Słodko-gorzkie, Radio Kampus, 24 stycznia – plejlista

Casio Kids „Golden Years” / Aabenbaringen over aaskammen

2 Bears “Work” / Belong

Fort Romeau “Jack Rollin’” / Kingdoms

The Ting Tings “Hang It Up” / Sound from Nowheresville

Chairlift “I Belong In Your Arms” / Something

Chairlift “Ghost Tonight” / Something

Chairlift “Sidewalk Safari” / Something

Tanlines “Brothers” / Mixed Emotions

Fránçois & the Atlas Mountains “Les Plus Beaux” / E Volo Love

Fránçois & the Atlas Mountains “Muddy Heart” / E Volo Love

PJ Harvey “On Battleship Hill” / Let the England Shake

Fammy “Dogg Dogg”

grzech zaniechania („Musimy porozmawiać o Kevinie”, reż. Lynne Ramsay, dyst. Best Film)

To film mocny przede wszystkim dlatego, że nie daje odpowiedzi na pytanie, które stawia. Dlaczego Kevin stał się potworem? Ilu widzów, tyle prawd.

Ta historia opowiedziana jest z wielu perspektyw czasowych. Jest więc stan przed urodzeniem dziecka, gdy Eva (magnetyczna Tilda Swinton) i Franklin (lekkoduch o sympatycznej twarzy Johna C.Reilly), u progu dorosłości, kariery, decydują się iść do łóżka, bez zabezpieczenia. Przypatrujemy się również dzieciństwu Kevina, który będąc niemowlęciem wydawał z siebie jedynie piski i wrzaski, a już jako sześciolatek zdradzał symptomy społecznego niedostosowania, być może choroby psychicznej. Kluczowe dla filmu zdarzenia (niosące ze sobą tragedię) mają miejsce, gdy Kevin (w tym wcieleniu: Ezra Miller) uczęszcza do gimnazjum. Wreszcie, oglądamy świat oczyma Evy, która musi uporać się z rodzinną tragedią, już dawno po tej gorszej stronie dorosłości, bez kariery, za to z etykietką niedobrej matki, odpowiedzialnej za grzechy syna. Poszczególne horyzonty czasowe są poszatkowane, co – choć ułatwia prognozę co do rozwoju sytuacji – wcale nie ułatwia odpowiedzi na pytanie zadane w pierwszym akapicie niniejszego tekstu.

Bo zdaje się, że Lynne Ramsay nie obchodzi przyczyna. Tej najwyraźniej zdiagnozować się nie da, co potwierdza odbiór filmu. Są tacy, którzy twierdzą, że Eva świadomie odepchnęła dziecko już na samym początku, bo te przeszkodziło jej w realizowaniu podróżniczej pasji. Inny stoją na stanowisku, że Eva była zwyczajną matką, która nie popełniła kardynalnych wychowawczych błędów. Jeśli przychylić się do tej drugiej tezy, oznaczałoby to znacznie poważne konsekwencje: zło jest wpisane w społeczny dyskurs, ze złem człowiek się rodzi, jest wpisane w człowieczy krwiobieg, a wychowanie nie ma tu specjalnego znaczenia. A jeśli to wszystko wina matki, czy pokuta jej zadana nie jest zbyt obciążające? Czy sama kara nie wystarczy?

Podstawowym zarzutem, jaki mam do filmu Ramsay jest psychologiczna niewiarygodność filmu. Dlaczego wiecznie nieobecny Franklin, pomimo wyraźnych sygnałów ze strony żony, nie reaguje na zachowanie syna (Kevin przy ojcu to najcudowniejszy synalek na świecie)? Dlaczego Eva nie podejmuje jakichkolwiek działań mających na celu uspokojenie Kevina? Śmiem twierdzić, że reżyserka pomija te okoliczności tylko po to, by poprowadzić akcję zgodnie z pierwotnym zamysłem. Drażnić może również sama estetyka filmu, szczególnie w tych scenach, w których obserwujemy Evę, która próbuje zbudować swoje życie na nowo. Gwizdy, świsty, szybkie ruchy kamerą, dużo ognistej czerwieni – to wszystko ma zapewne wprowadzić film na jeszcze wyższą półkę. Niepotrzebnie, bo prowadzi do zniecierpliwienia, a sam obraz broni się niejednoznaczną tematyką, bez tych wszystkich efekciarskich zagrań. Zabiegi te byłyby właściwe, gdyby Eva straciła kontakt z rzeczywistością, popadła w szaleństwo, a tymczasem prowadzi ona pozbawioną sensu i racji wegetację.

Znamienne, że zdanie tytułowe nie pada w filmie ani razu. Problem się nie rozwiązuje, ot tak. Zamieciony pod dywan eksploduje ze zdwojoną siłą. Banalne stwierdzenie, że rodzicielstwo to ciężka harówa, tu znajduje być może zbyt intensywne, ale przez to szczere, wręcz przerażające uzasadnienie. Syn staje się katem (co Miller wygrywa praktycznie fizjonomią), matka ofiarą i ta chora symbioza przetrwa wszystko: śmierć, upokorzenie, ból. Kat bez ofiary żyć jednak nie może. Czy płacz dziecka, stłamszonego przez wykreowaną przez niego chorą rzeczywistość, może odkupić grzechy? Czy grzech zaniechania da się zmazać?

7/10

Słodko-gorzkie, Radio Kampus, 17 stycznia – plejlista

Howler „Back of Your Head” / America Give Up

The Big Pink “Stay Gold” / Future This

Miike Snow “Devil’s Work” / Happy to You

Casiokids “Det Haster!” / Aabenbaringen over aaskammen

Casiokids „Golden Years” / Aabenbaringen over aaskammen

M83 “Reunion” / Hurry Up, We’re Dreaming

Chairlift “Met Before” / Something

Tanlines “Brothers” / Mixed Emotions

School of Seven Bells “The Night” / Ghostory

The Maccabees “Pelican” / Given to the Wild

The Maccabees “Went Away” / Given to the Wild

Frank Ocean “Swim Good” / Nostalgia, Ultra

małe szczęścia („Człowiek z Havru”, reż. Aki Kaurismäki, dystrubucja: Gutek Film)

Ech. Przynajmniej u Kaurismäkiego życie to bajka. Nawet jeśli po drodze napotykamy przeciwności, możemy być pewni pozytywnego zakończenia. To pewnie najbardziej idylliczny film w dorobku autora Człowieka bez przeszłości. I pewnie dlatego wzbudza mieszane emocje – od zachwytu po znużenie, a nawet wściekłość. Nie każdy jest odporny na lukier. To stwierdzenie nie dotyczy jednak mnie.

Fin bierze na celownik ulubiony typ bohatera, poczciwego biedaka, wyrzuconego na margines społeczeństwa. Marcel (cudny André Wilms), niegdyś (ponoć) ceniony paryski artysta, obecnie zarabia na życie jako pucybut w tytułowym miasteczku, położonym nad Kanałem la Manche. Żywot pucybuta nie jest we Francji łatwy – biedacy nie pasują do wypasionych sklepowych wystaw. Dlatego tacy, jak Marcel, kryją się gdzieś na peryferiach, w maleńkich domach z ukochanymi żonami z zawsze gotową kolacją, w sąsiedztwie dobrze znanych warzywniaków i ulubionych knajp. Ten azyl niedostosowanych obywateli funkcjonuje całkiem sprawnie, jak zakonserwowany odcisk czasów, gdy ludzie byli dla siebie mili i życzliwi. Nic dziwnego, że gdy do tego azylu trafia dziesięcioletni imigrant z Gabonu, który w wielkiej przesyłce miał dotrzeć do pracującej na czarno w Londynie matki, miejscowi przygarną go jak swojego. Ba, ukryją chłopaka przed miejscową policją, pozwalając Marcelowi przygotować plan, w wyniku realizacji którego mały trafi na właściwą stronę Kanału La Manche. W tle przewija się rodzinny dramat – żona głównego bohatera dowiaduje się, że jest chora na raka…

Kaurismäki buduje ten film z właściwą sobie manierą. Przede wszystkim to obraz bardzo retro: ścieżkę dźwiękową wypełniają typowe chansony, rozwinięta cywilizacja jest jedynie pretekstem, a nie środkiem. Wybrzmiewa w tym nostalgia za prostotą i nieskomplikowaniem, bliskością i normalnymi ludzkimi relacjami. Narracją rządzi groteska, dialogi nie trzymają się kupy, aktorzy raczej są, niż grają i próżno szukać w nich fizycznego piękna, pełno tu również nawiązań do klasycznego francuskiego kina. Absurd, który dominuje, pozwala wydobyć społeczny wydźwięk całej historii, bez zbędnego dydaktyzmu (choć trzeba przyznać, że rozwiązanie intrygi faktycznie nie rozwiązuje problemu, a jedynie odracza je w czasie). W wymiarze jednostkowym nie chodzi tu przecież o wielkie czyny, Marcel pomaga zagubionemu chłopcu, bo tak trzeba i już. Trudno nazwać go herosem, jest raczej zwyczajnym bohaterem. Zresztą, praktycznie każdy ma szansę na takie małe, prywatne zwycięstwo, nawet – wydawałoby się – groźny inspektor policji…

Zastrzegam, że Kaurismäki prowadzi nierówną grę z widzem: odwołując się do dawnych ideałów, tworzy świat, którego nie ma, świat niemal życzeniowy, gdzie dobro zawsze zwycięża zło, gdzie wszystko układa się „po myśli”, a ludzie są skorzy do poświęceń i solidarności. Człowiek z Hawru to nic innego jak baśń dla dorosłych, w której każdy dzień może przynieść cud. Ten większy i ten absolutnie niezauważalny. Wystarczy 10 euro, kieliszek wina, ukochany pies przy boku. Wystarczą ludzie. Naiwne? Trudno się nie zgodzić. W tym utopijnym mikroklimacie wszystko jest możliwe.

7/10

Słodko-gorzkie, Radio Kampus, 10 stycznia – pjelista – wróżymy z dźwięków

Dziś próbowałem przewidzieć, kto w 2012 roku, spośród słodko-gorzkich debiutantów, okazać się może znaczącym. Oto próbka mych wróżbiarskich zdolności. Wrócimy do tej listy w grudniu.

Lana del Ray „Video Games” / Born to Die

Theme Park “Wax” – WYRÓŻNIAMY

Niki & The Dove “DJ, Ease My Mind” / Niki & The Dove

Willy Moon “I Wanna Be Your Man” – WYRÓŻNIAMY

Friends “Friend Crush”

Django Django “WOR” / Django Django

Zulu Winter “Let’s Go Back to Front” – WYRÓŻNIAMY

Woodkid “Iron” / The Golden Age – WYRÓŻNIAĆ NIE MUSIMY, BO I BEZ TEGO BĘDZIE CZARNYM KONIEM TEGO ROKU

DZ Deathrays “Gebbie St.”

Outfit “Two Islands” – WYRÓŻNIAMY

Lianne La Havas feat. Willy Mason “No Room For Doubt” – WYRÓŻNIAMY

Spector “Grey Shirt and Tie” – WYRÓŻNIAMY

Emeli Sandé “Heaven” / Our Version of Events – WYRÓŻNIAMY

Słodko-gorzkie piosenki 2011 roku – miejsca od 20 do 1

20. Snow Patrol „New York” / Fallen Empires

Patos, odsłona druga. Nie mam nic więcej na swoją obronę.

19. Feist „Anti-Pioneer” / Metals

Ta przedostatnia dziesiątka to jeden wielki zbiór pościelówek. Najdelikatniej, jak tylko się da, najpiękniej, jak to tylko możliwe. Gdzieś znów kończy się miłość.

18. Tom Vek „Somenone Loves You” / Leisure Seizure

Co z tego, że Tom prawdopodobnie nie umie śpiewać. Co z tego, że motyw główny jak ze spoconego Mayday. Pokiereszowane disco pokiereszowanego chłopca.

17. Destroyer „Kaputt” (bądź „Savage Night at the Opera”) / Kaputt

Z płyty roku 2011. Niezwykle stylowo, zupełnie nieśpiesznie. Jak Roxy Music, wysmakowane, przejrzyste. Smooth-indie. Precyzyjnie, choć w poszukiwaniu swego miejsca. Mnie gdzieś się kojarzy z najważniejszym albumem świata.

16. Nosowska „O lesie” / 8

8 mogła rozczarować, ale O lesie to jej najważniejszy smaczek. Nosowska w wersji ekologicznej z powodzeniem po raz pierwszy eksploruje rejony zarezerwowane dla Owena Palletta, przykładowo. Obój? Wzruszająco!

15. Cool Kids of Death „Wiemy wszystko” / Plan ewakuacji

Kiedyś rzucali butelkami i kamieniami w prominentach, dziś starcza im sił jedynie na celowanie w działkowe altanki. Przenikliwy rozrachunek z ideałami. Chłopcy przenieśli się z Mysłowic do Łodzi.

14. Jamie Woon „Street” / Mirrorwriting

Puls, seks, puls, seks.

13. Adele „Someone Like You” / 21

Właściwie komentarz niepotrzebny, Adele tym utworem zapewniła sobie doczesne miejsce w historii muzyki rozrywkowej. Nie trzeba nawet gołego tyłka. A to wykonanie to najgorętszy telewizyjny moment 2011 roku. I początek lawiny pod tytułem „szesnaście milionów sprzedanych płyt”. Zwróćcie uwagę na ciszę, jaka panuje wśród publiczności.

12. James Blake „Lindesfarne II” / James Blake

Z premedytacją wybieram najzwyczajniejszą piosenkę z debiutu Jamesa Blake’a. Podczas jego występu na Open’erze płakał chyba każdy, alarmy samochodów stojących na pobliskim parkingu upadły pod naporem hipnotycznego basu, a w tym numerze chłopak masakrował ciszą znacznie mocniej niż inni mogliby to zrobić krzykiem.

11. M83 „Midnight City” / Hurry Up, We’re Dreaming

Że saksofon w 2011 jest passé? Midnight City to kwintesencja stylu Gonzalesa, łączącego przebojowe ciągoty z klaustrofobiczną, nieludzką atmosferą.

10. Cool Kids of Death „Karaibski” / Plan ewakuacji

Jakże to się sprawdza na koncertach! Trudno się dziwić: jak na kogoś komu aż tak źle wyglądasz całkiem dobrze to mocny wstęp do kolejnych, cholernie prawdziwych obserwacji o pokoleniu w biegu. Buja, choć raczej jak w grotesce.

09. Bombay Bicycle Club „Lights Out, Words Gone” / A Different Kind of Fix

Zastrzelcie mnie, ale nie wiem, co w tej piosence jest tak pociągającego. A już w zestawieniu z uroczym teledyskiem, całość na pewno  zabija. Gasimy światła.

08. Summer Camp „Better Off Without You” / Welcome to Condale

Tu o rozstaniu, ale na wesoło. Ona już wie, że on jest dupkiem, on wciąż jeszcze się łudzi. A wszystko w takt jednego z najczęściej odtwarzanych nagrań w brytyjskich studecnkich rozgłośniach radiowych. Papaparapapapa.

07. Tom Vek „Aroused” / Leisure Seizure

Co tam teledysk (zmysłowa pochwała nałogu papierosowego). Zbudowany na prostackim, niemal hip-hopowym hooku, zniszczył mi cały lipiec i cały czerwiec.

06. Coldplay „Every Teardrop Is a Waterfall” / Mylo Xyloto

Znów hook odgrywa rolę pierwszorzędną: choć pożyczony od pewnego śmiesznego pana, zapewnił Coldplayowi pierwsze miejsca list przebojów. Jeśli któraś z piosenek w tym zestawieniu jest synonimem muzycznej tęczy, to właśnie ta. Kaskady dźwięków, tumany radości, trochę nadziei. I słońce. Czy ktoś odważy się stwierdzić, że wciąż są nudziarzami?

05. Cool Kids of Death „Dalej pójdę sam” / Plan ewakuacji

Znamienne, że przy okazji wszystkich piosenek CKOD ujętych w tej setce, zatrzymuję się raczej przy stronie słownej, a nie muzycznej. To bodaj najbardziej pogodzona piosenka z ostatniego krążka zespołu, niby o samotności, ale takiej, w której czujesz się fantastycznie. Ludzi się mija, z samym sobą musisz się męczyć. Z delikatnymi nawiązaniami do Republiki.

04. Renton „Czary” / Niech wszystko staje się lepsze

A jednak, wymyślili jeszcze nośniejszą piosenkę niż eurowizyjny przebój. Każdy zna takie dziewczyny, jak ta, która stała się bohaterką tego utworu. Udaje im się wszystko, bez zbędnego wysiłku, lekko, w oczywisty sposób. Każdy zna takie refreny: banalne, ale powodujące, że zasada inżyniera Mamonia wciąż żywa. Żałuję, że nie ma obrazka do tego numeru. Bo mam swoje wyobrażenie magicznej dziewczyny i chętnie skonfrontowałbym je z zamysłem zespołu. TVN powinien czym prędzej sięgnąć po ten numer.

03. Patrick Wolf „The City” / Lupercalia

Najsmutniejszy gej Wielkiej Brytanii odżył. Znalazł swoje miejsce, znalazł prawdziwą miłość. Coż to z człowiekiem robią endorfiny! Hymn młodości!

02. Friendly Fires „Hawaiian Air” / Pala

Jakaż ta dziesiątka jest optymistyczna! Zaskakujące. Srebrny medal wędruje do najmocniejszego beatu tego roku. Nie miałem specjalnie w tym roku wakacji, ale to nic nie szkodzi, bo z Friendly Fires obleciałem kilkukrotnie kulę ziemską. A przy okazji, jest coś w tym numerze romantycznego, tęsknego, jakby podskórna świadomość jednorazowej przygody.

01. Bombay Bicycle Club „Shuffle” / A Different Kind of Fix

Miejsce 9 + miejsce 1 = kto umie pisać w Wielkiej Brytanii najlepsze piosenki? Wciąż szukają swego stylu, ale nawet przez chwilę nie schodzą na manowce. Ścieżka dźwiękowa 2011 roku. Ten milion odsłon na jutjubie nabiłem sam.

szczury (Agnieszka Holland, „W ciemności” / Kino Świat)

Pierwszym kinowym wpisem w tym roku spróbuję powalczyć z malkontentami, którzy zadają pytanie: po co kolejny film o wojnie, Żydach i całym tym piekle? Poniżej pięć powodów, dla których W ciemności warto zobaczyć.

Bo nikt tu nie jest jednoznaczny

Polacy nie są tylko dobrzy, a Żydzi nie są tylko ofiarami historii, poczciwymi biedakami. Główny bohater filmu, Poldek Socha, drobny rzezimieszek, złodziejaszek, a przede wszystkim: kanalarz ukrywa Żydów początkowo dla pieniędzy. Jego kompan, Stefek, wycofuje się na pewnym etapie z całego przedsięwzięcia? Tchórz? Człowiek przezorny? Wśród Żydów, obok statecznych rodzin i słodkich dzieciaków, są zdrajcy, złodzieje, narkomani, cudzołożnicy. Nikt nie jest jednoznaczny. Trudno zachować stałość, gdy jest się zabawką w rękach historii. Oczywiście, nastaje czas przemiany: Poldek, narażając rodzinę, narażając swoje życie, bierze odpowiedzialność za ludzi, którym zdecydował się pomóc. To nie jest wielka zmiana, parę gestów, kilka słów, trudno tu nawet mówić o dojrzewaniu. Dopiero gdy na koniec filmu krzyczy o uratowanych „Moje Żydy, to moje Żydy!”, zdaje sobie sprawę z heroizmu swego czynu. Owszem, nie ma tu miejsca na pogłębioną psychologiczną analizę, ale każda z postaci jest narysowaną wyrazistą kreską.

Bo to film precyzyjny i naturalistyczny zarazem

Precyzyjny choćby dlatego, że oddaje prawdę historii: bohaterowie obrazu porozumiewają się w wielu językach: Polacy mówią po polsku, lwowiacy własną gwarą, Niemcy – po niemiecku, niemieccy Żydzi (są tacy!) też po niemiecku, radzieccy żołnierze po rosyjsku. A można było kazać każdemu gadać po polsku, dajmy na to. Naturalistyczny, bo pędzi na podstawowych emocjach. Zamknięci w mikroświecie Żydzi uprawiają zwierzęcy seks, tak jakby bliskość miała być jedyną szansą na przetrwanie (co z tego, że nie zawsze ze swoją żoną). Strach doprowadza do szaleństwa i zabójstwa. Nadzieja warunkuje przeżycie. Gsdy kończą się siły, modlitwa nie zawsze wystarcza.

Bo to film świetnie zagrany

Są tu dla mnie dwa aktorskie pewniaki Oskarowe (gdyby tylko film miał szanse o aktorskie nagrody powalczyć). Po pierwsze, Robert Więckiewicz jako Socha, wybawiciel z przypadku. Nieustannie balansuje, manewruje. Gdy żona zadaje niewygodne pytania. Gdy zobowiązuje się dawnemu kumplowi z więzienia, obecnie policjantowi, że jak tylko napotka w kanałach Żydów, niezwłocznie o tym doniesie. Gdy kupując pełną torbę jedzenia, zbytnio interesuje ekspedientkę. Więckiewicz wygrywa to wszystko po mistrzowsku: niby kieruje w nim chęć zysku, ale jednocześnie nieustannie podejmuje ryzyko. Działa trochę jak w transie, bez oglądania się w przeszłość, niemal zadaniowo, może intuicyjnie? Jak wspomniałem wyżej: to rola gestów, słów.

Po drugie, Julia Kijowska, grająca Chaję, jedna z Żydówek. Raz otępiała, raz na granicy amoku, przerażona niczym szczury, które biegają po kanałach. Zaszczuta, pozbawiona godności, tak bardzo nie zgadzająca się na całą tą sytuację. Rozpacz skutkuje tragedią, po której nie będzie odkupienia. Kijowska stapia się z tymi amplitudami, na granicy szarży.

A do tego jeszcze Kinga Preis, Agnieszka Grochowska, Benno Furmann, Maria Schrader, Michał Żurawski, przeprzystojny Krzysztof Skonieczny. W ciemności to majstersztyk aktorski.

Bo to film doskonale przygotowany

Już nawet nie chodzi tu o fenomenalne zdjęcia Jolanty Dylewskiej, gdzie tytułowa ciemność kontrowana jest oślepiającym blaskiem. Na antonimach jest zresztą ten film zbudowany, a Holland nie daje chwili wytchnienia, nawet nie zwalnia, i to dlatego W ciemności jest obrazem niełatwym w odbiorze – sceny humorystyczne sąsiadują z horrorem wojny, radość z pięknie wydeklamowanego przez dziecko wierszyka musi ustąpić panice. Kanały, jako osobny bohater filmu, przerażają. Cuchną, śmierdzą, są dla ludzi wybawieniem, ale potwornym ryzykiem.

Bo wojny nie da się ogarnąć

Tu jakakolwiek logika zawodzi. I dlatego też nowy film Holland jest tak bezkompromisowy. Wojna to zbiór przypadków, małych cudów, dużych nieszczęść. Decyzje podejmowane są w ułamku sekund. Klaustrofobia kanałów przenosi się na zwykłe życie – każda wyprawa poza kanał może być ostatnią. I czy w scenach w obozie pracy, czy w przypadkowym morderstwie niemieckiego oficera, które ma swe niespodziewane, tragiczne dla głównego bohatera, konsekwencje, reżyserka o tym nie zapomina. Ludzie są jak szczury. Na wojnie i poza nią.

8/10

Słodko-gorzkie piosenki 2011 roku – miejsca od 40 do 21

40. Junior Boys „Banana Ripple” / It’s All True

To prawdopodobnie najmocniejszy parkietowo singel w dorobku Kanadyjczyków. „Smutność” w disco tym razem przesunięto na płaszczyznę tekstu: dumne, ale jednak świadomie naiwne wyznanie „you will never see me go” brzmi dość wstrząsająco na tle hurra-optymistycznej warstwy muzycznej.

 39. Dum Dum Girls „Bedroom Eyes” / Only in Dreams

Mało dziewczyn w tegorocznym zestawieniu, ale cztery prawdziwie kalifornijskie kobity, ubrane w spódnice w grochy (przynajmniej je tak je widzę) bronią honoru kobiet z nawiązką. The Ronettes spotykają The Jesus and Mary Chain, Telma spotyka Luizę, Adam nie trafia do Ewy. Smutnościowe!

38. Foster the People „Pumped Up Kicks” / Torches

Foster the People po raz drugi. Ten numer utrzymywał się w pierwszej dziesiątce w Stanach przez 15 tygodni! Choć klasyfikowany jako alternatywa, to pop w czystej postaci. I podobnie jak powyższe dwie piosenki, na tle radosnego motywu snuje opowieść o niekoniecznie radosnych zdarzeniach: w tym wypadku o pogubionych nastolatkach z myślami samobójczymi. To z pewnością najbardziej depresyjne nagranie, jakie pojawiło się kiedykolwiek na antenie radia Eska.

37. Rihanna „We Found Love” / Talk That Talk

O Calvinie Harrisie w wersji solo za parę miejsc, ale już teraz, na podstawie We Found Love, które sprzedał Rihannie, możemy stwierdzić, że złoty chłopiec z Londynu dąży do maksymalnego uproszczenia swych kompozycji. We Found Love brzmi jakby powstało raczej w Berlinie, jest toporne, grubo ciosane, niemal industrialne. Banalne. Ale za to jak! A do tego wiemy, że ta historia zdarzyła się naprawdę.

36. Snow Patrol „This Isn’t Everything You Are” / Fallem Empires

To nic, że Gary Lightbody, lider Snow Patrol, od trzech płyt pisze wciąż tę samą piosenkę. Nie dla każdego taka ilość pompy jest zjadliwa, ja czasem pozwalam sobie na takie małe guilty pleasure. I to nie raz.

35. Lady Gaga „Born This Way” / Born This Way

Na koncercie w Gdańsku/Sopocie w listopadzie 2010 ten numer pojawił się jako rzewna ballada. Gaga jest jednak nieprzewidywalna – I Will Survive XXI wieku jest równie silnym manifestem, co jego poprzednik. I jeszcze bardziej tanecznym. Hello, dzieciaki potrzebują takich piosenek.

 34. Friendly Fires „Blue Cassette” / Pala

Dużo w 2011 było romantycznego disco, dużo. Siłą Friendly Fires są przede wszystkim masywne partie perkusyjne – to co dzieje się w refrenie zasiliłoby średniej wielkości miasto. Przyjedźcie wreszcie do Polski!

33. Death Cab for Cutie „Some Boys” / Codes and Keys

To z kolei o emocjonalnej impotencji mężczyzn, dużych i wiecznych chłopców, migających się od odpowiedzialności. O tchórzach. O mnie i tobie.

32. Elbow „Lippy Kids” / Build a Rocket, Boys!

Chłopiec z plasteliny z innego kraju, ale w gruncie rzeczy chodzi o to samo – zestaw wspomnień, zapachów, miejsc, ran, uśmiechów, smutków i rakiet, które kształtują całe życie. Tak, gdy miałem 5 lat, wszystko było możliwe. A ponieważ z perspektywy czasu dzieciństwo wydaje się tak bezpieczne, wzbudza aż tak wielkie emocje, nostalgię i żal. Przyznaję, że mniej więcej od 1:30 nie mogę opanować wzruszenia.

31. Raveonettes „Forget That You’re Young” / Raven in the Grave

Zastanawiam się na ile zauroczenie Forget That You’re Young wynika z tego, że to jedna z dwóch wartych dostrzeżenia kompozycji na fatalnej ostatniej płycie duńskiego duetu, a na ile utwór broni się po prostu sam. Udało im się złapać coś ulotnego, eterycznego, nie do końca nazywalnego, choć całość została spreparowana (znów The Jesus and Mary Chain) z dobrze znanych składników.

30. Crystal Fighters „Plage” / Star of Love

Wakacje. Indie-latino?

29. Snowman „Cold Love” / The Best Is Yet to Come

Wciąż walczą o przejrzystość i klarowność proponowanej estetyki, ale może dlatego The Best Is Yet to Come jest satysfakcjonujące, bo z każdej bitwy wychodzą zwycięsko. Tu trochę jak Sigur Rós, i to już wystarczyło, by trafić do zestawienia.

http://w453.wrzuta.pl/audio/4tZt29wi4jy/snowman_-_cold_love

28. Neon Indian „Polish Girl” / Era Extrańa

Już o tym wspominałem, Polish Girl to najbardziej uzależniający motyw przewodni minionego roku. Pięknie patriotyczna kompozycja, zawieszona między dekadami (nowoczesna elektronika vs ejtisowa nostalgia).

27. Florence and the Machine „Spectrum” / Ceremonials

Dla tej kobiety nie ma granic. Parokrotnie na Ceremonials pokazała, że kompozytorskie highlighty Lungs to nie splot szczęśliwych okoliczność, a wyjątkowa wrażliwość i konsekwentna praca. Przyznaję, że bałem się tego krążka bardzo, gdyż w tej estetyce łatwo o kiksy, a tymczasem parę przesłuchań i tak, jakby się znało całość na pamięć.

26. I Break Horses „Winter Beats” / Hearts

Myślałem, że im się uda, że będą czarnymi końmi tego roku. Szkoda, bo Winter Beats to cudne nagranie, godzące lód z ogniem. W sam raz na zimę, której nie ma.

25. Devotchka „100 Lovers” / 100 Other Lovers

Czegokolwiek by nie nagrali, kupuję to w całości. Nikt, tak jak oni, nie bawi się twórczo folklorem. I nikt nie robi tego tak przejmująco.

24. Calvin Harris „Feel So Close”

Kiedy cała płyta, nie wiadomo, ale po kiksie ze wspólnym nagraniem z Kelis Rowland (brawo Ewa!), Feel So Close to powrót do wielkiej formy. Czasy The Girls wydają się być znacząco odległe, a Harris zdecydował się na formę znacznie prostszą, co nie znaczy: bardziej rażącą.

23. Foster the People „Call It What You Want” / Torches

Foster the People po raz trzeci. I ostatni. Otwierające joggingową płytę roku 2011 Call It What You Want stawia poprzeczkę konkurencji bardzo wysoko. Pop czystej klasy, coś jak MGMT po odstawieniu metadonu. Ciekawe, kiedy pojawią się produkty fostero-podobne. Widzimy się pod główną scenę w piątek na Opene’rze, nie?

22. Noah and the Whale „L.I.F.E.G.O.E.S.O.N” / Last Night on Earth

Z najcudowniejszej płyty tego roku (nie znaczy: najlepszej, ta zaprezentuje się w ostatniej odsłonie) nagranie ku pokrzepieniu. Trochę kłamią, ale jednak trzeba im wierzyć, zważywszy, że Charlie Fink, wokalista zespołu, po zerwaniu z Laurą Marling, przećwiczył całość na własnej skórze.

21. Cool Kids of Death „Plan ewakuacji” / Plan ewakuacji

Nie ma co się obruszać. Ostrze się stępiło, ale na wierzch wyszły świetne piosenki. Plan ewakuacji stawiam na tej samej półce co Terroromans, a nagranie tytułowe jest tylko baaardzo nieśmiałą zapowiedzią tego, co zdarzy się w ostatniej odsłonie zestawienia. Tu CKOD w wersji znudzonej. Wszystkim i wszystkimi, nawet samymi sobą.

Najważniejsze płyty zdaniem słuchaczy „Słodko-gorzkich” – plejlista audycji

Na początek The National i „Anyone’s Ghost”, fragment płyty, która wygrała w podsumowaniu słuchaczy rok temu, “High Violet”

A zaraz potem pojawiły się fragmenty dwunastu najważniejszych płyt 2011 roku zdaniem słuchaczy „Słodko-gorzkich” (w nawiasach tytuły zaprezentowanych nagrań)

12. Arctic Monkeys „Suck It and See” (Don’t Sit Down ‘Cause I’ve Moved Your Chair)

11. Bon Iver “Bon Iver” (Perth)

10. Feist “Metals” (How Come You Never Go There)

09. Washed Out “Within and Without” (Eyes Be Closed)

08. Katy B “On a Mission” (Lights On)

07. Jay-Z & Kayne West “Watch the Throne” (Niggas in Paris)

06. Horrors “Skying” (You Said)

05. Radiohead “King of the Limbs” (Lotus Flower)

04. Fleet Foxes “Helplessness Blues” (Battery Kinzie)

03. Metronomy “English Riviera” (The Bay)

02. Adele “21” (Rolling in the Deep)

01. PJ Harvey “Let England Shake” (The Glorious Land)

Uprzejmie dziękuję za wszystkie oddane głosy! Nagrody zostały rozlosowane.

A za tydzień przewidujemy, kto w 2012 może okazać się istotnym graczem. Do usłyszenia!

Słodko-gorzkie piosenki 2011 roku – miejsca od 60 do 41

60. Kobiety „We’re the Mutants” / Mutanty

Si, si, Marcello, si, si, znów zachwycili. O ile absurdem zachwycić można. Może piszesz do mnie z Kioto, może w Pucku surfujesz dziś to (prawie) polski bon-mot roku. Piękna miłosna piosenka. O miłości, hmm.., niecodziennej.

59. Jamie xx „Far Nearer” / Far Nearer

W styczniu The XX się rozpadało, w grudniu dowiedzieliśmy się, że przyjadą do Polski promować swój drugi album (premiera późną wiosną). Po drodze Jamie wskrzesił pewnego istotnego muzyka (sięgamy do miejsca 47), a następnie postanowił przypomnieć o swych parkietowych korzeniach. Aż nazbyt przesadnie euforyczne, rzec by można, biorąc pod uwagę dotychczasowy dorobek artysty. Czy tylko ja słyszę w tym balearic?

58. Toro y Moi „New Beat” / Underneath the Pine

Przecież wiedzieliśmy, że Chazwick pisze świetne kompozycje. Z troską o duch gatunku, New Beat zaprasza do interplanetarnego disco.

57. t-U-n-E-y-A-r-D-s „Bizness” / w h o k i l l

Tak jak Chazwick bawi się w retro, tak Merrill (na dodatek na nazwisko ma Garbus) antycypuje przyszłość, zaczynając tam, gdzie zatrzymali się tacy Vampire Weekend na przykład. Do tej pory nie wiem, o co chodzi w tym nagraniu. W związku z tym nie wiem też, czemu tak często pojawiało się w mym odtwarzaczu.

56. The Big Pink „Stay Gold” / Future This

Choć Stay Gold brzmi jak kopia Dominos (co niespecjalnie dobrze wróży całej płycie, która już w styczniu), moja sympatia do produktów szugejozopodobnych zwyciężyła nad zdrowym rozsądkiem.

55. Coldplay „Don’t Let It Break Your Heart” / Mylo Xyloto

Coldplay w wersji płaczliwej. Czym byłoby MOJE zestawienie bez patosu? Jeden z powodów, dla których we wrześniu będę stać na Stadionie Narodowym w pierwszym rzędzie. Świetnie poprawia humor, pomimo pewnej tandety wpisanej w konwencję, przywołującą Viva La Vida. Pytanie retoryczne: czy kiedykolwiek brzmieli bliżej U2 niż tu?

54. Cold Cave „The Great Pan Is Dead” / Cherish the Light Years

Wielki pan nie żyje. Najgłośniejszej nagranie podsumowania, frapujący mariaż agresji i wrażliwości, buntu i pokory.

53. Adele „Rolling in the Deep” / 21

A mówili, że już nikt nie sprzeda pięciu milionów płyt w Stanach. Co wystarczyło? Już o tym pisałem wcześniej, ale powtórzę: szczerość i brak kalkulacji. A, i złamane serce. Mogliśmy mieć wszystko, nie?

52. M83 „Reunion” / Hurry Up, We’re Dreaming

Podobnie jak w przypadku The Big Pink, jestem swoistym niewolnikiem konwencji. Wystarczy, że pan zakwili, elektronika zahuczy jak w latach osiemdziesiątych, słodkie pomiesza się z gorzkim, a Tomaszewski ma niemal płytę roku. Come on, join the joyride!

51. Vanbot „Lost Without You” / Vanbot

Robyn rośnie konkurencja. Na razie zauważyli ją nieliczni, ale czuję, że rok 2012 może być dla panny Vanbot przełomowy. Coś do łkania na parkiecie. Smutne disco.

50. Jamie Woon „Night Air” / Mirrorwriting

Jak pożenić soul z Burialem? Właśnie tak. Kto się w tym roku przy tym nie kochał, ten frajer.

49. Girls „My Ma” / Father, Son, Holy Ghost

Jedenaście numerów, jedenaście przebieranek. Tu jako kowboje, opłakujący chorobę matki.

48. OK Go „All Is Not Lost” / of the Blue Colour of the Sky

Takie utwory powinny zapewnić im nieśmiertelność. Zupełnie nie w ich stylu, tym bardziej wskazuje, że mają nieograniczone możliwości. Plastyczność samej kompozycji łączy się z plastycznością obrazu jej towarzyszącego. Czasy biegania po bieżniach wydają się tak dalekie.

47. Jamie xx vs Gil Scott-Heron „I’ll Take Care of You” / We’re New Here

Zastanawiam się, czy nie za nisko. Pierwsze spotkanie i cudowne odrętwienie – przegrany, ale pełen wiary głos Scott-Herona robi piorunujące wrażenie na tle wskroś nowoczesnej aranżacji Jamiego. Blues i electro: niezależnie po której stronie barykady jesteśmy, chodzi nam o to samo. Gil, RIP.

46. Wu Lyf „Dirt” / Go Tell Fire to the Mountain

Im z kolei udała się rzecz niezwykła: choć w ich twórczości nie ma na wskroś oryginalności, to jednak przyporządkowanie poszczególnych elementów do konkretnej kategorii sprawia trudność. Jeden z nielicznych powodów, dla których brytyjskie gitarowe granie w tym roku nie umarło w niełasce.

45. Antlers „I Don’t Want Love” / Burst Apart

Nie udało się. Jeszcze poprzedni krążek był raportem, dokładnym, zbyt introwertycznym, zbyt prawdziwym, ale raportem z umierania najbliższej osoby. Śmierć udało się odegnać, rozstania – sądząc po tytule utworu promującego nowy album Antlers – już nie. Próżne zaklinanie rzeczywistości. A ja nadal mam wrażenie, jakbym kogoś podglądał.

44. Lykke Li „Love Out of Lust” / Wounded Rhymes

Nie jest to na pewno najbardziej znamienite nagranie na nowym krążku uroczej Szwedki. O tym, że Love Out of Lust trafiło do zestawienia zadecydowały raczej względy niemerytoryczne. W marcu na ripicie, chociaż tak mogłem odbić sobie taniec, który się już nie zdarzył.

43. The Car is On Fire „Lazy Boy”

Dość smętów. Lazy Boy przypomina o tuzach mego dzieciństwa, by wspomnieć choćby Papa Dance. Nowy skład, nowe nadzieje. Pop najwyższej klasy. Ktoś napisał, że czwórka TCIOF może ustawić do kąta samych Phoenix. Życzę im tego z samego serca. Swoją drogą, w ile postaci są w stanie się jeszcze wcielić? Jak jeszcze przepoczwarzyć? Can’t Cook? A kogo to obchodzi?

42. Pati Yang „Hold Your Horses” / Wires and Sparks

Miłości do ejtisów wciąż dalszy. Może mniej efektownie niż na wspomnianym już wcześniej Near to God, ale chyba bardziej panoramicznie, ba: rzec można, że bardziej odważnie, w tym numerze zdaje się zmieściła się cała orkiestra. Powtórzę to: szkoda, że tylko dla trzech osób.

41. M83 „Ok Pal” / Hurry Up, We’re Dreaming

No proszę, nie ma żadnego obrazka na jutjubie. Antony zawsze lubował się w dziwnych motywach przewodnich, tu te niecodzienne partie ustawiające cały numer stanowią pozycję wyjściową dla młodszego od dwadzieścia lat kuzyna St Elmo’s Fire.

***

W następnej odsłonie: więcej Lady Gagi, więc Foster the People, Snow Patrol, Friendly Fires, Neon Indian i dopiero pierwszy (z czterech!) numerów z zaskakującej polskiej płyty.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.