grzech zaniechania („Musimy porozmawiać o Kevinie”, reż. Lynne Ramsay, dyst. Best Film)

To film mocny przede wszystkim dlatego, że nie daje odpowiedzi na pytanie, które stawia. Dlaczego Kevin stał się potworem? Ilu widzów, tyle prawd.

Ta historia opowiedziana jest z wielu perspektyw czasowych. Jest więc stan przed urodzeniem dziecka, gdy Eva (magnetyczna Tilda Swinton) i Franklin (lekkoduch o sympatycznej twarzy Johna C.Reilly), u progu dorosłości, kariery, decydują się iść do łóżka, bez zabezpieczenia. Przypatrujemy się również dzieciństwu Kevina, który będąc niemowlęciem wydawał z siebie jedynie piski i wrzaski, a już jako sześciolatek zdradzał symptomy społecznego niedostosowania, być może choroby psychicznej. Kluczowe dla filmu zdarzenia (niosące ze sobą tragedię) mają miejsce, gdy Kevin (w tym wcieleniu: Ezra Miller) uczęszcza do gimnazjum. Wreszcie, oglądamy świat oczyma Evy, która musi uporać się z rodzinną tragedią, już dawno po tej gorszej stronie dorosłości, bez kariery, za to z etykietką niedobrej matki, odpowiedzialnej za grzechy syna. Poszczególne horyzonty czasowe są poszatkowane, co – choć ułatwia prognozę co do rozwoju sytuacji – wcale nie ułatwia odpowiedzi na pytanie zadane w pierwszym akapicie niniejszego tekstu.

Bo zdaje się, że Lynne Ramsay nie obchodzi przyczyna. Tej najwyraźniej zdiagnozować się nie da, co potwierdza odbiór filmu. Są tacy, którzy twierdzą, że Eva świadomie odepchnęła dziecko już na samym początku, bo te przeszkodziło jej w realizowaniu podróżniczej pasji. Inny stoją na stanowisku, że Eva była zwyczajną matką, która nie popełniła kardynalnych wychowawczych błędów. Jeśli przychylić się do tej drugiej tezy, oznaczałoby to znacznie poważne konsekwencje: zło jest wpisane w społeczny dyskurs, ze złem człowiek się rodzi, jest wpisane w człowieczy krwiobieg, a wychowanie nie ma tu specjalnego znaczenia. A jeśli to wszystko wina matki, czy pokuta jej zadana nie jest zbyt obciążające? Czy sama kara nie wystarczy?

Podstawowym zarzutem, jaki mam do filmu Ramsay jest psychologiczna niewiarygodność filmu. Dlaczego wiecznie nieobecny Franklin, pomimo wyraźnych sygnałów ze strony żony, nie reaguje na zachowanie syna (Kevin przy ojcu to najcudowniejszy synalek na świecie)? Dlaczego Eva nie podejmuje jakichkolwiek działań mających na celu uspokojenie Kevina? Śmiem twierdzić, że reżyserka pomija te okoliczności tylko po to, by poprowadzić akcję zgodnie z pierwotnym zamysłem. Drażnić może również sama estetyka filmu, szczególnie w tych scenach, w których obserwujemy Evę, która próbuje zbudować swoje życie na nowo. Gwizdy, świsty, szybkie ruchy kamerą, dużo ognistej czerwieni – to wszystko ma zapewne wprowadzić film na jeszcze wyższą półkę. Niepotrzebnie, bo prowadzi do zniecierpliwienia, a sam obraz broni się niejednoznaczną tematyką, bez tych wszystkich efekciarskich zagrań. Zabiegi te byłyby właściwe, gdyby Eva straciła kontakt z rzeczywistością, popadła w szaleństwo, a tymczasem prowadzi ona pozbawioną sensu i racji wegetację.

Znamienne, że zdanie tytułowe nie pada w filmie ani razu. Problem się nie rozwiązuje, ot tak. Zamieciony pod dywan eksploduje ze zdwojoną siłą. Banalne stwierdzenie, że rodzicielstwo to ciężka harówa, tu znajduje być może zbyt intensywne, ale przez to szczere, wręcz przerażające uzasadnienie. Syn staje się katem (co Miller wygrywa praktycznie fizjonomią), matka ofiarą i ta chora symbioza przetrwa wszystko: śmierć, upokorzenie, ból. Kat bez ofiary żyć jednak nie może. Czy płacz dziecka, stłamszonego przez wykreowaną przez niego chorą rzeczywistość, może odkupić grzechy? Czy grzech zaniechania da się zmazać?

7/10

Reklamy

(Nie)ciekawy przypadek Benjamina Buttona

Od kiedy „ciekawy” jest synonimem słów „nudny”, „nużący”, „bezcelowy”, „sentymentalny”?

Dlaczego ten film wyrwał mi dwie i pół godziny, które mógłbym spędzić , nie wiem, na żuciu gumy, spaniu czy wieszaniu mebli?

Dlaczego David Fincher (tak, tak, ten David Fincher, który nakręcił fenomenalne Siedem czy równie porywający Zodiak) podpisał się pod jedną z najgorszych sentymentalnych szmir, sfinansowanych przez szastających kasą hollywoodzkich producentów? Czy może scenariusz zawiódł (choć sama historia, w której bohater rodzi się starym i zamiast starzeć się – młodnieje, to doskonały materiał na film) czy może właśnie sam reżyser? Czy efektem końcowym miał być łzawy Forrest Gump (podobieństwa: tu i tu bohaterów rozdziela Los, tu i tu w tle dzieje się Historia)? Dlaczego Fincher panuje nad tym filmem w stopniu znikomym, fundując nam zamiast serię epizodów, na dodatek przygotowanych we wszelkiego rodzaju konwencjach (melodramat, przygotówka, thriller, dramat społeczny, komentarz do aktualnej historii Stanów Zjednoczonych)?

Co takiego stało się Cate Blanchett, że zdecydowała się zagrać w tym filmie? Czy kierowała nią nagła potrzeba doinwestowania prowadzonego razem z mężem teatru? Czy liczyła na nominację do Oskara (nie udało się, hehe!)?

Czy Akademia była na tyle otumaniona charakteryzacją zafundowaną Bradowi Pittowi, że to właśnie on startuje w wyścigu po Oskara? Dlaczego Brad Pitt gra cały film na JEDNEJ minie? Dlaczego jego bohater to emocjonalny impotent, życiowa niedorajda, który sprawia wrażenie, że życie przesuwa się bezwiednie obok niego? Czy Sean Penn –  podobnie jak Kamil Durczok – powinien wycofać się z rywalizacji, bo ta urąga jego wielkości?

O czym jest ten film? O tandetnej miłości? O wielce odkrywczym stwierdzeniu, że drogi ludzkie jedynie się przecinają, a nigdy nie biegną równolegle? O kolibrze? (brawo za znajomość biologii, powszechnie znaną jest prawda, że kolibry żyją w Rosji). A może o Ameryce (co sugerowałoby umieszczenie podstawowej akcji filmu w Nowym Orleanie, na chwilę przed uderzeniem huraganu Katrina)? O roli przypadku w naszym życiu? O śmierci? O klacie Brada Pitta? O linii Cate Blanchett?

Dlaczego nie uruchomiono jeszcze systemu wczesnego ostrzegania przez bohomazami?

3/10

Za:

– soczysty epizod z Tildą Swinton

– drugoplanowa rola Taraji P. Henson

– za piękne plenery i kolory.

Ps. Jak to dobrze, że do Annie Hall na DVD można zawsze wrócić…