aaaaaby żyć („Toni Erdmann”, reż. Maren Ade)

b3f0aced263f39a6ba2a6d7a29d1-200

Poszedłem na ten film z przyjaciółką, którą poznałem, gdy pracowałem w jednej z firm tzw. wielkiej czwórki. Towarzyszyła nam dobra znajoma, która również w wielkiej czwórce pracuje. I nie mogliśmy wyjść z podziwu, jak PRAWDZIWY jest ten film. Jak świetnie oddaje obowiązującą w firmach konsultingowych (a rzecz szerzej ujmując: w wielkich korporacjach) narrację. Narrację, która ubezwłasnowalnia ludzi, wobec której pracownicy stają się niemal niewolnikami, gotowymi do działania na każde skinięcie klientów (bohaterka filmu, by przypodobać się prezesowi firmy i zdobyć intratny kontrakt, idzie na zakupy z jego żoną), wszystko w imię wzrostu przychodów. Pomijam fakt, że ci maluczcy, z dołu drabiny, są tylko pionkami, turbinkami w wielkiej machinie co ich przeżuje i wyrzuci za burtę. Ale ile ci maluczcy narobią się prezentacji, zestawień, excelików, ile wezmą na siebie odpowiedzialności, ile przeprowadzą projektów, których klient tak naprawdę często nie potrzebuje (to już wiem będąc po drugiej stronie barykady)…

Do tego uporządkowanego, sztywnego świata Ines, co własnie realizuje ważny PROJEKT w Rumunii, świata zapiętych pod szyję nienagannie skorojonych kostiumów, świata niewybrednych rozrywek, świata emocjonalnego marazmu, mechanicznego wykonywania zaprogramowanych poleceń, wkracza jej ojciec, który narzeka na to, że córka nie ma czasu na kontakt. Winfried właśnie przeszedł na emeryturę (był nauczycielem muzyki w podstawówce), jest dowcipnisiem, który lubi się malować i przebierać. Postanawia jechać do Bukaresztu, gdzie przepoczwarza się w tytułowego Toniego Erdmanna, zwalistego, ekscentrycznego, który przedstawia się jako konsultant i coach, i który powoli wkrada się do świata rumuńskiej socjety, ku przerażeniu swej córki. Brawuworo łga, wymyśla niestworzone historie o swym życiu i hiperbolizując, nieustannie przeginając, wyszydza sztuczność otoczenia swej pociechy w nadziei, że Ines dostrzeże, co jest w życiu ważne. Zdejmie maskę suki, suki sztywnej jak struna. I po prostu się uśmiechnie. Oczywiście, Winfried w swych wysiłkach nie jest w tym do końca altruistyczny. Jest on piekielnie, ale to ogromnie, osamotniony. To, że jest lekkoduchem, pozwala mu na „chwileczkę zapomnienia”, wzięcie życia w nawias groteski zagłusza nieprzydatność społeczną.

„Toni Erdmann” jest reklamowany jako komedia. Otóż to komedia nie jest. Jest to smutny, ogromnie smutny film o samotności. O tym, jak postmodernistyczny rynek jednych wkręca w swe mechanizmy, by wycisnąć z nich wszystko, dając ułudę istotności i wielkości, a drugich: w ogóle do siebie nie dopuszcza. Ines i Winfried, mimo, że tak bardzo różni, są do siebie bardzo podobni, by zagłuszyć pustkę, wchodzą w określone role: odpowiednio, korporacyjnej suki z dziwnymi upodobodaniami seksualnymi i durnego komika z inklinacjami do peruk, sztucznych zębów i za dużych garniturów. A Sandra Huller i Peter Simonischek świetnie i konsekwentnie pokazują jałowość życia swych bohaterów. Małych, tak bardzo małych, i tak bardzo potrzebujących pomocy.

Można zresztą „Toniemu…” zarzucić, że jest filmem za długim (trwa 2 godziny i 40 minut), ale w tym szaleństwie jest metoda. Pokazując do znudzenia codzienność Ines, która musi radzić sobie z humorami przełożonych, głupotą klientów, przezroczystością przyjaciół, Ade przygotowuje nas na końcową eksplozję humoru i ironii, która wybrzmiewa tym bardziej donośniej i wyraziściej. Ku przestrodze, jakby napisał Konrad J. Zarębski w „Gazecie Telewizyjnej”. Ku wielkiej przestrodze.

8/10

Reklamy

nic („Manchester by the Sea” / reż. Kenneth Lonergan)

mbts

Lee nie istnieje. Leego nie ma. Pracuje jako dozorca gdzieś na przedmieściach Bostonu, jest dla mieszkańców domu opryskliwo-neutralny, sam mieszka w norze,  czasem wpada na piwo do baru, ale tylko po to, by wypić go za dużo i dać komuś w mordę. Żadnych uczuć. Nic.

Lee kiedyś istniał. Lee kiedyś był. Mieszkał w tytułowym Manchester by the Sea, miał żonę, trójkę fajnych dzieciaków, a wspólnie z bratem Kylem i jego synem Patrickiem wyruszali regularnie na połów ryb ciągle psującą się łodzią. Lee wtedy się uśmiechał. Czuł coś. Rodzinna, potworna tragedia sprowadziła go jednak na skraj psychologicznej wegetacji.

Lee musi wrócić do rodzinnego miasta na pogrzeb swojego brata, który zmarł na nieuleczalną chorobę serca. Lee musi też zająć się swoim bratankiem, bo taka była wola Kyle’a. Lee musi przestawić swoje życie, musi nauczyć się znowu czuć. Ale czy faktycznie musi?

Filmy mają przynosić nadzieję, że nigdy nie jest za późno, że największe ludzkie tragedie mogą być punktem wyjścia do zmian. Taka jest rola filmu, bohaterom, którzy podnoszą się z najgorszego, kibicujemy. Leemu trudno kibicować, nawet w obliczu jego historii.  Jest burakiem, można powiedzieć, jest opryskliwy, jest dupkiem. Ale z drugiej strony, gdy spotyka na ulicy byłą żonę i wskazując na serce mówi „tam nic nie ma”, trudno mu nie współczuć.  Bo Lee przemiany nie przechodzi.

I czy właśnie takie nie jest życie, pyta Lonergan? Czy zmiana jest zawsze możliwa? Czy każdego na nią stać? Lee okopał się w przeszłości i nie ma sił, by się z niej wygrzebać. Lee niczego nie oczekuje, żyje jakby był przezroczysty, niby niewidzialny. Nie ma nawet już mocy, by przejść przez uleczające katharsis, obowiązkowe w filamch tego typu. Gdy wreszcie zapłacze nad swym losem, zrobi to cicho, przez chwilę, od niechcenia. I to będzie przerażająco smutne. Ta niemoc, ta bezsilność. Ta apatia. Koniec od zawsze. Widać to bardzo w przeszywającej scenie, w której Lee spotyka swoją byłą żonę. Próbują coś sobie wytłumaczyć, próbują coś powiedzieć, nazwać emocje, ale nie mogą, gubią się w półsłówkach, urwanych zdaniach, niedopowiedzeniach. Jak bardzo mocno stoi to w sprzeczności z nieustannie atakującymi nas komunikatami  „Każdy dzień jest szansą!”, „Tylko nazwanie swych emocji prowadzi do szczęścia”.

Brzmi to pesymistycznie, a Lonergan nie ułatwił sobie specjalnie zadania, proponując jako główną postać bohatera obłego, emocjonalną amebę, nikogo.Reżyser jednak doskonale czuje konwencję i wie, że życie jest słodko-gorzkie. Stąd tak dużo w „MbtS” groteski i czarnego humoru. Scena z wypadającymi z lodówki kurczakami, scena, w której ekipa karetki pogotowia nie jest w stanie umieścić noszy z tyłu pojazdu, bo te ciągle nie chcą się wpasować w prowadnice (przyszły mi na myśl podobne zabiegi Szumowskiej w „33 scenach z życia”, która na pogrzebie pozwoliła się swym bohaterom zgubić na cmentarzu, a podczas traumatycznej Wigilii z umierającą matką głównej bohaterki kazała nieustannie przewracać choinkę). Bo wobec ostateczności jesteśmy mali i śmieszni. Śmiesznie mali. Ale z drugiej strony część z nas próbuje, jak choćby szesnastoletni Patrick, który próbuje wybudzić stryja z życiowej śpiączki, nakłania go do poważnych, życiowych decyzji (bo Lee nie umie dokonać żadnych wyborów, ba: nawet doradzać nie umie), a przede wszystkim, pomimo śmierci ojca, prowadzi normalne życie – umawia się na randki, próbuje zaciągnąć dziewczynę do łóżka, gra na gitarze w koszmarnym zespole i nie chce iść do college’u.

Wiemy już, że „MbtS” to niespodziewany hit, uhonorowany nominacjami do Złotych Globów i Oskarów. Przewiduję, że jeśli chodzi o nagrody Akademii finalnie otrzyma dwie statuetki – jedną za scenariusz, bo to tak bliska życia opowieść, jak to jest tylko możliwe. Druga powędruje w ręce Caseya Afflecka, który wciela się w postać Lee. Robi to bezkompromisowo i bezapelacyjnie genialnie. Jest dotkliwie nieobecny, z wyłączoną świadomością, niemal jak robot niezdolny do wyrażania uczuć, a może tylko ich się bojący? To wyważona kreacja, budowana na niuansach i konsekwencji. Swoją drogą, w takm materiale, nawet pojawiając się na ekranie przez dziesięć minut można stworzyć pełnokrwistą postać (vide Michelle Williams jako była żona Lee).

9/10