komercha styczniowa („Dziewczyna z tatuażem” vs „Rzeź”)

Konfekcyjne kino. W szczególności, jeśli porównamy wizję Finchera z wersją szwedzką. Ta ostatnia była szorstka, bezkompromisowa, gwałtowna, brutalna. Hollywood historię nie tyle wygładziło, co przepisało na inny język. Coś w Dziewczynie z tatuażem się nie do końca klei, nie wiem, czy to wina montażu czy scenariusza, ale ten film dokądś nieustannie pędzi. Kolejne sceny są precyzyjne, ale pozbawione większej refleksji. Fincher raczej fotografuje, przypatruje się całości z dystansu, Niels Arden Oplev, reżyser pierwowzoru był niemym uczestnikiem wydarzeń, Fincher jest zewnątrz historii, Oplev – w samym jej centrum, co wyczuwalne jest w tych momentach, w których koniczne jest budowanie napięcia, jak choćby podczas wizyt Salander u jej kuratora. Szybkość, z jaką Dziewczyna z tatuażem jest spreparowana, powoduje, że tajemnica morderstw sprzed lat, przerażająca przecież, bo i aktualna, cały ten kontekst społeczny, w jaki wpisana jest pierwsza część trylogii Larssona, nie jest do końca wygrany, pozostaje gdzieś zostaje obok, na dalszym planie, przesunięty tam przez estetykę thrillera. I choć za Rooney Marę trzeba trzymać kciuki, bo bez wątpienia jest utalentowaną aktorką, to jednak Salander w wykonaniu Noomi Rapace przykuwała uwagę intensywniej, Mara gra film na trzech minach, a już same oczy Rapace oddawały ból, agresję i tęsknotę, jednocześnie. Wrogiem obu filmów jest na pewno zakończenie książki, wątki domykane są trzykrotnie, co osłabia napięcie. Pomimo jednak tych utyskiwań, rzetelna praca Finchera nie poszła na marne, choć jego dorobek pozwalał na przypuszczenie, że jego wizja skandynawskiej masakry rozłoży na łopatki.

 6/10

 

Darujmy sobie omawianie fabuły, znamy ją na pamięć. Powiedzmy sobie jasno, Rzeź to teatr telewizji. Ba, w rękach mniej sprawnego reżysera i przeciętnych aktorów mógł to być teatr klasy B. Niezależnie od tego, że sztuka Yasminy Razy, która byłą podstawą scenariusza filmu, to samograj, nie oszukujmy się, Rzeź to przede wszystkim aktorzy, na barkach których, wobec teatralnej proweniencji filmu, spoczęło wykonanie całego zadania. Mistrzynią filmu jest Kate Winslet, zdradzająca niezwykły potencjał komediowy, który wydaje się być do tej pory niezagospodarowany. Najpierw jest poprawną i elegancką, wręcz przezroczystą brokerką finansową, która po kilku kieliszkach whisky (i zatruciu szarlotką, rezultatem którego jest bodaj najbardziej widowiskowy paw w historii kina) pozwala dojść do głosu prawdziwym emocjom: złości i niezadowoleniu, rozczarowaniu nawet. Przede wszystkim rozczarowaniu mężem (w tej roli Christoph Waltz), prawnikiem pozbawionym wszelkiej refleksji, zadaniowym, cynicznym w swym jednoznacznym nastawieniu tylko na korzyści. Po drugiej stronie mamy Johna C. Reily’ego, jako pierdołowatego sprzedawcę AGD – Reily idealnie nadaje się do ról luzaków, choć jego emploi poczciwego misia tu zostaje zakwestionowane – postać przez niego kreowana wydaje się być najbardziej tragiczną. Trochę przeszkadza maniera Jodie Foster, która rozkręciła się do granic histerii, przez co wydaje się nieco groteskowa i przerysowana. Z tej potyczki, wywołanej niegroźną w sumie bójką synów obu małżeństw, żadne z bohaterów nie wychodzi zwycięsko. Uśpione tzw. codziennością potrzeby bohaterów, w wyniku konfrontacji eksplodują, okazuje się, że świat porządkują nie emocje, a przedmioty (genialne sceny z telefonem i torebką), a pozorny, mieszczański spokój jest jedynie ułudą, ceną za brak kontaktu z samym sobą. Bohaterowie Polańskiego są egoistami, ale w złym tego słowa znaczeniu: wydaje im się, że realizują własny plan na życie, podczas gdy okazuje się, że już dawno stracili na nie wpływ. Stąd już tylko krok do Gogola – dlatego Rzeź warto traktować jako przestrogę. Szczególnie dlatego, że z lekcji, którą nieświadomie zgotowały swym rodzicom dzieciaki, uczniowie nie wyniosą żadnej nauczki.

7/10

Reklamy

(Nie)ciekawy przypadek Benjamina Buttona

Od kiedy „ciekawy” jest synonimem słów „nudny”, „nużący”, „bezcelowy”, „sentymentalny”?

Dlaczego ten film wyrwał mi dwie i pół godziny, które mógłbym spędzić , nie wiem, na żuciu gumy, spaniu czy wieszaniu mebli?

Dlaczego David Fincher (tak, tak, ten David Fincher, który nakręcił fenomenalne Siedem czy równie porywający Zodiak) podpisał się pod jedną z najgorszych sentymentalnych szmir, sfinansowanych przez szastających kasą hollywoodzkich producentów? Czy może scenariusz zawiódł (choć sama historia, w której bohater rodzi się starym i zamiast starzeć się – młodnieje, to doskonały materiał na film) czy może właśnie sam reżyser? Czy efektem końcowym miał być łzawy Forrest Gump (podobieństwa: tu i tu bohaterów rozdziela Los, tu i tu w tle dzieje się Historia)? Dlaczego Fincher panuje nad tym filmem w stopniu znikomym, fundując nam zamiast serię epizodów, na dodatek przygotowanych we wszelkiego rodzaju konwencjach (melodramat, przygotówka, thriller, dramat społeczny, komentarz do aktualnej historii Stanów Zjednoczonych)?

Co takiego stało się Cate Blanchett, że zdecydowała się zagrać w tym filmie? Czy kierowała nią nagła potrzeba doinwestowania prowadzonego razem z mężem teatru? Czy liczyła na nominację do Oskara (nie udało się, hehe!)?

Czy Akademia była na tyle otumaniona charakteryzacją zafundowaną Bradowi Pittowi, że to właśnie on startuje w wyścigu po Oskara? Dlaczego Brad Pitt gra cały film na JEDNEJ minie? Dlaczego jego bohater to emocjonalny impotent, życiowa niedorajda, który sprawia wrażenie, że życie przesuwa się bezwiednie obok niego? Czy Sean Penn –  podobnie jak Kamil Durczok – powinien wycofać się z rywalizacji, bo ta urąga jego wielkości?

O czym jest ten film? O tandetnej miłości? O wielce odkrywczym stwierdzeniu, że drogi ludzkie jedynie się przecinają, a nigdy nie biegną równolegle? O kolibrze? (brawo za znajomość biologii, powszechnie znaną jest prawda, że kolibry żyją w Rosji). A może o Ameryce (co sugerowałoby umieszczenie podstawowej akcji filmu w Nowym Orleanie, na chwilę przed uderzeniem huraganu Katrina)? O roli przypadku w naszym życiu? O śmierci? O klacie Brada Pitta? O linii Cate Blanchett?

Dlaczego nie uruchomiono jeszcze systemu wczesnego ostrzegania przez bohomazami?

3/10

Za:

– soczysty epizod z Tildą Swinton

– drugoplanowa rola Taraji P. Henson

– za piękne plenery i kolory.

Ps. Jak to dobrze, że do Annie Hall na DVD można zawsze wrócić…