Polski hit lata, czyli Edyta Bartosiewicz na Orange Warsaw Festival


Kiedy wychodziłem z domu na koncert Bartosiewicz, Bydgoszcz – a za pośrednictwem telewizji publicznej cały kraj – wybierała Polski Hit Lata (nie jestem jednak przekonany, czy wielkie litery w tym miejscu są uzasadnione). Wszystko pod czułym patronatem Radiem Eska (można szydzić, ale rozgłośnia ta wraz z mediami publicznymi stworzyła w przeciągu zaledwie paru lat sprawnie działającą machinę lansowania na letnich koncertach w dużych miastach Polski bliżej nieznanych osób z rumuńskimi czy mołdawskimi korzeniami, zdarzenie praktycznie bez precedensu w naszym kraju). Summa summarum, zdaniem widzów i słuchaczy hitem lata jest utwór zespołu Volver, zatytułowany (jakże nieprzywidywalnie) Volveremos. Utwór absolutnie nieszkodliwy, o tym, że oni leżą na plaży, słońce zachodzi, wakacje się kończą, trzeba się rozstać, ale przecież kiedyś tu wrócą i będzie tak jak dawniej i życie znów będzie stawiało pasjanse z chwil (czy jakoś tak). Poniżej zresztą materiał poglądowy [Na wokalu (i na fortepianie) piękny finalista drugiej edycji Idola, na gitarze Tomasz Lubert (ex-Virgin)].

I śmiem twierdzić, że to była jedna z ciekawszych (czyt. mniej obciachowych kompozycji), jakie zaprezentowano. Jako że estetyka proponowana przez Radio Eska jest mi raczej obca niż bliższa (choć moje uwielbienie dla September mogłoby temu przeczyć), to, co działo się w Bydgoszczy oglądałem i z rozbawieniem, i zdziwieniem, ale najczęściej, niestety, z zażenowaniem. Polska muzyka popowa wcale nie ma się dobrze. Może i Brodka podszyje się udanie pod Fiolkę, może i dylematy ubraniowe Dąbrowskiej (W spodniach? w sukience?) potrafią zainteresować 1/1000 kraju, która regularnie kupując płyty artystki zapewnia jej pierwsze miejsca na listach sprzedażowych, może Marinie ktoś napisze kolejne dwie niezłe piosenki (choć to publishing pełną gębą, made in Sweden, a jak), ale co dalej? Jak pokazały wybory Polskiego Hitu Lata, nasza młodzież zachwyca się podstarzałymi tatuśkami z farbowanymi grzywami (Ira), przeżywającymi nieustanny ból istnienia mimozami (Katarzyna Cerekwicka; nota bene, mi jej jest naprawdę szkoda, TU pokazała, że mogłaby nie mieć sobie równych, ale miała pecha urodzić się w kraju, gdzie nie pisze się dobrych piosenek, choć utwór, który przedstawiła wczoraj, stanowi swoistą zmianę, bo tym razem artystka Cerekwicka z nikim się nie rozstaje, nie ma bólu, krwi i płaczu), tandetną blondyną, która wiedziała z kim iść zarówno do najbardziej posh warszawskiego klubu, jak i do łóżka (Candy Girl), by znów powrócić do podstarzałych tatuśków z blond grzywami (Paweł Stasiak), nie wspominając już o bollywoodzkim kuriozum zafundowanym przez Panią Biust i Panią Pierwszą Wiśniewską (Iwona Węgrowska/Magda Femme). Pocieszające, że na poletku muzyki tanecznej dzieje się trochę lepiej, ze szczególnym uwzględnieniem niejakiego Roberta M., którego kompozycje, choć stanowią jedynie kopie, nie ustępują oryginałowi.

Po co ten wstęp? Dla porównania – zwróćmy uwagę, co grały polskie radia w wakacje 15 lat temu: Do Ciebie Varius Manx, Lato Formacji Nieżywych Schabuff i Szał Edyty Bartosiewicz, która właśnie pośpiesznie wydawała swą trzecią płytę. Proszę państwa, to są bezapelacyjne klasyki polskiej muzyki rozrywkowej. Takie, które – jakkolwiek by to banalnie nie zabrzmiało – przetrwały tzw. próbę czasu. Nie jestem pewien, czy którakolwiek z wczorajszych propozycji w konkursie Polski Hit Lata ma szansę, by zostać dłużej niż rok (swoją drogą, to już u podstaw towary z krótkim terminem zużycia i przez to łatwo zastępowalne). Wiem, że porównywanie sytuacji obowiązującej WTEDY na polskim rynku muzycznym, a tej aktualnej, jest – wobec znacząco zmienionych realiów rynkowych i tym samym, braku choćby zbliżonych kryteriów oceny – pozbawione sensu. Ale sentymenty biorą górę.

Bo jeśli na czymś Orange wygrał, zapraszając Edytę Bartosiewicz do udziału w festiwalu, to przede wszystkim właśnie na sentymentach. Na tęsknocie za 1995 rokiem, kiedy to polska twórczość stanowiła większość w polskich mediach muzycznych, kiedy polskie płyty brzmiały, a nie markowały brzmienie, nie były zawalone pustosłowiem, i stanowiły już od razu kompilacje największych przebojów. Chyba nieprzypadkowo podczas rozmów z moim przyjacielem, odbytych w trakcie występu Bartosiewicz, pojawiały się takie nazwiska, jak Kasia Kowalska, Edyta Górniak, takie nazwy, jak Big Day. Zwróćcie uwagę: z tamtej dekady ostał nam się w mainstreamie tylko Hey (no i Myslovitz, ale to zupełnie inny rodzaj emocji). Wtedy też goniliśmy światowe standardy, ale chyba zupełnie inne niż teraz. I podkreślę raz jeszcze: wtedy polskie radia grały polskie piosenki.

Tak, sentymenty odegrały wczoraj najważniejszą rolę. Wystarczy spojrzeć na komentarze, które pojawiały się w internecie, pod wszelkimi informacjami dotyczącymi powrotu Bartosiewicz. Wszystkie można sprowadzić do wspólnego mianownika: Pani Edyto, niech Pani wróci, tak bardzo Pani brakuje. Edyta traktowana jest jako pozostające w uśpieniu remedium na miałkość i bylejakość polskiej sceny muzycznej, mesjasz i zbawca. To jednocześnie interesujące w kontekście proponowanej przez nią stylistyki – nie jestem pewien, czy gdyby takie Skłamałam zadebiutowało dziś, RMF i Zetka (by nie wspomnieć o Radiu Eska, w którym artystka była ogrywana swego czasu do nieprzytomności) z równie wielką chęcią rzuciłyby się na ten numer tak łapczywie, jak kiedyś, niemniej jednak oznacza to, że Bartosiewicz traktowana jest jako element mainstreamu – ale także niebezpieczne. Jeśli się nie uda, Edyta spadnie z piedestału szybciej niż została na niego wniesiona przez łaknących odmiany fanów.

Na szczęście: nic nie zapowiada, by tak się miało zdarzyć. Bartosiewicz jest w świetnej formie, co biorąc pod uwagę ponad dziesięcioletni urlop od występów na scenie, przerywany jedynie nieregularnymi ficzuringami (Krawczyk, Agressiva 69, Myslovitz), a także graniczące z pewnością podejrzenia o depresji i lekomanii, wcale nie musiało być takie pewne. Została przywitana ogromnymi owacjami, które przez koncert właściwie nie milkły. Była ewidentnie przestraszona, zdenerwowana, ale jednocześnie pełna dobrych chęci i doskonale przygotowana warsztatowo. Ten wczorajszy występ należy odebrać jako próbowanie terenu, swoisty poligon doświadczalny. Zagrała przede wszystkim swe największe przeboje (plejlista poniżej), jednak aranżacje były bardziej wyważone, stonowane – bardziej Joni Mitchell niż Janis Joplin (jeśli posiłkować się idolkami Bartosiewicz). Znamienne, że kiedy wyszła na ostatni, czwarty (!) bis, stwierdzając, że nie ma przygotowanego żadnego innego numeru poza tymi, co już zagrała, wybrała Szał, bodaj swój najbardziej bezpretensjonalny utwór. Ten końcowy Szał, różniący się od tego, który pojawił się wcześniej w trakcie koncertu, był znacznie bardziej spontaniczny, mocniejszy, dynamiczny, tak, jakby kumulowane powietrze zeszło, tak, jakby najważniejszy egzamin został już zdany.

Jestem przekonany, że wróci na własnych zasadach. Na bis zagrała nieoczywisty Blues for You z debiutu, pokazując, że wciąż dysponuje tymi ślicznymi wibrującymi dołami, które tak pięknie słychać choćby w Have to Carry On. A przedstawione dwie premierowe kompozycje (Madame Bijou oraz Upaść, aby wstać), z wyraźnymi nawiązaniami do (odpowiednio) bluesa i country, to nic innego, jak Bartosiewicz z czasów Love / Snu. Nie straciła kompozytorskiego sznytu, autorstwa tych utworów nie można byłoby przypisać komu innemu. Wciąż umie opowiadać historie – Edyta nigdy nie była wielką poetką, ale też nigdy nie napisała tekstu pozbawionego większego znaczenia. Te nowe piosenki są na tyle ryzykowne, że nie można określić ich oczywistymi przebojami, co może znacznie zawęzić pole rażenia (zwów wracamy do kwestii emisji w mediach), ale jednocześnie stanowią kontynuację tego, co już znamy. Nie wiem jak inni, ale ja poczułem się nieco pewniej. Trochę tak, jakby dawno niewidziana przyjaciółka nagle pojawiła się na horyzoncie, a my odetchnęlibyśmy z ulgą, że nic się nie zmieniło, że to wciąż ona, taka sama, choć nie ta sama.

Wzruszyłem się, płakałem nawet. Nie wracam do jej płyt zbyt często (za wyjątkiem genialnego Dziecka), choć, gdyby ktoś kazał mi wymienić najważniejszego artystę świata, wymieniłbym właśnie Bartosiewicz (tu znowu drobna uwaga: pojęcie najważniejszego artysty świata to pojęcie z minionej epoki, dziś mamy erę singli, szybkich numerów, drugich płyt, które nie dorównują pierwszym, co znacząco ogranicza możliwości odnalezienia idoli; to zresztą utrudnia Edycie powrót, bo ona była przede wszystkim artystką albumową, a nie singlową). Zaczęła tak jak chciałem, by zaczęła: od przeprosin, próby wyjaśnienia tego, co mogło dziać się przez nią na przestrzeni ostatnich lat (Niewinność – Zegar – Opowieść). Zakończyła tak, jak skończyć powinna [Ostatni (który przez ten czas nabrał innego znaczenia, wtapiając się w popkulturę nie najwyższych lotów i tym samym wywołując natychmiastowe skojarzenia z Pawłem Małaszyńskim, jadącym do zapłakanej Joanny Brodzik na swym skuterze przez piękną, kryształowo oświetloną Warszawę, na którą składają się jedynie Plac Trzech Krzyży, Most Świętokrzyski i al. Jana Pawła II) i Skłamałam]. Była wzruszona i poruszona odbiorem publiczności – niech o sile i ponadczasowości piosenek świadczy fakt, że widzowi wyśpiewali praktycznie cały koncert z nią. To dla artysty najważniejsza nagroda.

Mam nadzieję, że wróci. Że płyta wyjdzie (premiera przewidziana jest na koniec października). Że poczuję się jak w ciepłym kokonie, tak jak 15 lat temu, gdy wszystko było prostsze (każdy ma z tymi piosenkami swe własne skojarzenie, prawda?). I że Edyta pokaże właściwe miejsce wszystkim plastikowym lalom, które chciałyby ugrać dla siebie hit lata. Bo w 2010 Polskim Hitem Lata (tu wielkie litery są bardziej niż uzasadnione) był ten występ.

Setlista:

1. Niewinność

2. Zegar

3. Opowieść

4. Miłość jak ogień

5. Madame Bijou (nowy numer)

6. That’s Just the Way It Is (kower Rembrandtsów)

7. Upaść, aby wstać

8. Jenny

9. Tatuaż

10. Szał

11.Sen

BIS numer 1: Ostatni

BIS numer 2: Skłamałam

BIS numer 3: Blues for You

BIS numer 4: Szał

Reklamy

Komentarze 2

  1. A i ja się wzruszyłam czytając ten piękny, pełen miłości tekst.

  2. Dzięki! Trochę tekst poprawiłem, bo we wczorajszym afekcie zdarzyło się parę błędów. Ale wciąż nie mogę zagwarantować, że jest wszystko w porządku. Kolegom z mjuzikspota dziękuję za podlinkowanie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: