To nie jest płyta dla Kubusia Puchatka (Caribou „Swim” / City Slang)


Pytanie, na ile działalność zawodowa artystów rzutuje na ich twórczość pozostaje pytaniem otwartym. Ale kwestia ta może stanowić swego rodzaju wytrych dla recenzentów, którzy próbują (nawet jeśli nie ma ku temu podstaw) uzasadnić swoją ocenę danego wydawnictwa odniesieniami i wpływami pozascenicznej aktywności danej jednostki. Weźmy takiego Daniela Snaitha na przykład, doktora matematyki, syna słynnego matematyka Victora Snaitha, który w wolnych chwilach, kiedy nie zajmuje się wykładnią kwadratowych funkcji logarytmicznych (o ile coś takiego istnieje), pod szyldem Caribou ustawia do pionu kanadyjską scenę alternatywną. Ciąg skojarzeń jest prosty: Skoro matematyka, to cyfry. Skoro cyfry to logika. Skoro logika to precyzja. Skoro precyzja to porządek. Skoro porządek to .. i tu należałoby dodać minimalizm i powściągliwość. Ale nic z tych rzeczy. Swim, nowy album sygnowany nazwą Caribou, rozpoczyna się tam, gdzie skończyła się Andora, ostatni album projektu, sprzed lat trzech. Andora, w swym nakierowaniu na rytm, stanowiła obietnicę szaleństwa, którą z nawiązką realizuje Swim, ekstatyczna podróż. Andora była naiwną bajką, Swim jest surowe i klaustrofobiczne. Już otwierająca płytę Odessa to amalgamat przeciwstawnych środków wyrazu: idyllicznych fletów i złowrogich, metalicznych szmerów, arytmicznej perkusji i klarownej melodii, błogich dzwoneczków i jęczącej gitary, a wokal, taki od niechcenia, taki chwilowy, wprowadza skojarzenia z lekkimi formami uprawianymi przez The Whitest Boy Alive. Ta najlepsza jak dotąd kompozycja roku 2010 przeraża, ale przede wszystkim uwodzi – nawet, jeśli tańczymy, to ze świadomością, pewnością nawet, że ta zabawa nie może skończyć się dobrze, a Caribou nie zabierze nas do radosnego Stumilowego Lasu, a wprost na salę sądową, gdzie kończy się wycieńczający proces rozwodowy. Na Swim zwraca uwagę łatwość, z jaką Snaith przechodzi od konwencji do konwencji. Choć kanty są ostre, brzmienie kwaśne, to jednak podstawę stanowi szeroko rozumiana muzyka taneczna, w swej formie naturalnie prosta. Posiłkując się z jednej strony eksperymentem, Snaith nie neguje prostolinijności: ta służy mu do wzmocnienia efektu wielowątkowości – nie dziwi więc obecność nawiązań do LCD Soundsystem (Leave House), Four Tet (Bowls), disco (Found Out) czy pozbawionego jakichkolwiek ram free-jazu (Kalli). Przede wszystkim, mimo tej różnorodności, nie tracimy z oczu podstawowego celu: zabawy – niezależnie od konotacji, jakie wywołuje, Swim to zapis frajdy, jakiej doznaje szalony naukowiec, gdy zmienia tablice matematyczne na programy komputerowe, nawet jeśli nie zawsze panuje nad zgromadzonym materiałem (w Sun hipnotycznemu tłu rodem z berlińskich klubów techno przeszkadza powracające w różnym natężeniu, a przede wszystkim arytmicznie, hasło sun, windując kompozycję na poziom niepotrzebnej abstrakcji). I nawet gdy płyta kończy się eksplodującą emocjami Jamelią (smutnym disco a la Junior Boys), a tekstowo opiera się na doświadczeniu rozstania i samotności, to jej użytkowy – choć w pokrętny sposób – walor nie zostaje ani na chwilę przesłonięty.

9/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: