt). Zadziałał też kasting: amatorki wybrane do roli galerianek są świetnie, a Artur Barciś i Iza Kuna, jako rodzice Ali, tworzą – jak Adam Słodowy – coś z niczego. Niemniej jednak, film jako całość zawodzi: nie przekonuje przede wszystkim szybka przemiana głównej bohaterki (katalizatorem jest nakrycie matki na zdradzie), a także czarno-białe nakreślenie rzeczywistości, które umożliwia doprowadzenie z góry wiadomej tezy do zaplanowanego końca, co podsuwa myśl o wyrachowaniem reżyserki. Jak pisze Paweł T. Felis, brak tu zniuansowania, choćby chwilowego nakreślenia szarości. Bohaterowie są marionetkami, które mają pomóc w uproszczeniu zrealizować cel.

A jednak, mimo wszystko, to film potrzebny, o czym przekonały mnie reakcje nastolatków, którzy stanowili znaczącą część widowni podczas seansu – film w dramatycznych momentach wywoływał salwy śmiechu, co powinno przekonać nawet najbardziej zagorzałych ortodoksów o konieczności jak najszybszego wprowadzenia edukacji seksualnej do szkół.

5/10

A Mniejsze zło (reż. Janusz Morgenstern)? Akcja filmu nakręconego w oparciu o powieść Janusza Andermana dzieje się na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Kamil, student polonistyki, publikuje swój pierwszy wiersz na łamach poważnego czasopisma. Interesuje się nim partia, która stawia ultimatum: albo dołączysz do nas albo zamykamy ci oficjalny obieg. Kamil ze strachu przed wojskiem ucieka do szpitala psychiatrycznego, ale wcześniej podpisuje protest przeciwko cenzurze. W psychiatryku poznaje pisarza, któremu po jego śmierci kradnie powieść, a także nawiązuje romans z ordynatorką…

Kamil (celowo nijaki Lesław Żurek) jest człowiekiem pozbawionym jakichkolwiek właściwości, a jednak udaje mu się osiągnąć coś, co dziś nazwalibyśmy sukcesem. Bo dla Kamila nie ma znaczenia, czy oferuje ubekom pomoc w zdemaskowaniu Miłosza czy występuje przeciwko systemowi: ważne, by te działania miały przynieść zakładany skutek. Tego nauczył chłopaka ojciec (świetny Janusz Gajos), który – zgodnie z wygłoszoną deklaracją – w życiu wybierał zawsze mniejsze zło, co należy sprowadzić do stwierdzenia, że to modelowy przykład konformisty – był w AK, ale zapisał się do partii, dzięki czemu został dyrektorem. Na fali powszechnej szczęśliwości związanej z wyborem Karola Wojtyły na papieża, wiesza portret duchownego w mieszkaniu, a zaraz potem zakłada związki zawodowe. Temu wszystkiemu z niedowierzaniem i obrzydzeniem przygląda się żona (zmęczona Anna Romantowska). Nic dziwnego, że system, kobiety, przyjaciele stanowią dla Kamila jedynie środek. Bez refleksji, bez odpowiedzialności. Nie wiemy, jaki jest Kamil, aż dziwne, że istnieje. Chyba nie tylko ja miałem ochotę spuścić mu porządne manto.

W filmie przeszkadza przede wszystkim staroświeckość jego realizacji: akcja prowadzona jest aż nazbyt klarownie, bez muld, wiernie adaptacji. Seks służy pokazaniu przedmiotowemu nagiego ciała Tamary Arciuch-Szyc czy Magdaleny Cieleckiej, podczas gdy Żurek nie pokazuje nawet pół sutka, co przywołuje sposób realizacji scen erotycznych w filmach rejestrowanych w Polsce w latach, które obraz portretuje. A jednak portret czasów, gdy kłamstwo zastąpiło dobro, a wybory były tylko złe, podany z lekkim przymrużeniem oka, może być uznany za satysfakcjonujący.

6/10

<brak zakończenia>

Słodko-gorzkie, Radio Kampus – 10 listopada – zapowiedź – Dobre, bo polskie

Z uwagi na jutrzejsze Święto Narodowe dziś o 21.00 w Kampusie gram same polskie piosenki: Nathalie and the Loners, Kapela ze Wsi Warszawa, Plastik, Hatifnatsi, Bad Light Disctrict, Kucz i Kulka, Dick4Dick, Hey, Chylińska i przede wszystkim pierwszy oficjalny singel Andy!

Do usłyszenia na 97.1 FM (Warszawa) lub www.radiokampus.waw.pl (reszta świata).

Autor.

Apatia (Editors “In This Light and On This Evening” / Kitchenware Records)

Trzeci krążek ulubionego zespołu Polaków (za czym przemawia częstotliwość koncertowa kwartetu nad Wisłą) wpisuje się w modny ostatnio schemat propagowany przez brytyjskich artystów, schemat repozycjonowania. Jack Peňate, The Horrors, Arctic Monkeys, Noah and the Whale, a także Editors właśnie, przygotowali płyty zaskakujące, z nieoczekiwaną zawartością. Bohaterowie niniejszej notki dokonali estetycznej wolty: przestali udawać młodszych braci Coldplay, którzy podszywają się pod młodszych braci U2 i ponownie bezpiecznie wylądowali w mrocznym, zatęchłym przybytku, sponsorowanym przez wszystkie wydawnictwa Joy Division. Nie oznacza to jednak, że trójka Editors do powtórka z rozrywki, repryza wydanego przed czterema laty The Back Room. Tamten album miał służyć przede wszystkim do tańca, przy całym zestawie łatwo odczytywalnych aspiracji, przypisać mu należy walor użytkowy, rozrywkowy. Utwory z In This Light And On This Evening w klubie raczej nie mają szansy się pojawić.

Być może najbliżej do „starego” Editors prawdopodobnym kolejnym singlom z płyty: Eat Raw Meat = Blood Drool (choć tytuł komercyjnie dyskwalifikuje) oraz Bricks And Mortar, o nie tak znowu małym potencjale radiowym. Ale już ten ostatni, mimo że przywołuje najlepsze refreny z ostatnich dwóch płyt zespołu, buduje nowy wizerunek, w którym prym wiodą syntetyczna perkusja i klawisze, których płaskie brzmienie nawiązuje do pierwszych lat muzyki elektronicznej, a w wersji bardziej przystępnej – pierwszych zabaw w muzykę niejakich Depeche Mode. Frazy powtarzane są nieustannie, miarowo, bez końca, wbijając się nieuchronnie w pamięć. Kompozycje zbudowane są ze znaczących niewiele składników, banalnych fragmentów. Tak często przywoływany w kontekście poprzednich wydawnictw zespołu przymiot „piosenkowy” tym razem nie ma racji bytu. Te utwory, nawet jeśli stanowią kalkę dokonań Iana Curtisa i reszty, to kopiują wyznaczone niegdyś schematy w inteligentny sposób, bez przymilania się, z niejaką głębią i refleksją. O zmianie podejścia świadczy kończący krążek Walk The Fleet Road, nagrany razem z chórem: na poprzedniej płycie Smokers Outside the Hospital Door waliło po oczach dosłownością, tu musimy się zatrzymać, skupić. Teatralny głos Smitha, ale jednocześnie celowo omijający jakąkolwiek możliwość interpretacji, pogłębia poczucie sztuczności i nienaturalności całej sytuacji. Całość sprawia wrażenie depresyjnej, surowej przypowieści, napędzanej rezygnacją i żalem. Dynamikę zastąpiło wycofanie, swoista apatia. Po mocnym otwarciu płytę znosi ku przystani banał (koszmarne balladowe The Boxer), co przekonuje, że zespół nie uniósł ciężaru gatunkowego całej sytuacji, niemniej jednak nie można odmówić In This Light And On This Evening odwagi (świadoma rezygnacja z mocarnych refrenów, znaku rozpoznawczego zespołu) i tym samym należy docenić próbę zmiany wizerunku. Editors pojęli chyba, że ekipa pt. „Bono i Spółka” jest dla nich (na razie) nieosiągalna, kontynuują więc zabawę w wiecznie smutnych mężczyzn o powłóczystych spojrzeniach.

6/10

Dźwiękowy terror (The Big Pink “A Brief History of Love” / 4AD)

Na dobrą sprawę to już dawno powinno się znudzić. Ileż można jechać na inspiracji My Bloody Valentine, Jesus and Mary Chain czy Spacemen 3? Jak wielu debiutantów, pytanych o faworytów, jednym tchem wymienia Loveless i Psychocandy? W tym temacie zdaje się, że powiedziano już wszystko. Że wyczerpano formułę do cna. A przynajmniej teoretycznie. A do tego dochodzi jeszcze druga strona medalu: brak możliwości (technicznych, emocjonalnych etc) przekucia inspiracji w materiał choćby przez chwilę wart uwagi. Sama znajomość kolejności piosenek na japońskiej wersji twojej ulubionej płyty nie wystarczy, by jej dorównać. Wielu przejechało się już na tej zdawałoby się oczywistej oczywistości.

Z The Big Pink jest problem tego rodzaju, że choć od razu wiadomo, które z wydanych na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat płyt, po mimowolnym przyswojeniu wszelakich patentów na nich przedstawionych, oprawili w złote ramki na potrzeby domorosłego ołtarzyka ku czci Muzyki, to oni w ogóle, ale to w ogóle się do tego nie przyznają. A prasa na całym świecie bywa aż tak zgodna niezmiernie rzadko – entuzjazm towarzyszący premierze A Brief History of Love można podsumować stwierdzeniem: noise-popowy klasyk. Moje pierwsze odsłuchy tego krążka nastąpiły przy użyciu zdezelowanego sprzętu zdolnego resztkami sił do odczytania zapisu CD. Test na warkot został zaliczony na szóstkę: rzężenie, charczenie, nieustanna awaria. Dźwiękowy terror efektów niezbadanego pochodzenia. Dopiero z każdym kolejnym spotkaniem album odkrywa swe następne warstwy. Zacznijmy od tekstowej: debiut brytyjskiego duetu to koncept album o (obowiązkowo) nieudanym uczuciu, którego zrealizować się nie da, bo kochankom jest nie po drodze. Stężenie przegranego i naiwnego romantyzmu wysyła aspirujący do podobnej kategorii ubiegłoroczny debiut Glasvegas do oślej ławki (tak, wiem, że dostali ode mnie też 4 gwiazdki – walor rozrywkowy tego wydawnictwa jest niezaprzeczalny). Najbardziej jednak frapuje na A Brief History of Love zestawienie tego, co przyswajalne z tym, co wręcz odstrasza. Niezwykła przebojowość (banalny refren w Dominos, oto twój nowy status na GG – These girls fall like dominos, stadionowe Too Young To Love, pokrętne Velvet, by wymienić piosenkowe hajlajty tego wydawnictwa) przecina się z industrialnym hałasem, odgłosami pijanych syntezatorów (At War With The Sun, tak, dzień jest wrogiem tej płyty), wiercącymi ścianami gitar, wreszcie: jednostajnym, beznamiętnym wokalem. Nawet gdy proponują prostotę i lekkość (Love In Vain) robią to na swój odrażający, klaustrofobiczny, kosmiczny sposób. Ale czy zakochanie nie jest wirusem sprzeczności?

8/10

Dla tych co szukają hitów oczywistych:

Dla tych, co szukają hitów, ale nieoczywistych: