kra, kra, kraj („La La Land”, reż. Damien Chazelle)

la_la_land_ver4_xlg

Ale że aż 14 nominacji do Oskarów? To bardzo megalomańskie ze strony Hollywood. Bo „La La Land” to przecież film zrobiony przez ludzi z Hollywood o Hollywood. Przez ludzi najlepszych, dodajmy, bo przecież Chazelle to reżyser fenomenalnego „Whiplasha”, który oglądało się niemal jak thriller, a przecież to była zwykła opowieść o kolesiu, który chciał dostać się do najlepszego w mieście jazzbandu. I nie ma pewnie obecnie lepszej pary ekranowej niż Gosling i Stone, ich chemia jest niezaprzeczalna (choć zdecydowanie więcej magnetyzmu mieli w „Kocha, lubi, szanuje”). Do tego muzyka, kolory, piękne zdjęcia i sprytne nawiązania do klasyków filmowych, wszystko na swoim miejscu. A jednak coś nie do końca zagrało. Zastanawiam się, czy to banalność historii (co mogłoby być zaletą), czy może niekoniecznie przebojowe kompozycje (przecież w musicalach to właśnie o nie przede wszystkim chodzi)? Nie pomaga papierowość postaci – Ryan (w ogóle) i Emma (mniej) nie mają praktycznie czego grać, ich bohaterowie są ludźmi bez właściwości i gdyby nie to, że oboje są pioruńsko urokliwi (przez co im kibicujemy bardzo), trudno byłoby znaleźć w nich coś, co przykuwa w nich uwagę. I mam nadzieję, że jednak Stone nie dostanie za swoją rolę Oskara, bo byłoby to dla niej niesprawiedliwe: tkwi w niej większy potencjał, co pokazała w „Birdmanie”, ale to dopiero początki. „La La Land” nie sprawdza się też jako film o tym, że czasem trzeba wybrać między miłością a karierą, bo też i to zostało ograne wielokrotnie wcześniej i bardziej zapamiętywalnie. Owszem, ostatnia scena wyciska łzy, zdarzają się tzw. momenty, niemniej to jednak trochę za mało jak na film, który miał być tak wielkim.Pocieszne, ale jednak rozczarowanie.

6/10

nic („Manchester by the Sea” / reż. Kenneth Lonergan)

mbts

Lee nie istnieje. Leego nie ma. Pracuje jako dozorca gdzieś na przedmieściach Bostonu, jest dla mieszkańców domu opryskliwo-neutralny, sam mieszka w norze,  czasem wpada na piwo do baru, ale tylko po to, by wypić go za dużo i dać komuś w mordę. Żadnych uczuć. Nic.

Lee kiedyś istniał. Lee kiedyś był. Mieszkał w tytułowym Manchester by the Sea, miał żonę, trójkę fajnych dzieciaków, a wspólnie z bratem Kylem i jego synem Patrickiem wyruszali regularnie na połów ryb ciągle psującą się łodzią. Lee wtedy się uśmiechał. Czuł coś. Rodzinna, potworna tragedia sprowadziła go jednak na skraj psychologicznej wegetacji.

Lee musi wrócić do rodzinnego miasta na pogrzeb swojego brata, który zmarł na nieuleczalną chorobę serca. Lee musi też zająć się swoim bratankiem, bo taka była wola Kyle’a. Lee musi przestawić swoje życie, musi nauczyć się znowu czuć. Ale czy faktycznie musi?

Filmy mają przynosić nadzieję, że nigdy nie jest za późno, że największe ludzkie tragedie mogą być punktem wyjścia do zmian. Taka jest rola filmu, bohaterom, którzy podnoszą się z najgorszego, kibicujemy. Leemu trudno kibicować, nawet w obliczu jego historii.  Jest burakiem, można powiedzieć, jest opryskliwy, jest dupkiem. Ale z drugiej strony, gdy spotyka na ulicy byłą żonę i wskazując na serce mówi „tam nic nie ma”, trudno mu nie współczuć.  Bo Lee przemiany nie przechodzi.

I czy właśnie takie nie jest życie, pyta Lonergan? Czy zmiana jest zawsze możliwa? Czy każdego na nią stać? Lee okopał się w przeszłości i nie ma sił, by się z niej wygrzebać. Lee niczego nie oczekuje, żyje jakby był przezroczysty, niby niewidzialny. Nie ma nawet już mocy, by przejść przez uleczające katharsis, obowiązkowe w filamch tego typu. Gdy wreszcie zapłacze nad swym losem, zrobi to cicho, przez chwilę, od niechcenia. I to będzie przerażająco smutne. Ta niemoc, ta bezsilność. Ta apatia. Koniec od zawsze. Widać to bardzo w przeszywającej scenie, w której Lee spotyka swoją byłą żonę. Próbują coś sobie wytłumaczyć, próbują coś powiedzieć, nazwać emocje, ale nie mogą, gubią się w półsłówkach, urwanych zdaniach, niedopowiedzeniach. Jak bardzo mocno stoi to w sprzeczności z nieustannie atakującymi nas komunikatami  „Każdy dzień jest szansą!”, „Tylko nazwanie swych emocji prowadzi do szczęścia”.

Brzmi to pesymistycznie, a Lonergan nie ułatwił sobie specjalnie zadania, proponując jako główną postać bohatera obłego, emocjonalną amebę, nikogo.Reżyser jednak doskonale czuje konwencję i wie, że życie jest słodko-gorzkie. Stąd tak dużo w „MbtS” groteski i czarnego humoru. Scena z wypadającymi z lodówki kurczakami, scena, w której ekipa karetki pogotowia nie jest w stanie umieścić noszy z tyłu pojazdu, bo te ciągle nie chcą się wpasować w prowadnice (przyszły mi na myśl podobne zabiegi Szumowskiej w „33 scenach z życia”, która na pogrzebie pozwoliła się swym bohaterom zgubić na cmentarzu, a podczas traumatycznej Wigilii z umierającą matką głównej bohaterki kazała nieustannie przewracać choinkę). Bo wobec ostateczności jesteśmy mali i śmieszni. Śmiesznie mali. Ale z drugiej strony część z nas próbuje, jak choćby szesnastoletni Patrick, który próbuje wybudzić stryja z życiowej śpiączki, nakłania go do poważnych, życiowych decyzji (bo Lee nie umie dokonać żadnych wyborów, ba: nawet doradzać nie umie), a przede wszystkim, pomimo śmierci ojca, prowadzi normalne życie – umawia się na randki, próbuje zaciągnąć dziewczynę do łóżka, gra na gitarze w koszmarnym zespole i nie chce iść do college’u.

Wiemy już, że „MbtS” to niespodziewany hit, uhonorowany nominacjami do Złotych Globów i Oskarów. Przewiduję, że jeśli chodzi o nagrody Akademii finalnie otrzyma dwie statuetki – jedną za scenariusz, bo to tak bliska życia opowieść, jak to jest tylko możliwe. Druga powędruje w ręce Caseya Afflecka, który wciela się w postać Lee. Robi to bezkompromisowo i bezapelacyjnie genialnie. Jest dotkliwie nieobecny, z wyłączoną świadomością, niemal jak robot niezdolny do wyrażania uczuć, a może tylko ich się bojący? To wyważona kreacja, budowana na niuansach i konsekwencji. Swoją drogą, w takm materiale, nawet pojawiając się na ekranie przez dziesięć minut można stworzyć pełnokrwistą postać (vide Michelle Williams jako była żona Lee).

9/10