płyta roku? (Julie Byrne „Not Even Happiness” / Basin Rock)

BEST NEW MUSIC

julie-byrne-not-even-happiness-1483985738-640x640

Oczywiście, może tytuł notki nieco na wyrost, może przesadzony, ale jest coś niemal mistycznego w tym, że pierwsza płyta datowana na rok 2017, z którą się spotkałem, jest tak bezgranicznie wspaniała. „Not Even Happiness” to drugi krążek w dorobku Julie Byrne, amerykańskiej singer-songwriterki, mentalnej siostry Laury Marling, krążek, który ujawnia niezwykły talent, nieprzeciętną wrażliwość jej autorki. Poruszamy się w rejonach americany/folku, w wydaniu kompletnej bezbronności, nagości. Gdzieniegdzie pojawią się ozdobniki w postaci instrumentów smyczkowych czy nieśmiałych klawiszy, ale „Not Even Happiness” jest rozpisane tylko na dwóch aktorów: gitarę akustyczną i matowy, niby przeciętny, ale jednak niemożliwie kojący głos artystki. Prostota jest tu najwyższym celem: Byrne rezygnuje właściwie ze wszystkich dostępnych środków, jej utwory (piekielnie nośne) składają się tylko i wyłącznie z esencji i konkretu, ale są jednocześnie skromne i lekkie. O takich płytach zwykło się mówić, że są idealne na zimę, ale nic bardziej mylnego: to wydawnictwo sprawdzi się o każdej porze: w piekącym słońcu, w sowitym deszczu, przy porannej kawie i przy buziaku na dobranoc. Pomimo produkcyjnego minimalizmu, to płyta plastyczna, działająca na wyobraźnię, przywodząca skojarzenia z chwilami, gdy nam było ciepło i bezpieczenie, i to niezależnie od faktu, że w warstwie tekstowej to pamiętnik z nomadycznego okresu artystki, gdy była ona samotna, żyła od miasta do miasta, bez poczucia stabilności. Ale kończące płytę „I Live As a Singer” (bardzo ambientowe zresztą, na tyle, na ile ambientowy może być folk) to dowód, że po turbulencjach przychodzi spokój.

Tę płytę należy rozpoznać sercem, rozum pozostaje wobec niej kompletnie bezsilny.

9/10

przegląd kinowy/rozrywka (1) („Po prostu przyjaźń”, reż. Filip Zylber / „Sing”, reż. Garth Jennings)

7769839-3

Co za wielki plakat się wkleił! Rozmiarem odpowiada ogromowi marności nowego „dzieła” Filipa Zylbera. Liczę naiwnie, po cichu, że w kraju nad Wisłą wybitni filmowcy, którzy ćwiczą warsztat w telenowelach, są w stanie wybić się ponad słabiznę swej codziennej roboty i stworzyć porządne kino rozrywkowe. No i znowu nie tym razem, moi państwo, nie tym razem. Gniot p.t. „Po prostu przyjaźń” ma wszelkie wady typowego rodzimego kina niewymagającego, oględnie rzecz ujmując. Pretekstowy scenariusz o wiarygodności psychologicznej bajek o śwince Peppie, koszmarne dialogi, żenujący humor (ale tak bardzo, bardzo, bardzo żenujący, „Po prostu przyjaźń” jest potwornie nieśmiesznym filmem, choć to ponoć komedia). Całość rozgrywa się w Warszawie, której nie ma, a właściwie jest: w ogłupiających serialach TVN, bo tylko tam polonistkę uczącą w liceum stać na ogromne mieszkanie, wykończone pięknymi antykami, z potężnym księgozbiorem zgromadzonym na eleganckich regałach. Tatry to niemal Alpy, a Warszawa jest filmowana tak, jakby była co najmniej Nowym Jorkiem (polscy twórcy odkryli jakiś czas temu istnienie dronów i nie chcą odpuścić tej pseudo-malowniczości, która wiąże się ze zdjęciami tak spreparowanymi), ciągle w słońcu, ciągle radosna, ciągle kolorowa. Takie filmy, jak „Po prostu przyjaźń” to filmy wysoce szkodliwe: rozumiem konwencję bajki, umowności, ale na Boga – nie wciskajcie ludziom kitu, nie pokazujcie świata, którego nie ma, nie rozbudzajcie aspiracji kiczem, to jest nie tyle co niesmaczne, co po prostu nieetyczne i żałosne. Ale wróćmy do wyliczanki grzechów – „Po prostu przyjaźń” to jeden długi product placement, przede wszystkim Agory (ludzie słuchają tu tylko Radia Złote Przeboje, czytają Wyborczą, etc.). Aktorstwo jest fatalne; prym wiodą Różczka, Więdłocha i Stramowski (jest goła klata, a jakże!), którzy może nie są tuzami fachu, ale jednak zazwyczaj utrzymują średnią krajową, tu jednak zachowują się jak dzieci we mgle, zresztą trudno się im dziwić, skoro ich postaci to jakieś takie kukły bez większych cech; Bohosiewicz szarżuje, aż miło, Perchucia to jest mi zwyczajnie szkoda, bo jako jedyny jest rzetelny i wypada groteskowo, bo tylko podkreśla, jak przezroczyści i papierowi są bohaterowie w tym filmie, gościnne występy pani Anny Polony (ten epizod miał być chyba zabawny…), Jana Peszka czy Piotra Fronczewskiego raczej zastanawiają niż radują. Musi się oczywiście pojawić obowiązkowy gej, który nie może być normalnym facetem, tylko kazdym gestem, każdym słowem, musi krzyczeć: HEJ, HEJ, TO JA GEJ (GDYBYŚCIE WIDZOWIE ZAPOMNIELI), te nadkostkowe nogawki Topy, ta jego wymuskana fryzurka doprowadzały mnie do szału, Zylberowi należą się wielkie brawa za utrwalanie stereotypów. Wynajęcie prywatnej awionetki okazuje się być bułką z masłem, seksizm sponsoruje cały film i nawet cudowny wątek z udziałem Krzysztofa Stelmaszyka nie ratuje w jakikolwiek sposób sytuacji (już widzę ten grad nominacji do Węży, polskiego odpowiednika Złotych Malin). Najgorsze jest to, że są pomysły (vide wątek dziewczyny, która zbiera guziki od spodni celebrytów), ale nie mogą one za żadne wypalić. Dostajemy durną papkę, która obraża inteligencję widza, jedzie uproszczeniami i utrwala wizerunek Warszawy – Nibylandii, w której życie upływa na spacerkach w parku i brunczach (a może branczach?).

P.s. Zwróćcie uwagę, że nie napisałem nic o fabule. Jak myślicie, czemu?

1/10

——-

 

635826981003985363-sing-poster

Tu będzie krótko, bo „Sing” to całkiem porządna rozrywka – właściciel podupadającego teatru, przesympatyczny miś koala, wpada na pomysł ożywienia interesu – idzie z duchem czasu i zamierza urządzić cykliczny talent show. Na castingi zgłaszają się tysiące zwierząt (bo rzecz dzieje się w świecie fauny właśnie), w tym: indie-jeże, świnka, która na codzień zajmuje się wychowywaniem dwudziestki piątki prosiątek, goryl, co pomaga swemu ojcu i jego przestępczej szajce w różnych niecnych działaniach, nieśmiała słonica i nadęta, zarozumiała mysz. Zanim jednak dojdzie do spektaklu, grupę dziwaków czeka wiele przygód [łącznie z koniecznością odbudowy teatru (SPOILER – scena, w której budynek zostaje zniszczony, jest majstersztykiem)] i momentów zwątpienia – pamiętajmy jednak, że mamy do czynienia z kinem made in Hollywood, w którym wszystko się skończyć musi arcydobrze. „Sing” to pochwała konsekwencji i zasady, że nigdy nie należy się poddawać. Może czasami i fabuła siada, żartów dla „dorosłych” jest stosunkowo niewiele, ale takie szlagiery jak „My Way”, „Don’t You Worry ‚Bout the Thing”, „Bad Romance” czy „Call Me Maybe” nigdy nie były podane w tak zabawnej formie. A poza tym, na śpiewającą Johansson zawsze warto się wybrać.

5/10

smutek na Balearach (The XX „I See You” / Sonic)

220px-i_see_you_album_cover

Miało być chyba trochę piękniej. Pierwszy singel promujący  wydawnictwo, „On Hold” (umieściłem go w gronie 10 najlepszych piosenek 2016 roku) wskazywał, że „I See You” to może być tak naprawdę płyta The XX nagrana przez Jamiego XX (jego solowa płyta sprzed dwóch lat, „In Colours”, to przecież nic innego jak uśmiech półgębkiem, niepewny, stonowany) – roztańczona, wyluzowana, próbująca znaleźć równowagę pomiędzy radością klubu i smutkiem wpisanym w tzw. codzienność. I ten singiel wywindował dość mocno oczekiwania. Moje dryfowały właśnie w stronę spoconych od endofrin klubów. Tymczasem, The XX zatrzymali się gdzieś w pół drogi, tak jakby sami nie wiedzieli, co będzie dla nich odpowiednie. Kiedy próbowali fragmenty nowego materiału na jesiennych koncertach (w tym: w Warszawie), to niebywały entuzjazm wzbudzały te nowe utwory, które przeznaczone zostały na parkiety. Pytanie: czego tak naprawdę przestraszył się brytyjski tercet i nie wypełnił nowego krążka takimi właśnie brzmieniami? Tego, że słuchacze mogą mieć problemy z rozpoznaniem granicy między zespołem a solowym projektem lidera, swoistym rozwodnieniem?

W mej skromnej ocenie The XX ZAWSZE był zespołem tanecznym, który przekuł filozofię dancing-on-my-own w konstrukt dla tańczących inaczej, wolniej, posępniej, bardziej w kierunku dojmującego R&B niż zwolnionego, urważliwionego electro. Na „I See You” jest trochę tak, jakby przestali się bać tych tanecznych konotacji, jakby już mocniej mogli rozwinąć skrzydła, jakby nie przestraszali się radości. To płyta z przesmykami optymizmu, pokrętnego, bo pokrętnego, uwolnienia nawet. No bo otwierające krążek „Dangerous” to przecież tak naprawdę numer Disclosure. Kolejny utwór (i kolejny singel z płyty), „Say Something Loving”, to nic innego jak Weeknd, który nasłuchał się indie-rocka. A już trójka to zupełna dywersja – „Lips” brzmi jakby za jego podstawę służył balearic-pop, to królujące wszechobecne pseudoreagge, które w „Sorry” Justina B. osiągnęło apogeum nośności. I te dziwne skojarzenia bardzo wysotrzają apetyt na kolejne kompozycje, apetyt niestety zaspokojony w stopniu średnim. Kolejne cztery kompozycje to już takie The XX, które znamy (i niestety dość niezapamiętywalne, z zastrzeżeniem kompozycji „Replica”, co przywodzi skojarzenia z balladami okołosoulowymi, które królowały na listach przebojów na przełomie lat 80. i 90., „Love… Thy Will Be Done”, anyone?). „On Hold” przychodzi jako swego rodzaju odsiecz (to dość odważne, by najlepsze nagranie na płycie umieścić pod indeksem ósmym), potem jest „I Dare You”, które jest po prostu bardzo fajną, popową piosenką, którą mogłaby z powodzeniem umieścić w swym repertuarze Ellie Goulding, a całość zamyka „Test Me”, zaskakująco mocno nurzające się w niebycie, wskazujące, że w The XX drzemie jeszcze coś innego niż do tej pory sądziliśmy.

Podsumowując, rezultat tego meczu to 6:4. I gdyby powrócić do pytania postawionego dwa akapity wyżej, wyszłoby na to, że ta niezborność płyty to efekt próby upchnięcia w dziesięciu trakach wszelkich możliwych inspiracji (pamiętajmy też o tym, że sukces solówki Jamiego zaskoczył chyba i jego samego, stąd pewnie trudno było zrezygnować z dość śmiałych wycieczek na parkiety). W konsekwencji, „I See You” rozpada się na dwie części, przy czym część „stara” wypada blado przy części „nowej”, może dlatego, że to już było, tak już kombinowali, na tym zbudowali swój sukces, tym nas obezwładnili na debiucie i na tym pociągnęli płytę numer dwa: te plumkające gitary znikąd, ten rytm, który raczej snuje niż nadaje kierunek, dialogi na dwa głosy o rozdarciach i rozstaniach. Punkty, nie utwory. Na „I See You” wzbudzają on jednak często reakcję typu „so what?”. Na pewno jest interesującym i frapującym przyglądanie się, jak The XX próbują zdekonstruować (a przynajmniej nadszarpnąć) to, czym wygrali nasze serca osiem lat temu (nie ulega wątpliwości, że „I See You” to płyta adresowana przede wszystkim do serc). Być może na kolejnej płycie nie zabraknie odwagi.

6/10

Mądrym żyje się trudniej [„Honorowy obywatel” („El ciudadano ilustre”), reż. Gastón Duprat, Mariano Cohn]

7766881-2

Mieszkający w Barcelonie Daniel Mantovani otrzymuje właśnie nagrodę Nobla w dziedzinie literatury. Jego powieści inspirowane są w dużej mierze rodzinnym miastem pisarza – Salas, mieszczącym się gdzieś koło Buenos Aires. Mantovani wyemigrował z niego ponad cztery dekady temu, miał dość małomiasteczkowego klimatu, hipokryzji, limitów i ograniczeń, które nieubłaganie wpisane są w egzystencję poza dużymi ośrodkami. Po tych czterdziestu latach Mantovani wraca do Salas: ma mu bowiem zostać przyznany tytuł honorowego obywatela miasta. Powrót po tak długim czasie oznacza konfrontację z tym, co zostawiło się kiedyś za sobą. Początkowo pisarz próbuje radzić sobie jakoś z tym, że jest traktowany jako swego rodzaju nieodstępowana przez ludzi maskotka-celebryta, która tu wygłosi wykład, tam zasiądzie w jury konkursu plastycznego, niemniej w miarę rozwoju oczekiwań lokalnej społeczności (głównie uzasadnionej tym, że Salas to główna tematyka twórczości Mantovaniego, co powoduje, że lokalna społeczność oczekuje od niego spłacenia swego rodzaju długu), pisarzowi powoli zaczyna brakować cierpliwości.

To może być bardzo odosobniona interpretacja, niemniej dla mnie „Honorowy obywatel” to film o tym, że mądrym ludziom żyje się trudniej. I o samotności wpisanej w ich świat. Więcej widzą, więcej rozumieją, są mniej skorzy, by iść na kompromisy (bo zdają sobie sprawę, że często te kompromisy są po prostu niezdrowe), świat rozczarowuje coraz bardziej, a jedynym rozsądnym wyjściem będzie ironia i sarkazm, często nawet zgryźliwość. To, że film nie będzie brać jeńców, wiemy już od pierwszej sceny, gdy bohaterowi wręczany jest Nobel; w gorzkim przemówieniu (teoretycznie nieadekwatnym do tak uroczystej chwili), wygłaszanym w obecności – między innymi – szwedzkiej pary królewskiej, Mantovani dość obcesowo i bezpardonowo krytykuje wybór Akademii, który de facto zmieni jego życie w sposób, jakiego nie chce. Pisarz zmęczony jest ciągłymi akcjami promocyjnymi swych książek, konsekwentnie odmawia w nich udziału, spędzając czas w swym pustym, sterylnym domu. I do końca właściwie nie wiadomo, czemu decyduje się on na wizytę w swym rodzinym mieście. Czy to chęć odmiany?

Jak nietrudno się domyślić, powrót do Salas nie przyniesie niczego dobrego. Mantovani poszedł do przodu, miasteczko zostało w klinczu lokalnych układów, które beznamiętnie wpływają na bieżącą sytuację społeczną. Ludzie są nad wyraz głupi i bezmyślni. Oscar Martinez [nagrodzony za tę rolę na festiwalu Wenecji], znany u nas z epizodu w fantastycznych „Dzikich historiach”, powściągliwie, acz dobitnie wygrywa brak uległości swego bohatera wobec konwencji i obyczajów, które próbuje się mu narzucić. Konwencji, wobec każdy zdrowo myślący człowiek powinien uciec, co zresztą Mantovani próbuje uczynić, zarówno w sensie dosłownym, jak i metaforycznym. Zaściankowość to stan umysłu, a liczba absurdów, które mają tu miejsce (zresztą, to właśnie ta dychotomia pomiędzy wysublimowaniem pisarza a prostotą mieszkańców Salas stanowi główną siłę napędową filmu) muszą niechybnie prowadzić do kumulacji emocji. I żebyśmy się dobrze zrozumieli: małe miasto jest tu pewnym symbolem, wiadomo, że nie wszyscy skupieni są tam na sensacyjkach i życiu innych. Po wyjściu z seansu zapytałem jednak siebie, czy chciałbym wrócić do swego rodzinnego miasteczka. I jednak nie. Za bardzo cenię sobie wolność i brak konieczności podążania z prądem.

7/10

Trup w każdej szafie [„Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” („Perfetti sconosciutti”), reż. Paolo Genovese].

 

7768932-3

Siedmioro przyjaciół (trzy pary oraz jeden on, którego kobieta nie mogła się stawić z uwagi na grypę) spędza piątkowy wieczór na uroczej kolacji. Dzieli ich wiele (wiek, staż małżeński, zawody) łączy – długoletnia przyjaźń. Jedna z kobieta wpada na pomysł, by przyjaciele otworzyli dla siebie zawartość telefonów komórkowych, organizujących każdemu z nich życie. Zasady są proste: każda wiadomość, który przyjdzie podczas kolacji, musi zostać odczytana na głos, każde zdjęcie – pokazane ogółowi, a każda rozmowa odebrana na zestawie głośnomówiącym. Szybko okazuje się, że deklaracje o szczerości składane wobec partnera bądź przyjaciół nie znajdują pokrycia w rzeczywistości, a (prawie) każdy trzyma w szafie większego bądź mniejszego trupa, którego smród zainfekuje innych.

Pamiętacie „Rzeź” Polańskiego? To tu macie, to samo tylko mocniej, dobitniej i w większej skali. Genovese – w dość teatralnym jednak filmie – stawia dość odważne w gruncie rzeczy pytanie o to, jak technologia zrewolucjonizowała relacje między ludzkie. Łatwiej ukryć pewne niechciane sekrety, łatwiej jest popełnić grzeszki i grzechy. Otwartość i przejrzystość nie są już w cenie – to nie przypadek, że w filmie dostanie się najmocniej tym, którzy są najbardziej uczciwi. I to oni poniosą największe konsekwencje. Włoch nie oskarża jednak swych bohaterów, groteskowy charakter opowieści pozwala mu nie tyle na zohydzenie postaci, co na pobłażliwą obserwację. Nikt nie jest bez winy, prawdopodobnie każdy ma w swym telefonie coś, czego nie chciałby ujawnić światu zewnętrznemu, nawet najbliższym. Czy to powoduje, że relacje ludzkie, jako takie, stają się słabsze i łatwiej je nadwątlić. Czy sprośne czatowanie z nieznajomym i wysyłanie mu zdjęć bez majtek to już zdrada? Miłość w XXI wieku jest trudniejsza, bez wątpienia, tradycyjne pojęcia doznają re-definicji, a granice są coraz bardziej nieostre.

„Dobrze się kłamie…” to przede wszystkim komedia. Bohaterowie, w przerwie pomiędzy kolejnymi dźwiękami przychodzących wiadomości, prowadzą błyskotliwe i dowcipne dialogi o życiu, związkach, miłości i przyjaźni. W miarę rozwoju akcji napięcie narasta, kolejne karty wykładane są na stół (a widz myśli sobie: nigdy nie chciałbym być na miejscu tych postaci), a w pewnym momencie liczba przewrotek scenariuszowych na ujęcie przekracza dopuszczalne normy (czasem Genovese przesadza, tak jakby chciał jeszcze bardziej audytorium zdołować i zgnębić), by znaleźć ujście w finale, który nie przyniesie jednak katharsis, bo powiedziano zbyt wiele słów, wyznano zbyt wiele prawd, a przyjaźnie i miłości okażą się fasadowe. Zza rogu wygląda Gogol, ale żeby jednak widza nie pozostawić w minorowym nastroju (bo to w końcu i film o nim), reżyser wykonuje w epilogu manewr, który należy potraktować jako żółte światło, nie tylko dla bohaterów, ale i dla nas samych. Jest szansa na zmianę.

Pomimo paru niedociągnięć i zastanawiających zagrań, to mistrzowski film. Aktualny, z werwą, bezkompromisowy, a jednak dodający w pewien sposób otuchy. Świetnie zagrany (nie ma zbyt dużo czasu na zarys psychologiczny postaci, więc aktorzy  – wśród nich Polka w Rzymie, Kasia Smutniak –  często jednym ruchem, spojrzeniem, gestem kreślą swych bohaterów), cudownie ulokowany w wielkim, pięknym mieszkaniu, które – pomimo swych rozmiarów – staje się coraz bardziej opresyjne i klaustrofobiczne. Oglądamy go z zapartym tchem. Nic dziwnego, że w minionym roku został wyróżniony włoskim odpowiednikiem Oskara w kategoriach: najlepszy film i najlepszy scenariusz, a dodatkowo był nominowany w kolejnych siedmiu kategoriach.

Acha, oglądajcie film dokładnie. Będzie się liczył każdy szczegół.

8.5/10

Słodko-gorzkie, Radio Bajka, 19 czerwca – plejlista

intro

The Verve „Bittersweet Symphony” / Urban Hymns

rozgrzewka

Lilly Hates Roses „Mokotów” / Mokotów

piosenka tygodnia

xxanaxx „Sunglasses”

gitary

Everything Everything „Distant Past” / Get to Heaven

Everything Everything „Get to Heaven” / Get to Heaven

Everything Everything „Spring / Sun / Winter / Dread” / Get to Heaven

The Maccabees „Something Like Happiness” / Marks to Prove It

dusza

Leon Bridges „Coming Home” / Coming Home

Marvin Gaye „What’s Going On?” / What’s Going On?

Leon Bridges „River” / Coming Home

Leon Bridges „Better Man’” / Coming Home

Alabama Shakes „I Don’t Wanna Fight” / Sound & Colour

klasyka

Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch Orchestra and Choir „Opowiadaj mi tak” / 1976: A Space Odyssey”

Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch Orchestra and Choir „Rzuć to wszystko co złe” / 1976: A Space Odyssey”

Zbigniew Wodecki with Mitch & Mitch Orchestra and Choir „Minha Teimosia, Una Arma Pra Te Conquistar” / 1976: A Space Odyssey”

Bemibem „Nie bójmy się wiosny” / Bemowe frazy: Bemibem

Anna Jantar „Nic nie może przecież wiecznie trwać” / Anna Jantar

piosenka tygodnia

xxanaxx „Sunglasses”

cisza

Michał Sobierajski „Relief” / Przed snem

Michał Sobierajski „Część” / Przed snem

Michał Sobierajski „Rzeka” / Przed snem

outro

Bear’s Den „Above the Clouds of Pompeii” / Islands

Tame Impala „Eventually” / Currents

The Antlers „I Don’t Want Love” / Hospice

Słodko-gorzkie, Radio Bajka, 19 czerwca – plejlista

intro

The Verve „Bittersweet Symphony” / Urban Hymns

rozgrzewka

Spector „Kyoto Garden”

Ezra Furman „Lousy Connection” / Perpetual Motion People

piosenka tygodnia (1)

Foals „What Went Down” / What Went Down

Beck „Dreams”

sekcja taneczna

Disclosure feat. Gregory Porter „Holding On” / Caracal

The Weeknd „I Can’t Feel My Face” / Chapter III

FFS „Johnny Delusional” / FFS

Franz Ferdinand „Take Me Out” / Franz Ferdinand

All We Are „Honey” / All We Are

historia (#2 UK Top 100 Albums, 19-06-1995)

Bjórk „Army of Me” / Post

Bjórk „Hyperballad” / Post

piosenka tygodnia (1)

Foals „What Went Down” / What Went Down

Beck „Dreams”

hałas

Algiers „Black Eunuch” / Algiers

Algiers „Claudette” / Algiers

Algiers „Old Girl” / Algiers

cisza

Sharon Van Etten „I Don’t Want Let You Down” / I Don’t Want to Let You Down EP

Sharon Van Etten „Pay Me Debts” / I Don’t Want to Let You Down EP

Yo La Tengo „Deeper Into Movies” / Stuff Like That

Ben Howard „Small Things” / I Forget Where We Were

outro

Sun Kil Moon „The Possum” / Universal Themes