Chwila („Samotny mężczyzna”, reż. Tom Ford)


Spłycające sens filmu jest polskie tłumaczenie tytułu: A Single Man. Bo samotny jest tu nie tylko mężczyzna, główny bohater, wykładowca literatury angielskiej, rozpaczający po śmierci ukochanego George. Samotni są wszyscy ci, których George spotyka na swej drodze: jego najlepsza przyjaciółka Charley, znudzona rozwódka w pięknym zamku, hiszpański lowelas, który chce George’owi wejść nie tylko do samochodu, wreszcie jego student, Kenny, zafascynowany swoim profesorem zadaje sobie pytania o tożsamość, nie tylko seksualną. Samotni, niespełnieni, z chęcią zmian, z niewystarczającą odwagą.

George’owi odwagi starczy na samobójstwo. Poznajemy go w ostatnim dniu jego życia, gdy po uporządkowaniu wszystkich spraw, napisaniu wszystkich listów, podjęcia wszystkich depozytów, będzie próbował nacisnąć na spust. Ale jak na złość, jakby na przekór, coś zawsze mu przeszkodzi. Podejmowane przez bohatera próby będą i groteskowe, przerysowane wręcz i pełne powagi. Tak jak całe życie, tu skondensowane do 24 godzin.

Fabuły praktycznie w tym filmie nie ma: odwiedzamy wraz z Georgem ważne dla niego miejsca, śledzimy go w pięknym, pustym domu, widzimy go w barach, pływamy z nim w oceanie. Zdecydowanie więcej dzieje się tu we frakturze. Debiutant Tom Ford, na co dzień znany projektant mody (współpracujący choćby z Guccim) posługuje się kolorami, półcieniami. Na co dzień życie głównego bohatera jest wyblakłe, szare. Jedynie w tych najważniejszych chwilach, także tych ze wspomnień, barwy stają się krwiście pełne, mocne, wyraziste. Reżyser nigdzie się nie spieszy, obrazy powoli komponują się w całość, odsłaniając historię niezwykłej miłości.

Ford doskonale prowadzi również aktorów. Pięknie gra nagrodzony w Wenecji i nominowany do Oscara Colin Firth, który powściągliwością i dystansem nie pozwolił, by George stał się pedalską kukłą, przerysowaną ciotą. Jest facetem z krwi i kości, który cierpi po utracie ukochanej osoby. Jak zwykle frapująca jest Julianne Moore, jako Charley, być może aż nadto przerysowana, ale przez to uwypuklająca bezradność swej postaci. Największą niespodzianką filmu jest Nicolas Hoult, tu jako wyrośnięty młodzieniec z przenikliwym spojrzeniem, wcześniej kojarzony przede wszystkim za sprawą roli uroczego grubaska w Był sobie chłopiec braci Weitz. No i jeszcze Matthew Goode, jako tragicznie zmarły partner George’a – piękny i uroczy, nie dziwi, że profesor zakochał się w nim od pierwszego wejrzenia.

George wyniesie z tego dnia podstawową lekcję, banalną, ale i prawdziwą: piękno kryje się w chwilach, które są dodatkiem do szarej, banalnej egzystencji. Wspólne czytanie, dotyk, taniec, kąpiel, uśmiech. To afirmacja chwili jest w Samotnym mężczyźnie najważniejsza: jedynie otworzenie się na innych może zapewnić spokój. Przez cały film powraca scena tonięcia George’a, który będzie jednak w stanie wypłynąć na powierzchnie. Choć rewolwer zostanie schowany na dno szuflady, los i tak rozegra zaplanowaną już partię. Niespodziewanie i bezszelestnie.

7/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: