aaaaaby żyć („Toni Erdmann”, reż. Maren Ade)

b3f0aced263f39a6ba2a6d7a29d1-200

Poszedłem na ten film z przyjaciółką, którą poznałem, gdy pracowałem w jednej z firm tzw. wielkiej czwórki. Towarzyszyła nam dobra znajoma, która również w wielkiej czwórce pracuje. I nie mogliśmy wyjść z podziwu, jak PRAWDZIWY jest ten film. Jak świetnie oddaje obowiązującą w firmach konsultingowych (a rzecz szerzej ujmując: w wielkich korporacjach) narrację. Narrację, która ubezwłasnowalnia ludzi, wobec której pracownicy stają się niemal niewolnikami, gotowymi do działania na każde skinięcie klientów (bohaterka filmu, by przypodobać się prezesowi firmy i zdobyć intratny kontrakt, idzie na zakupy z jego żoną), wszystko w imię wzrostu przychodów. Pomijam fakt, że ci maluczcy, z dołu drabiny, są tylko pionkami, turbinkami w wielkiej machinie co ich przeżuje i wyrzuci za burtę. Ale ile ci maluczcy narobią się prezentacji, zestawień, excelików, ile wezmą na siebie odpowiedzialności, ile przeprowadzą projektów, których klient tak naprawdę często nie potrzebuje (to już wiem będąc po drugiej stronie barykady)…

Do tego uporządkowanego, sztywnego świata Ines, co własnie realizuje ważny PROJEKT w Rumunii, świata zapiętych pod szyję nienagannie skorojonych kostiumów, świata niewybrednych rozrywek, świata emocjonalnego marazmu, mechanicznego wykonywania zaprogramowanych poleceń, wkracza jej ojciec, który narzeka na to, że córka nie ma czasu na kontakt. Winfried właśnie przeszedł na emeryturę (był nauczycielem muzyki w podstawówce), jest dowcipnisiem, który lubi się malować i przebierać. Postanawia jechać do Bukaresztu, gdzie przepoczwarza się w tytułowego Toniego Erdmanna, zwalistego, ekscentrycznego, który przedstawia się jako konsultant i coach, i który powoli wkrada się do świata rumuńskiej socjety, ku przerażeniu swej córki. Brawuworo łga, wymyśla niestworzone historie o swym życiu i hiperbolizując, nieustannie przeginając, wyszydza sztuczność otoczenia swej pociechy w nadziei, że Ines dostrzeże, co jest w życiu ważne. Zdejmie maskę suki, suki sztywnej jak struna. I po prostu się uśmiechnie. Oczywiście, Winfried w swych wysiłkach nie jest w tym do końca altruistyczny. Jest on piekielnie, ale to ogromnie, osamotniony. To, że jest lekkoduchem, pozwala mu na „chwileczkę zapomnienia”, wzięcie życia w nawias groteski zagłusza nieprzydatność społeczną.

„Toni Erdmann” jest reklamowany jako komedia. Otóż to komedia nie jest. Jest to smutny, ogromnie smutny film o samotności. O tym, jak postmodernistyczny rynek jednych wkręca w swe mechanizmy, by wycisnąć z nich wszystko, dając ułudę istotności i wielkości, a drugich: w ogóle do siebie nie dopuszcza. Ines i Winfried, mimo, że tak bardzo różni, są do siebie bardzo podobni, by zagłuszyć pustkę, wchodzą w określone role: odpowiednio, korporacyjnej suki z dziwnymi upodobodaniami seksualnymi i durnego komika z inklinacjami do peruk, sztucznych zębów i za dużych garniturów. A Sandra Huller i Peter Simonischek świetnie i konsekwentnie pokazują jałowość życia swych bohaterów. Małych, tak bardzo małych, i tak bardzo potrzebujących pomocy.

Można zresztą „Toniemu…” zarzucić, że jest filmem za długim (trwa 2 godziny i 40 minut), ale w tym szaleństwie jest metoda. Pokazując do znudzenia codzienność Ines, która musi radzić sobie z humorami przełożonych, głupotą klientów, przezroczystością przyjaciół, Ade przygotowuje nas na końcową eksplozję humoru i ironii, która wybrzmiewa tym bardziej donośniej i wyraziściej. Ku przestrodze, jakby napisał Konrad J. Zarębski w „Gazecie Telewizyjnej”. Ku wielkiej przestrodze.

8/10

Reklamy

miłość („Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”, reż. Maria Sadowska)

sztuka-kochania_plakat

Na taki film czekałem. I to również dlatego, że takie filmy, jak „Sztuka kochania”, to filmy należące w polskim kinie do chlubnych wyjątków – rozrywkowe, ale nieogłupiające widza, dla mas, ale z godnym uwagi przesłaniem, proste, ale dające szerszą perspektywę.

„Sztuka kochania…” to film piekielnie aktualny, biorąc pod uwagę aktualną sytuację społeczno-polityczną w naszym kraju. Dyskusja o aborcji i starania partii rządzącej, zmierzające do całkowitego jej zakazu, to – najprościej rzecz ujmując – pozbawienie kobiet podmiotowości. Czterdzieści lat temu, gdy na rynku ukazaływała się „Sztuka kochania”, Wisłockiej chodziło dokładnie o to samo – jej bestsellerowa pozycja o seksie, jako źródle przyjemności i sposobie na wzmocnienie więzi w związku, miała za zadanie przede wszystkim wskazać kobietom, że nie są one jedynie podkładką pod mężczyzn, narzędziem (przedmiotem) do spełnienia ich potrzeb. Wisłocka, zarówno w książce, jak i wykonując swą bieżącą pracę, uczyła kobiety seksu, umiejętności rozpoznawania ich potrzeb, kładąc nacisk na to, że seks to nie obowiązek, że seks to prawo. I – cytując klasyka – że każdy ma prawo do orgazmu. Do tego, Wisłocka operowała prostym, łatwym językiem, który nie infantylizował zagadnienia, a wyraźnie wskazywał, że seks jest tak samo ważną sprawą w życiu jak jedzenie czy sen. Nic dziwnego, że otwartość pani Doktor (ale otwartość, która u swych podstaw miała dbałość o związek i równowagę stron) sprawiła, że po Jej poradę ustawiały się kolejki kobiet, co zresztą Sadowska świetnie w swym filmie wygrywa (vide doskonałe epizody z udziałem Karoliny Gruszki i Danuty Stenki).

Z pewnością można zarzucić reżyserce, że upraszcza pewne sprawy, trywializuje wątki z życia Wisłockiej. Prawdę o tym, jaką kobietą była Pani Doktor można wyczytać z szeregu publikacji, czy to książkowych czy prasowych. Sadowska, dość swobodnie podchodząc do biografii swej bohaterki, ma w tym swój cel: uwydatnienie tego, że choć Wisłocka tak bardzo pomogła wielu osobom, w gruncie rzeczy była samotna.A także tego, że to, że Wisłocka była kobietą (jak to brzmi!) miało niebagatelny wpływ na jej karierę (w pewnym momencie bohaterka musi wybrać pomiędzy karierą naukową i opieką nad dziećmi, jej praca oceniana jest przez mężczyzn, którzy czują, że propozycje Wisłockiej mogą zagrozić patriarchalnemu podejściu, etc.). Akcja filmu dzieje się w trzech horyzontach czasowych: gdy Wisłocka żyje w miłosnym trójkącie ze swym mężem Stanisławem i przyjaciółką Wandą (c.a. 1950-1955), gdy Wisłocka wyjeżdża na wakacje w Lubuskie, gdzie poznaje marynarza – Jurka, który rozbudza w niej pożądanie i żądze (c.a. 1960), a wreszcie gdy Wisłocka rozpoczyna walkę – z partią i kościołem – o wydanie „Sztuki kochania” (lata 70.). Sadowska z dużą sprawnością porusza się po tej układance, zmieniając nieustannie perspektywę i pokazując, jak zdarzenia z przeszłości mają wpływ na teraźniejszość. Owszem, pewne kwestie są pretektsowe i epizodyczne (jak np. wątek dzieci, które nagle znikają i nagle się pojawiają), ale w tym szaleństwie jest metoda: stosując skróty, reżyserka pozwala na spojrzenie na życie Wisłockiej z lotu ptaka.

Ten film nie byłby tak udany, gdyby nie aktorzy. Magdalena Boczarska, która jest bardzo dobrą aktorką, w której jednak zawsze coś mi nie grało, tu wciela się w rolę życia. Boczarska staje się Wisłocką: przejmuje jej gesty, sposób chodzenia, pewną męskość, tembr głosu, szybkość mówienia. Nie przeszkadza specjalnie to, że aktorka do swej bohaterki nie jest w ogóle  podobna: jest tak samo szalona i pełna werwy, tak samo altruistyczna, co i porządnie skomplikowana i egoistyczna jak Wisłocka. Świetnie sprawdza się też drugi plan – Eryk Lubos jest nieprzyzwoicie wręcz czarujący jako Jurek, epatuje zwierzęcą niemal, seksualną energią, a jednocześnie jest delikatny i czuły. Zaskakuje Piotr Adamczyk jako Stanisław, mąż Wisłockiej, który przestaje być wreszcie papieżem. Absolutnym odkryciem filmu jest Justyna Wasilewska, jako Wanda: mająca w oczach przerażający smutek, w pewnym momencie mająca dość odgrywania roli tej trzeciej. W soczystych epizodach Jakubik, Mecwaldowski, Szyc, Barciś czy … Kot (który gra tu Religę, co zresztą nie dziwi, bo producentami „Sztuki..” są odpowiedzialni za sukces „Bogów”). Dodajmy do tego jeszcze precyzyjne oddanie wizualnej strony poszczególnych etapów, w których dzieje się akcja filmu (kolory!), cudowne zdjęcia Michała Sobocińskiego, bezpruderyjne, ale wysmakowane sceny seksu, mnóstwo cudnych akcentów komicznych i ogólne przesłanie: kochajmy się, szanując się. Czegoż chcieć więcej?

8/10

 

 

kra, kra, kraj („La La Land”, reż. Damien Chazelle)

la_la_land_ver4_xlg

Ale że aż 14 nominacji do Oskarów? To bardzo megalomańskie ze strony Hollywood. Bo „La La Land” to przecież film zrobiony przez ludzi z Hollywood o Hollywood. Przez ludzi najlepszych, dodajmy, bo przecież Chazelle to reżyser fenomenalnego „Whiplasha”, który oglądało się niemal jak thriller, a przecież to była zwykła opowieść o kolesiu, który chciał dostać się do najlepszego w mieście jazzbandu. I nie ma pewnie obecnie lepszej pary ekranowej niż Gosling i Stone, ich chemia jest niezaprzeczalna (choć zdecydowanie więcej magnetyzmu mieli w „Kocha, lubi, szanuje”). Do tego muzyka, kolory, piękne zdjęcia i sprytne nawiązania do klasyków filmowych, wszystko na swoim miejscu. A jednak coś nie do końca zagrało. Zastanawiam się, czy to banalność historii (co mogłoby być zaletą), czy może niekoniecznie przebojowe kompozycje (przecież w musicalach to właśnie o nie przede wszystkim chodzi)? Nie pomaga papierowość postaci – Ryan (w ogóle) i Emma (mniej) nie mają praktycznie czego grać, ich bohaterowie są ludźmi bez właściwości i gdyby nie to, że oboje są pioruńsko urokliwi (przez co im kibicujemy bardzo), trudno byłoby znaleźć w nich coś, co przykuwa w nich uwagę. I mam nadzieję, że jednak Stone nie dostanie za swoją rolę Oskara, bo byłoby to dla niej niesprawiedliwe: tkwi w niej większy potencjał, co pokazała w „Birdmanie”, ale to dopiero początki. „La La Land” nie sprawdza się też jako film o tym, że czasem trzeba wybrać między miłością a karierą, bo też i to zostało ograne wielokrotnie wcześniej i bardziej zapamiętywalnie. Owszem, ostatnia scena wyciska łzy, zdarzają się tzw. momenty, niemniej to jednak trochę za mało jak na film, który miał być tak wielkim.Pocieszne, ale jednak rozczarowanie.

6/10

nic („Manchester by the Sea” / reż. Kenneth Lonergan)

mbts

Lee nie istnieje. Leego nie ma. Pracuje jako dozorca gdzieś na przedmieściach Bostonu, jest dla mieszkańców domu opryskliwo-neutralny, sam mieszka w norze,  czasem wpada na piwo do baru, ale tylko po to, by wypić go za dużo i dać komuś w mordę. Żadnych uczuć. Nic.

Lee kiedyś istniał. Lee kiedyś był. Mieszkał w tytułowym Manchester by the Sea, miał żonę, trójkę fajnych dzieciaków, a wspólnie z bratem Kylem i jego synem Patrickiem wyruszali regularnie na połów ryb ciągle psującą się łodzią. Lee wtedy się uśmiechał. Czuł coś. Rodzinna, potworna tragedia sprowadziła go jednak na skraj psychologicznej wegetacji.

Lee musi wrócić do rodzinnego miasta na pogrzeb swojego brata, który zmarł na nieuleczalną chorobę serca. Lee musi też zająć się swoim bratankiem, bo taka była wola Kyle’a. Lee musi przestawić swoje życie, musi nauczyć się znowu czuć. Ale czy faktycznie musi?

Filmy mają przynosić nadzieję, że nigdy nie jest za późno, że największe ludzkie tragedie mogą być punktem wyjścia do zmian. Taka jest rola filmu, bohaterom, którzy podnoszą się z najgorszego, kibicujemy. Leemu trudno kibicować, nawet w obliczu jego historii.  Jest burakiem, można powiedzieć, jest opryskliwy, jest dupkiem. Ale z drugiej strony, gdy spotyka na ulicy byłą żonę i wskazując na serce mówi „tam nic nie ma”, trudno mu nie współczuć.  Bo Lee przemiany nie przechodzi.

I czy właśnie takie nie jest życie, pyta Lonergan? Czy zmiana jest zawsze możliwa? Czy każdego na nią stać? Lee okopał się w przeszłości i nie ma sił, by się z niej wygrzebać. Lee niczego nie oczekuje, żyje jakby był przezroczysty, niby niewidzialny. Nie ma nawet już mocy, by przejść przez uleczające katharsis, obowiązkowe w filamch tego typu. Gdy wreszcie zapłacze nad swym losem, zrobi to cicho, przez chwilę, od niechcenia. I to będzie przerażająco smutne. Ta niemoc, ta bezsilność. Ta apatia. Koniec od zawsze. Widać to bardzo w przeszywającej scenie, w której Lee spotyka swoją byłą żonę. Próbują coś sobie wytłumaczyć, próbują coś powiedzieć, nazwać emocje, ale nie mogą, gubią się w półsłówkach, urwanych zdaniach, niedopowiedzeniach. Jak bardzo mocno stoi to w sprzeczności z nieustannie atakującymi nas komunikatami  „Każdy dzień jest szansą!”, „Tylko nazwanie swych emocji prowadzi do szczęścia”.

Brzmi to pesymistycznie, a Lonergan nie ułatwił sobie specjalnie zadania, proponując jako główną postać bohatera obłego, emocjonalną amebę, nikogo.Reżyser jednak doskonale czuje konwencję i wie, że życie jest słodko-gorzkie. Stąd tak dużo w „MbtS” groteski i czarnego humoru. Scena z wypadającymi z lodówki kurczakami, scena, w której ekipa karetki pogotowia nie jest w stanie umieścić noszy z tyłu pojazdu, bo te ciągle nie chcą się wpasować w prowadnice (przyszły mi na myśl podobne zabiegi Szumowskiej w „33 scenach z życia”, która na pogrzebie pozwoliła się swym bohaterom zgubić na cmentarzu, a podczas traumatycznej Wigilii z umierającą matką głównej bohaterki kazała nieustannie przewracać choinkę). Bo wobec ostateczności jesteśmy mali i śmieszni. Śmiesznie mali. Ale z drugiej strony część z nas próbuje, jak choćby szesnastoletni Patrick, który próbuje wybudzić stryja z życiowej śpiączki, nakłania go do poważnych, życiowych decyzji (bo Lee nie umie dokonać żadnych wyborów, ba: nawet doradzać nie umie), a przede wszystkim, pomimo śmierci ojca, prowadzi normalne życie – umawia się na randki, próbuje zaciągnąć dziewczynę do łóżka, gra na gitarze w koszmarnym zespole i nie chce iść do college’u.

Wiemy już, że „MbtS” to niespodziewany hit, uhonorowany nominacjami do Złotych Globów i Oskarów. Przewiduję, że jeśli chodzi o nagrody Akademii finalnie otrzyma dwie statuetki – jedną za scenariusz, bo to tak bliska życia opowieść, jak to jest tylko możliwe. Druga powędruje w ręce Caseya Afflecka, który wciela się w postać Lee. Robi to bezkompromisowo i bezapelacyjnie genialnie. Jest dotkliwie nieobecny, z wyłączoną świadomością, niemal jak robot niezdolny do wyrażania uczuć, a może tylko ich się bojący? To wyważona kreacja, budowana na niuansach i konsekwencji. Swoją drogą, w takm materiale, nawet pojawiając się na ekranie przez dziesięć minut można stworzyć pełnokrwistą postać (vide Michelle Williams jako była żona Lee).

9/10

system („Powidoki”, reż. Andrzej Wajda)

z21008298qplakat-filmu-powidoki

Trudno spojrzeć na „Powidoki” bez całego kontekstu, jaki do tego filmu dopisało życie. „Powidoki” to film zrobiony przez mistrza w hołdzie drugiemu mistrzowi. To film o tym, czym powinna i czym jest sztuka. O tym, że nie powinna się kłaniać jakimkolwiek systemom, powinna wymykać się aksjologii politycznej, stanowić wartość samą w sobie,  a być może nawet nie czerpać z samej siebie. Nie być odpowiedzią na oczekiwania, ale być inicjatorem dyskusji, zmieniać i wpływać.

Owszem, „Powidoki” to nie jest film do końca spełniony. Wajda stosuje choćby szereg uproszczeń: pomija skomplikowany charakter łączących Strzemińskiego z jego byłą żoną, nie uwzględnia faktu, że artysta był ideologicznym komunistą (co jeszcze bardziej uwydatnia paradoks, że to „komunistyczny” system złamał Strzemińskiemu życie), przedstawia jednostronny portret bohatera jako niezłomnego obrońcy bezideowości sztuki, omijając jego trudny charakter (który właściwie ujawnia się w filmie jedynie w kontaktach Strzemińskiego z córką). Strzemiński służy Wajdzie jako figura, która ma się sprawdzić na dwóch polach – wspomnianej wcześniej dyskusji o sensie sztuki, a także jako kolejne rozwinięcie ulubionego tematu reżysera – negatywnego wpływu polityki na życie jednostek.

„Powidoki” to w takim samym stopniu film Wajdy, jak Bogusława Lindy, który jest niezwykle przekonujący w roli bohatera, który gaśnie, ale próbuje zachować twarz do końca. Linda nie szarżuje (rezygnuje praktycznie ze specyficznego akcentowania wyrazów, które jest jego domeną), jest powściągliwy, czasem wystarczy mu gest, spojrzenie. Niestety, inni partnerzy nie mogą mu dorównać – studenci zafascynowani swym profesorem przypominają natchnionych robotów, a Bronisława Zamachowska jest za słaba na sceny czysto dramatyczne (choć tam, gdzie ma być po prostu dzieckiem, jest bardzo „ekranowa”).

Trochę żałuję,  że to właśnie „Powidoki” miały walczyć o zagranicznego Oskara. W roku, gdy zdarzyły się w naszym kinie dwa filmy ponadprzeciętne („Ostatnia rodzina” oraz „Zjednoczone stany miłości”) wybór „Powidoków” jawi się jako wybór koniunkturalny, być może uzasadniony metryką jego autora. Niemniej, jest coś takiego w „Powidokach”, że od razu wiemy, że to film Wajdy, jest naznaczony osobistym piętnem reżysera (końcowa scena z manekinami choćby), i w tym sensie bardzo autorskim. I pomimo pewnych wad, „Powidoki” to poruszające pożegnanie Mistrza, niemalże testament.

6/10

wiosna przyjdzie i tak (Matthew E. White & Flo Morrissey „Gentlewoman, Ruby Man” / Spacebomb)

homepage_large-d0d7d3db

Na początek encyklopedyczna wiedza: Matthew E. White ma 35 lat i od początku swej kariery bawi się w Curtisa Mayfielda, odnosząc się nieustannie do stylowego R&B lat 70., jest też odkrywcą Natalie Prass, dziewczyny o ogromnej wrażliwości. Najwyraźniej White lubi młódki, bo do współpracy nad nowym krążkiem zaprosił Flo Morrissey, 22- latkę z Londynu, która bawi się w retro brzmienia na Wyspach. Zagrali razem dwa lata temu na koncercie w hołdzie Lee Hazlewoodowi, słynnemu wokalisty country, który ma na swym  koncie  między innymi współpracę z Nancy Sinatrą. Występ wypadł na tyle dobrze, że znalazł swe przedłużenie w studio.

Do wiosny co prawda jeszcze daleko, ale „Gentlewoman, Ruby Man” to płyta spod znaku marca. Płyta zbudowana na przeciwstawnościach: doświadczeniu White’a i świeżości Morrissey, świdrującym głosie jej i niemal murmurando jego. Łączy ich jednak więcej niż dzieli: spokój, zamiłowanie do tego, co było ważne kiedyś, a wreszcie: umiłowanie pięknych piosenek. Ich wspólny projekt jest bowiem zestawem coverów, zestawem imponującym, bo duet wziął na warsztat piosenki artystów z różnych muzycznych bajek. Z jednej strony mamy bowiem słyszymy fantastycznie rezolutną wersję „Sunday Morning” z repertuaru Velvet Underground, optymistyczną i budującą (zwróćcie uwagę, jak w bridge’u piosenki pięknie ściana gitar współbrzmi z partią ksylofonu), z drugiej – „Thinking Bout You” Franka Oceana, która brzmi tak, jakby była ich autorskim utworem. Jest miejsce na „Suzanne” Leonarda Cohena, w którym White jest tak blisko Mistrza, jak to jest tylko możliwe (choć oczywiście całość przedstawiona jest w dominującej na płycie leniwej, niedzielnej estetyce, ale nawet gdyby ktoś nie wiedział, ze to utwór Cohena, od razu to rozpozna), a „The Colour in Anything” Jamesa Blake’a nabiera w żeńskim wydaniu tęsknoty i ulotności.

Najbardziej zaskakuje bodaj „Grease” wzięte ze ścieżki dźwiękowej kultowego musicalu, które zostało pozbawione disco-sprośności oryginału Bee Gees, ale nie zabrało to zmysłowości i niepokorności wpisanej w tę kompozycję. Z kolei otwierające płytę „Look At What the Light Did Now”, które napisał kolega Feist, ukrywający się pod pseudonimem Little Wings, tu staje się największym przebojem, zyskując na przyspieszeniu tempa i dodaniu pełnego instrumentarium (wersja pierwotna to wersja rozpisana tylko na gitarę akustyczną).

To, co przede wszystkim słychać na „Gentlewoman..”, to wielka radość, jaką artyści mają z zabawy w mieszanie starego i nowego, w tłumaczenie tych kompozycji na nowe środki wyrazu, jednocześnie nie zapominając o tym, co stanowiło o ich wyjątkowości i wyjątkowości ich autorów. Czasem ta energia bywa ujmująco dziwaczna (jak w kończącej całość „Govindzie” George’a Harrissona, która jest bardziej hipnotyczna niż oryginał, trochę też niepokojąca, bo odjechana aż nazbyt jak na „przyzwoitość” pozostałej części krążka), ale w prosty sposób niezwykła i cudowna. I jest niezaprzeczalnym faktem, że pomiędzy bohaterami tej notki występuje prawdziwa chemia. Gdy po raz pierwszy na płycie ma się pojawić wokal Flo, we wspomnianym już „Look..” (powtórzę: prawdziwej perle tego krażka) Matthew zapowiada imię wokalistki, a w tle słychać oklaski – wyga wprowadza swą młodszą koleżankę, by ta mogła rozkwitnąć bez strachu, że materiał z tak wysokiej i klasyczej półki może się okazać dla niej zbyt trudny.

8/10

kara („Ja, Olga Hepnarova” / reż. Petr Kazda, Tomáš Weinreb)

7768552-3

Czesko-słowacko-polska koprodukcja o ostatniej kobiecie, która została skazana w Czechosłowacji na karę śmierci. 10 lipca 1973 roku Hepnarova wjechała na praskiej ulicy w stojącą na przystanku autobusowym grupę ludzi, zabijając 8 osób i raniąc kolejnych 12. Film jest próbą wskazania, co było przyczyną tej tragedii, z naciskiem na słowo „próbą”, bo to raczej stawianie hipotez niż dotkliwa diagnoza (to jednocześnie słabość tego obrazu, o czym potem). „Ja, Olga Hepnarova” to film niełatwy, hermetyczny, stanowiący raczej ciąg luźno połączonych ze sobą scen niż przyczyno-skutkową historię. Przykładowo, nowe postaci pojawiają się tam znienacka, bez przedstawiania i introdukcji, jako nowy element krajobrazu wokół Olgi, a ich znaczenie czy sens ujawniany jest gdzieś dalej (o ile w ogóle). Czarno-białe zdjęcia (bardzo szorstkie, brudne) również nie ułatwiają całej sprawy.

Wielkie brawa należą się Michalinie Olszańskiej, na której skupiona jest cały czas uwaga kamery, i która – jeśli wierzyć relacjom prasowym – po prostu staje się Hepnarovą. Zgarbioną, chodzącą po męsku, z przerażająco pustymi oczami, która doświadczyła w czasach dzieciństwa i nastoletniości krzywd (w rodzinie czy w internacie) i które znalazły swe ujście w dokonanym przez bohaterkę zabójstwie, niejako odwecie na ludzkości [i do tej pierwszej części filmu mam chyba największe zastrzeżenia: tego, jak była traktowana przez otoczenie Olga nie można nazwać szacunkiem, ale czy na pewno natężenie zła skierowanego ku bohaterce jest „wystarczające” do usprawiedliwienia wyroku, który ta wykonała wobec na ludziach?]. Hepnarova to osobowość psychotyczna, nieumiejąca zbudować jakiejkolwiek relacji, wikłająca się w bezsensowne związki z innymi kobietami (ale też jakby celowo w nie wchodząca), piekielnie samotna (ale też i odtrącająca pomoc, którą oferuje jej świat), a z drugiej strony bardzo samoświadoma  (co pokazuje jej przemowa w sądzie) – w tej mieszance uczuć jest kompletnie bezwolna, niby duch. I Olszańska, choć cały czas pojawia się na ekranie, czasami mimowolnie staje się jego tłem, jakby w swej umyślnej bezcelowości chciała zniknąć. Na jej twarzy rzadko pojawia się uśmiech czy jakakolwiek – zazwyczaj jest to bezgraniczna pustka, która uwydatnia ledwo-egzystencję bohaterki, nawet nie to, że jest to świadomość przegranej, a raczej brak jakichkolwiek oczekiwań.Zastraszone zwierzę pozbawione jakiegokolwiek opracia.

Film bywa uproszczeniem (zaskakuje np. jak łatwo było w czechosłowackiej zwykłej knajpie w roku 1970 poderwać kobietę przez drugą kobietę), nie robi nic, by się przypodobać, ale w tej specyficznej estetyce jest metoda – tak samo jak Hepnarova żyła z dnia na dzień, w porządku chaosu, tak my, widzowie, musimy uporać się z wyrywkami jej życia, pretekstowością, brakiem treści. Nie na wszystkie pytania dostaniemy odpowiedź, być może dlatego, że twórcy bywają nieporadni, choć bardziej przekonująca jest interpretacja, że na wszystkie pytania odpowiedzieć się nie da. Stoję w rozkroku: to bardzo niespełniony film, który jest jednocześnie intrygujący i na długo zostaje w głowie.

6/10