kara („Ja, Olga Hepnarova” / reż. Petr Kazda, Tomáš Weinreb)

7768552-3

Czesko-słowacko-polska koprodukcja o ostatniej kobiecie, która została skazana w Czechosłowacji na karę śmierci. 10 lipca 1973 roku Hepnarova wjechała na praskiej ulicy w stojącą na przystanku autobusowym grupę ludzi, zabijając 8 osób i raniąc kolejnych 12. Film jest próbą wskazania, co było przyczyną tej tragedii, z naciskiem na słowo „próbą”, bo to raczej stawianie hipotez niż dotkliwa diagnoza (to jednocześnie słabość tego obrazu, o czym potem). „Ja, Olga Hepnarova” to film niełatwy, hermetyczny, stanowiący raczej ciąg luźno połączonych ze sobą scen niż przyczyno-skutkową historię. Przykładowo, nowe postaci pojawiają się tam znienacka, bez przedstawiania i introdukcji, jako nowy element krajobrazu wokół Olgi, a ich znaczenie czy sens ujawniany jest gdzieś dalej (o ile w ogóle). Czarno-białe zdjęcia (bardzo szorstkie, brudne) również nie ułatwiają całej sprawy.

Wielkie brawa należą się Michalinie Olszańskiej, na której skupiona jest cały czas uwaga kamery, i która – jeśli wierzyć relacjom prasowym – po prostu staje się Hepnarovą. Zgarbioną, chodzącą po męsku, z przerażająco pustymi oczami, która doświadczyła w czasach dzieciństwa i nastoletniości krzywd (w rodzinie czy w internacie) i które znalazły swe ujście w dokonanym przez bohaterkę zabójstwie, niejako odwecie na ludzkości [i do tej pierwszej części filmu mam chyba największe zastrzeżenia: tego, jak była traktowana przez otoczenie Olga nie można nazwać szacunkiem, ale czy na pewno natężenie zła skierowanego ku bohaterce jest „wystarczające” do usprawiedliwienia wyroku, który ta wykonała wobec na ludziach?]. Hepnarova to osobowość psychotyczna, nieumiejąca zbudować jakiejkolwiek relacji, wikłająca się w bezsensowne związki z innymi kobietami (ale też jakby celowo w nie wchodząca), piekielnie samotna (ale też i odtrącająca pomoc, którą oferuje jej świat), a z drugiej strony bardzo samoświadoma  (co pokazuje jej przemowa w sądzie) – w tej mieszance uczuć jest kompletnie bezwolna, niby duch. I Olszańska, choć cały czas pojawia się na ekranie, czasami mimowolnie staje się jego tłem, jakby w swej umyślnej bezcelowości chciała zniknąć. Na jej twarzy rzadko pojawia się uśmiech czy jakakolwiek – zazwyczaj jest to bezgraniczna pustka, która uwydatnia ledwo-egzystencję bohaterki, nawet nie to, że jest to świadomość przegranej, a raczej brak jakichkolwiek oczekiwań.Zastraszone zwierzę pozbawione jakiegokolwiek opracia.

Film bywa uproszczeniem (zaskakuje np. jak łatwo było w czechosłowackiej zwykłej knajpie w roku 1970 poderwać kobietę przez drugą kobietę), nie robi nic, by się przypodobać, ale w tej specyficznej estetyce jest metoda – tak samo jak Hepnarova żyła z dnia na dzień, w porządku chaosu, tak my, widzowie, musimy uporać się z wyrywkami jej życia, pretekstowością, brakiem treści. Nie na wszystkie pytania dostaniemy odpowiedź, być może dlatego, że twórcy bywają nieporadni, choć bardziej przekonująca jest interpretacja, że na wszystkie pytania odpowiedzieć się nie da. Stoję w rozkroku: to bardzo niespełniony film, który jest jednocześnie intrygujący i na długo zostaje w głowie.

6/10

Reklamy