Na Zachodzie (praktycznie) bez zmian – Happy Pills, The New Pornographers, The Hold Steady


Happy Pills „Retrosexual” (EMI)

Tak jak w przypadku Kings of Convenience dopiero zawartość premierowej płyty uświadomiła, że rozłąka była zbyt długa, tak samo Retrosexual wskazuje, jak Happy Pills byli potrzebni polskiej muzyce rozrywkowej. Tak właśnie: rozrywkowej, bo wydany po dziesięciu latach zawieszenia działalności album ponad wszelką znów przypomina, że lekkość i prostota to podstawowe wyróżniki twórczości Radosnych Pigułek. Poza zmianami w składzie (z tą najważniejszą: Natalio, chylę czoła!) nie zmieniło się praktycznie nic: na Retrosexual składają się radosno-smutne, ulotne, urokliwe kompozycje, które nie pozwolą oderwać się od swarzędzko-poznańsko-warszawskiego składu łatce polskiego Pixies. To indie-rock w czystej postaci, tej teleportowanej z przełomu lat 80. i 90. zza Wielkiej Wody, urozmaicony niebanalnymi przejściami, wzmocnieniem basu, nietypowymi chórkami. Tkwi w tym esencja rock’n rolla: łobuzerskiego, wabiącego, podskórnie melancholijnego, niebezpiecznie nośnego. Dawno niewidziany znajomy znów pojawia się w naszym życiu i cieszy, a nawet na swój sposób uspokaja, że choć w tym czasie hype wzmocnił zasadę natychmiastowej efektowności, on wciąż jest tak samo fajnym chłopakiem jak dekadę temu.

8/10

The New Pornographers „Together” (Matador)

Tu konstans też odgrywa podstawową rolę wabika. Nie wyobrażam sobie, nie chciałbym nawet, żeby The New Pornographers nagle stali się kimś innym niż dotychczas. To jasne, epokowe, definiujące gatunek płyty mają już dawno za sobą, ale niezmiennie trzymają fantastyczny poziom. Być może Together to ich najbardziej popowy (w sensie delikatności i bezpretensjonalności) album. Przez chwilę myślałem o nim w kategorii solidnego rzemieślnictwa, ale każdy kolejny kontakt z krążkiem przekonuje, że to nie jest takie ot sobie kolejne wydawnictwo mistrzów cechu. Zaliczają świetne piosenkowe hajlajty (z naciskiem na pierwsze cztery kompozycje), perfekcyjnie rozgrywają męsko-żeński dialog, w którym drogi nijak zejść się nie mogą, może jedynie czasem się przetną. Nowi pornomani (jak zwykł o nich mówić mój serdeczny przyjaciel) szlachetnie zmieniają tropy, posiłkując się w równym stopniu mentalnością reprezentowaną przez Fleetwood Mac, co Black Sabbath, ale ani na chwilę nie wychodzą z roli, ustalonej przed dekadą na ich debiucie.

7/10

The Hold Steady „Heaven Is Whenever” (Vagrant)

O, a ci dla, dla niepoznaki (i chyba też dla niespodzianki) zdecydowali się na wprowadzenie znaczącej korekty do swojej twórczości. Nie wypierają się przynależności do gangu Bruce’a Springsteena, ale jednocześnie nie ukrywają, że nośne, stadionowe refreny przestały im wystarczać. Stąd, obok ewidentnych sing-a-longów pokroju singlowego Hurricane J, pojawiają się nieco bardziej skomplikowane formy, a sami zainteresowani twierdzą, że tym razem chcieli skupić się nie na emocjach, a na krajobrazach i przestrzeni. Heaven Is Whenever jest więc płytą mniej skondensowaną, rozmytą od bezpośrednich jej poprzedniczek, a przez to bardziej zagubioną. To nowe oblicze niekoniecznie może satysfakcjonować: chwytliwe, prące do przodu, refreny wymieniono na nierzadko epickie, rozbudowane pasaże. Ale w słabszych warsztatowo momentach całość ratuje Craig Finn, top 3 męskich wokali, który zdradzającym szczególną słabość do whisky timbrem (choć to ponoć tylko kreacja, co czyniłoby z Finna jeszcze większego mistrza) daje ukojenie i nadzieję wszelkich wykolejeńcom, wypychanym ze śmierdzących barów o wschodzie słońca.

6/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: