miłość („Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”, reż. Maria Sadowska)

sztuka-kochania_plakat

Na taki film czekałem. I to również dlatego, że takie filmy, jak „Sztuka kochania”, to filmy należące w polskim kinie do chlubnych wyjątków – rozrywkowe, ale nieogłupiające widza, dla mas, ale z godnym uwagi przesłaniem, proste, ale dające szerszą perspektywę.

„Sztuka kochania…” to film piekielnie aktualny, biorąc pod uwagę aktualną sytuację społeczno-polityczną w naszym kraju. Dyskusja o aborcji i starania partii rządzącej, zmierzające do całkowitego jej zakazu, to – najprościej rzecz ujmując – pozbawienie kobiet podmiotowości. Czterdzieści lat temu, gdy na rynku ukazaływała się „Sztuka kochania”, Wisłockiej chodziło dokładnie o to samo – jej bestsellerowa pozycja o seksie, jako źródle przyjemności i sposobie na wzmocnienie więzi w związku, miała za zadanie przede wszystkim wskazać kobietom, że nie są one jedynie podkładką pod mężczyzn, narzędziem (przedmiotem) do spełnienia ich potrzeb. Wisłocka, zarówno w książce, jak i wykonując swą bieżącą pracę, uczyła kobiety seksu, umiejętności rozpoznawania ich potrzeb, kładąc nacisk na to, że seks to nie obowiązek, że seks to prawo. I – cytując klasyka – że każdy ma prawo do orgazmu. Do tego, Wisłocka operowała prostym, łatwym językiem, który nie infantylizował zagadnienia, a wyraźnie wskazywał, że seks jest tak samo ważną sprawą w życiu jak jedzenie czy sen. Nic dziwnego, że otwartość pani Doktor (ale otwartość, która u swych podstaw miała dbałość o związek i równowagę stron) sprawiła, że po Jej poradę ustawiały się kolejki kobiet, co zresztą Sadowska świetnie w swym filmie wygrywa (vide doskonałe epizody z udziałem Karoliny Gruszki i Danuty Stenki).

Z pewnością można zarzucić reżyserce, że upraszcza pewne sprawy, trywializuje wątki z życia Wisłockiej. Prawdę o tym, jaką kobietą była Pani Doktor można wyczytać z szeregu publikacji, czy to książkowych czy prasowych. Sadowska, dość swobodnie podchodząc do biografii swej bohaterki, ma w tym swój cel: uwydatnienie tego, że choć Wisłocka tak bardzo pomogła wielu osobom, w gruncie rzeczy była samotna.A także tego, że to, że Wisłocka była kobietą (jak to brzmi!) miało niebagatelny wpływ na jej karierę (w pewnym momencie bohaterka musi wybrać pomiędzy karierą naukową i opieką nad dziećmi, jej praca oceniana jest przez mężczyzn, którzy czują, że propozycje Wisłockiej mogą zagrozić patriarchalnemu podejściu, etc.). Akcja filmu dzieje się w trzech horyzontach czasowych: gdy Wisłocka żyje w miłosnym trójkącie ze swym mężem Stanisławem i przyjaciółką Wandą (c.a. 1950-1955), gdy Wisłocka wyjeżdża na wakacje w Lubuskie, gdzie poznaje marynarza – Jurka, który rozbudza w niej pożądanie i żądze (c.a. 1960), a wreszcie gdy Wisłocka rozpoczyna walkę – z partią i kościołem – o wydanie „Sztuki kochania” (lata 70.). Sadowska z dużą sprawnością porusza się po tej układance, zmieniając nieustannie perspektywę i pokazując, jak zdarzenia z przeszłości mają wpływ na teraźniejszość. Owszem, pewne kwestie są pretektsowe i epizodyczne (jak np. wątek dzieci, które nagle znikają i nagle się pojawiają), ale w tym szaleństwie jest metoda: stosując skróty, reżyserka pozwala na spojrzenie na życie Wisłockiej z lotu ptaka.

Ten film nie byłby tak udany, gdyby nie aktorzy. Magdalena Boczarska, która jest bardzo dobrą aktorką, w której jednak zawsze coś mi nie grało, tu wciela się w rolę życia. Boczarska staje się Wisłocką: przejmuje jej gesty, sposób chodzenia, pewną męskość, tembr głosu, szybkość mówienia. Nie przeszkadza specjalnie to, że aktorka do swej bohaterki nie jest w ogóle  podobna: jest tak samo szalona i pełna werwy, tak samo altruistyczna, co i porządnie skomplikowana i egoistyczna jak Wisłocka. Świetnie sprawdza się też drugi plan – Eryk Lubos jest nieprzyzwoicie wręcz czarujący jako Jurek, epatuje zwierzęcą niemal, seksualną energią, a jednocześnie jest delikatny i czuły. Zaskakuje Piotr Adamczyk jako Stanisław, mąż Wisłockiej, który przestaje być wreszcie papieżem. Absolutnym odkryciem filmu jest Justyna Wasilewska, jako Wanda: mająca w oczach przerażający smutek, w pewnym momencie mająca dość odgrywania roli tej trzeciej. W soczystych epizodach Jakubik, Mecwaldowski, Szyc, Barciś czy … Kot (który gra tu Religę, co zresztą nie dziwi, bo producentami „Sztuki..” są odpowiedzialni za sukces „Bogów”). Dodajmy do tego jeszcze precyzyjne oddanie wizualnej strony poszczególnych etapów, w których dzieje się akcja filmu (kolory!), cudowne zdjęcia Michała Sobocińskiego, bezpruderyjne, ale wysmakowane sceny seksu, mnóstwo cudnych akcentów komicznych i ogólne przesłanie: kochajmy się, szanując się. Czegoż chcieć więcej?

8/10

 

 

Reklamy

Fałszerz o twarzy Papieża („Trick”, reż. Jan Hryniak, Kino Świat)

Nie. I to nie pod każdym względem. Ta marna wariacja na temat Ocean’s Eleven to – jak do tej pory – najgorszy film roku 2010. Rozczarowuje tym bardziej, że nic nie zapowiadało porażki. Świetna obsada (Adamczyk, Dziędziel, Chyra, Trela, Więckiewicz, Gruszka, Warchulska), obiecujący reżyser (Jan Hryniak ma na swym koncie między innymi uroczą Przystań, debiut filmowy Mai Ostaszewskiej, czy Trzeciego, rozpisanego na emocjonalny trójkąt Cielecka-Poniedziałek-Kondrat), interesujący, choć lekko naciągany punkt wyjściowy: zdolny fałszerz banknotów o twarzy Papieża trafia do więzienia za idealne podrabianie studolarówek (na tyle idealne, że nawet agenci CIA dali się nabrać). Odsiadka nie będzie jednak należała to najspokojniejszych, bo pewną, nie do końca uczciwą, propozycję składa mu przedstawiciel polskiego rządu… Trick mógł być więc satyrą na skorumpowanych rządzących, wykorzystujących swoją pozycję do realizacji własnych, prywatnych celów i o sprytnych obywatelach, którzy nie tak łatwo dadzą się politykom wykołować. Mógł, gdyby miał więcej polotu i dystansu. Film jest reklamowany jako komedia sensacyjna, ale elementów zarówno sensacji, jak i humoru, ze świecą szukać. Dialogi są sztuczne i nieśmieszne. Wszelkie fragmenty trzymające w napięciu wyeliminowano chyba podczas fatalnego montażu, skutkiem czego jest szereg niesłychanie dłużących się scen, które wzmacniają poczucie irytacji. Osobną kwestią jest bardzo niedobry scenariusz, który urąga inteligencji widza, szczególnie w momentach rozwiązywania wątków i odkrywania tzw. drugiego dna poczynań bohaterów, wywołując niezamierzoną śmieszność. Co więcej, podstawowej historii towarzyszą w tle trzy inne (które gdzieś tam znajdują wspólny mianownik), co wcale nie służy osiągnięciu spójności, a wręcz przeciwnie: sprawia wrażenie przekombinowania. Nawet jeśli jakaś przewrotka zaskakuje, to zabija ją toporność i brak dystansu realizujących film. W tym wszystkim gubią się aktorzy, szczególnie panie, których bohaterki zostały zmarginalizowane do towarzyszących „mocnym i zdecydowanym mężczyznom” kukiełek, pozbawionych właściwości – Gruszka w miłosnych spazmach popiskuje, biegając w rozciągniętym swetrze, Warchulska nie jest w stanie zrobić nic więcej, niż tylko strzelać miny, na przemian tęskne, zbolałe i ponętne. W konsekwencji: Trick (swoją drogą, skąd taki tytuł? jedynym trickiem jest tylko wykiwanie widzów, którzy nie dostali zapowiadanej porcji rozrywki) to seria przesuwających się obrazów, bez celu, bez sensu, w której najjaśniejszym punktem zdaje się być goła pupa Piotra Adamczyka (brawa za konsekwentne odcinanie się od filmowej przeszłości). Gdyby za tę historię wziął się Machulski… Stój, Machulski nigdy taką historią by się nie zainteresował.

3/10