przegląd kinowy/rozrywka (1) („Po prostu przyjaźń”, reż. Filip Zylber / „Sing”, reż. Garth Jennings)


7769839-3

Co za wielki plakat się wkleił! Rozmiarem odpowiada ogromowi marności nowego „dzieła” Filipa Zylbera. Liczę naiwnie, po cichu, że w kraju nad Wisłą wybitni filmowcy, którzy ćwiczą warsztat w telenowelach, są w stanie wybić się ponad słabiznę swej codziennej roboty i stworzyć porządne kino rozrywkowe. No i znowu nie tym razem, moi państwo, nie tym razem. Gniot p.t. „Po prostu przyjaźń” ma wszelkie wady typowego rodzimego kina niewymagającego, oględnie rzecz ujmując. Pretekstowy scenariusz o wiarygodności psychologicznej bajek o śwince Peppie, koszmarne dialogi, żenujący humor (ale tak bardzo, bardzo, bardzo żenujący, „Po prostu przyjaźń” jest potwornie nieśmiesznym filmem, choć to ponoć komedia). Całość rozgrywa się w Warszawie, której nie ma, a właściwie jest: w ogłupiających serialach TVN, bo tylko tam polonistkę uczącą w liceum stać na ogromne mieszkanie, wykończone pięknymi antykami, z potężnym księgozbiorem zgromadzonym na eleganckich regałach. Tatry to niemal Alpy, a Warszawa jest filmowana tak, jakby była co najmniej Nowym Jorkiem (polscy twórcy odkryli jakiś czas temu istnienie dronów i nie chcą odpuścić tej pseudo-malowniczości, która wiąże się ze zdjęciami tak spreparowanymi), ciągle w słońcu, ciągle radosna, ciągle kolorowa. Takie filmy, jak „Po prostu przyjaźń” to filmy wysoce szkodliwe: rozumiem konwencję bajki, umowności, ale na Boga – nie wciskajcie ludziom kitu, nie pokazujcie świata, którego nie ma, nie rozbudzajcie aspiracji kiczem, to jest nie tyle co niesmaczne, co po prostu nieetyczne i żałosne. Ale wróćmy do wyliczanki grzechów – „Po prostu przyjaźń” to jeden długi product placement, przede wszystkim Agory (ludzie słuchają tu tylko Radia Złote Przeboje, czytają Wyborczą, etc.). Aktorstwo jest fatalne; prym wiodą Różczka, Więdłocha i Stramowski (jest goła klata, a jakże!), którzy może nie są tuzami fachu, ale jednak zazwyczaj utrzymują średnią krajową, tu jednak zachowują się jak dzieci we mgle, zresztą trudno się im dziwić, skoro ich postaci to jakieś takie kukły bez większych cech; Bohosiewicz szarżuje, aż miło, Perchucia to jest mi zwyczajnie szkoda, bo jako jedyny jest rzetelny i wypada groteskowo, bo tylko podkreśla, jak przezroczyści i papierowi są bohaterowie w tym filmie, gościnne występy pani Anny Polony (ten epizod miał być chyba zabawny…), Jana Peszka czy Piotra Fronczewskiego raczej zastanawiają niż radują. Musi się oczywiście pojawić obowiązkowy gej, który nie może być normalnym facetem, tylko kazdym gestem, każdym słowem, musi krzyczeć: HEJ, HEJ, TO JA GEJ (GDYBYŚCIE WIDZOWIE ZAPOMNIELI), te nadkostkowe nogawki Topy, ta jego wymuskana fryzurka doprowadzały mnie do szału, Zylberowi należą się wielkie brawa za utrwalanie stereotypów. Wynajęcie prywatnej awionetki okazuje się być bułką z masłem, seksizm sponsoruje cały film i nawet cudowny wątek z udziałem Krzysztofa Stelmaszyka nie ratuje w jakikolwiek sposób sytuacji (już widzę ten grad nominacji do Węży, polskiego odpowiednika Złotych Malin). Najgorsze jest to, że są pomysły (vide wątek dziewczyny, która zbiera guziki od spodni celebrytów), ale nie mogą one za żadne wypalić. Dostajemy durną papkę, która obraża inteligencję widza, jedzie uproszczeniami i utrwala wizerunek Warszawy – Nibylandii, w której życie upływa na spacerkach w parku i brunczach (a może branczach?).

P.s. Zwróćcie uwagę, że nie napisałem nic o fabule. Jak myślicie, czemu?

1/10

——-

 

635826981003985363-sing-poster

Tu będzie krótko, bo „Sing” to całkiem porządna rozrywka – właściciel podupadającego teatru, przesympatyczny miś koala, wpada na pomysł ożywienia interesu – idzie z duchem czasu i zamierza urządzić cykliczny talent show. Na castingi zgłaszają się tysiące zwierząt (bo rzecz dzieje się w świecie fauny właśnie), w tym: indie-jeże, świnka, która na codzień zajmuje się wychowywaniem dwudziestki piątki prosiątek, goryl, co pomaga swemu ojcu i jego przestępczej szajce w różnych niecnych działaniach, nieśmiała słonica i nadęta, zarozumiała mysz. Zanim jednak dojdzie do spektaklu, grupę dziwaków czeka wiele przygód [łącznie z koniecznością odbudowy teatru (SPOILER – scena, w której budynek zostaje zniszczony, jest majstersztykiem)] i momentów zwątpienia – pamiętajmy jednak, że mamy do czynienia z kinem made in Hollywood, w którym wszystko się skończyć musi arcydobrze. „Sing” to pochwała konsekwencji i zasady, że nigdy nie należy się poddawać. Może czasami i fabuła siada, żartów dla „dorosłych” jest stosunkowo niewiele, ale takie szlagiery jak „My Way”, „Don’t You Worry ‚Bout the Thing”, „Bad Romance” czy „Call Me Maybe” nigdy nie były podane w tak zabawnej formie. A poza tym, na śpiewającą Johansson zawsze warto się wybrać.

5/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: