kra, kra, kraj („La La Land”, reż. Damien Chazelle)

la_la_land_ver4_xlg

Ale że aż 14 nominacji do Oskarów? To bardzo megalomańskie ze strony Hollywood. Bo „La La Land” to przecież film zrobiony przez ludzi z Hollywood o Hollywood. Przez ludzi najlepszych, dodajmy, bo przecież Chazelle to reżyser fenomenalnego „Whiplasha”, który oglądało się niemal jak thriller, a przecież to była zwykła opowieść o kolesiu, który chciał dostać się do najlepszego w mieście jazzbandu. I nie ma pewnie obecnie lepszej pary ekranowej niż Gosling i Stone, ich chemia jest niezaprzeczalna (choć zdecydowanie więcej magnetyzmu mieli w „Kocha, lubi, szanuje”). Do tego muzyka, kolory, piękne zdjęcia i sprytne nawiązania do klasyków filmowych, wszystko na swoim miejscu. A jednak coś nie do końca zagrało. Zastanawiam się, czy to banalność historii (co mogłoby być zaletą), czy może niekoniecznie przebojowe kompozycje (przecież w musicalach to właśnie o nie przede wszystkim chodzi)? Nie pomaga papierowość postaci – Ryan (w ogóle) i Emma (mniej) nie mają praktycznie czego grać, ich bohaterowie są ludźmi bez właściwości i gdyby nie to, że oboje są pioruńsko urokliwi (przez co im kibicujemy bardzo), trudno byłoby znaleźć w nich coś, co przykuwa w nich uwagę. I mam nadzieję, że jednak Stone nie dostanie za swoją rolę Oskara, bo byłoby to dla niej niesprawiedliwe: tkwi w niej większy potencjał, co pokazała w „Birdmanie”, ale to dopiero początki. „La La Land” nie sprawdza się też jako film o tym, że czasem trzeba wybrać między miłością a karierą, bo też i to zostało ograne wielokrotnie wcześniej i bardziej zapamiętywalnie. Owszem, ostatnia scena wyciska łzy, zdarzają się tzw. momenty, niemniej to jednak trochę za mało jak na film, który miał być tak wielkim.Pocieszne, ale jednak rozczarowanie.

6/10

Reklamy

Cinema Italiano („Nine/Dziewięć”, reż. Rob Marshall, Kino Świat)

Zaangażowane jest już wszystko – czytaj:  pieniądze – i wszyscy – aktorzy, scenografowie, montażyści, statyści. Producent zaciera ręce: to będzie kolejny hit kinowy reżysera Guido Continiego (Daniel Day-Lewis), który po ostatnich nie najlepszych filmach ma powrócić do wysokiej formy. Jest już gotowy i tytuł: napompowany, wieloznaczny, porywający masy: „Italia”. Sęk w tym, że … nie ma scenariusza. Wena uciekła, ot tak. Guido spotyka się ze wszystkimi kobietami swego życia, by odnaleźć i siebie i pomysł na film…

Zdaje się, że tak samo, jak Continiemu brakuje pomysłu na „Italię”, tak samo Marshall nie miał czystej i klarownej wizji „Nine”. A bazę wypadową ma doskonałą: trawestację „Osiem i pół” Felliniego, pierwowzór w postaci broadwayowskiego musicalu, imponującą obsadę (spośród wszystkich tu występujących w rolach głównych jedynie Fergie, z przyczyn oczywistych, nic wspólnego z Oskarami do tej pory nie miała), sukces wcześniejszego musicalu, „Chicago”. Nie udało się. Przede wszystkim szwankuje – nomen omen – scenariusz, poszczególne sceny sprawiają wrażenie, jakby zostały wprowadzone jedynie po to, by aktorzy mogli sobie pohasać i pośpiewać. Zresztą, pośpiewać nie mają sobie swoją drogą co, bo piosenki, stanowiące podstawę takiej estetyki filmowej, są nieprzebojowe i nie wpadają w ucho (pomijając już w zupełności ich teksty, proste i głupiutkie). Jedyny dobry numer zalicza Kate Hudson w fantastycznym „Cinema Italiano”, pełnym werwy, spontaniczności i luzu. Czyli odznaczającym się tym, czego całemu filmowi brakuje, choć bardzo się stara, kolorami, światłami, różnymi przymilającymi się do widza sztuczkami.

Bo „Nine” podane jest bardzo serio, bez dystansu, który wydał się tu konwencją oczywistą. Aż prosi się o przeszarżowanie, które podkreśliłoby umowność całej sytuacji. Egzystencjalne problemy Continiego irytują; zresztą, niestety, Day-Lewis jest najsłabszym aktorskim ogniwem filmu, brakuje mu lekkości i ironii. Tym samym, kiedy postać płacze nad swoim życiem, widz czuje się takim obrazkiem zażenowany. Nie do końca też wiadomo, o co tak naprawdę chodziło Marshallowi: czy o opowieść o ułudzie showbusinessu filmowego czy o historię nieszczęśliwego człowieka, który jedynie w marzeniach może znaleźć spokój i szczęście, zbiorowy portret rozwiązłej, radosnej włoskości, a może jedynie o roztańczony melodramat? Żadnej z koncepcji reżyser nie uwiarygadnia, choć każdą sygnalizuje, niemniej jednak w każdym przypadków zatrzymuje się gdzieś po drodze, zostawiając niepotrzebne wątpliwości.

A przecież są tu momenty interesujące: ostatnia scena, w której Contini powraca na reżyserski plan. Bądź też gdy grana przez Nicole Kidman (której botoks niestety ogranicza wszelką mimikę) muza Continiego, zdejmując perukę, biżuterię, ścierając makijaż, uświadamia mu, że zauroczył się nie w realnej kobiecie, a filmowych bohaterkach przez nią odgrywanych. Albo gdy żona (Marion Cotillard) mówi mu, że reżyseruje nie tylko filmy, ale również i swoje życie. To byłby dobry punkt wyjściowy do pokazania schizofrenii wpisanej w zawód filmowca. Zamiast tego zostają nam jedynie przebłyski sztuki filmowej, jak choćby wszelkie epizody z udziałem ponętnej i komicznej zarazem Penelope Cruz w roli kochanki i Judi Dench jako trzeźwo myślącej, najbliższej przyjaciółki głównego bohatera.

Najlepsze są tu jednak napisy końcowe: kiedy obserwujemy poszczególnych aktorów na próbach tanecznych, gdzie pojawiają się bez charakteryzacji, w wygniecionych dresach, w przekrwionych bezsennością oczach, w nieładzie na głowach, spoconych, zmęczonych. To w tym momencie film w najbardziej znaczący sposób zbliża się chyba do podstawowego znaczenia: hej, sprzedajemy wam marzenia, naprawdę jesteśmy tacy sami, jak wy. Z tym małym wyjątkiem, że za swą pracę dostajemy 10 milionów dolarów.

4/10