Była sobie dziewczyna (Kate Nash „My Best Friend Is You” / Universal)




Z Kaśki miała przeistoczyć się w Katarzynę. Tak przynajmniej wskazywały prasowo-piarowe zapowiedzi krążka, wedle których Kate Nash, wskutek odkrycia ruchu riot grrrl i – najogólniej rzecz ujmując – feminizmu porzuciła poddasze w domu rodziców, a wraz z nim zwiewne sukienki w grochy, by stać się chudszą i heteroseksualną wersją Beth Ditto. W tym przekonaniu utwierdzała pierwsza udostępniona odsłona My Friend Is You, czyli I Just Love You More, w którym Kate, na tyle, na ile może zrobić to brytyjska dwudziestolatka, wychowana w tzw. porządnym domu, dotychczas prymuska, stara się być niegrzeczna, wyuzdana, już nie dziewczęca a kobieca, nawet jeśli robi to trochę nieporadnie. Z kolei, oficjalny singiel z tej płyty, Do-Wah-Doo wprowadzał dezinfomację: jako niemal brat bliźniak Foundations, jednej z mocniejszych propozycji popowych, jaka dotarła w ostatniej dekadzie z ogródka NME, kontynuował drogę obraną na debiucie Made of Bricks. Całokształt My Friend Is You nie pozwala stwierdzić, by doszło do znaczącej korekty: Panna Nash nadal jest eteryczna i zwiewna, naiwna i prostolinijna, z niezłym zmysłem obserwacyjnym raportująca na gorąco proces dojrzewania, wykluwania indywidualności, zarówno w kontekście artystycznym, jak i na poziomie zupełnie zwyczajnym, ludzkim. Zdarza jej się krzyknąć (jak we wspomnianym I Just Love You More), ochoczo prezentuje niepokojące w swej głupocie tyrady na temat wyuzdanego seksu (ten, kto dopuścił do tego, żeby Mansion Song, z kuriozalnym monologiem o pierdoleniu i chujach, w ogóle ujrzał światło dzienne, winien zostać natychmiastowy doprowadzony organom ścigania), wchodzi na grząski grunt zajmowany przez PJ Harvey (interesujące I’ve Got a Secret), ale to raczej wyjątki potwierdzające zarysowaną regułę. Prawdą jest, że dotychczasowy sprzymierzeniec (foterpian) poszedł w odstawkę, zastąpiony wyrazistymi gitarami i pędzącą perkusją i jeżeli gdzieś potwierdzają się plotki o turbodoładowaniu, to właśnie w przeniesieniu środka ciężkości w obrębie instrumentarium. Ale w wersji podstawowej to nadal takie piosenki, jakich można spodziewać się po w gruncie rzeczy sympatycznej dziewczynie, nieco szalonej, ale przede wszystkim niemodnie melancholijniej, nad wyraz refleksyjnej. W porównaniu z poprzednikiem więcej tu estetycznej różnorodności: Kiss That Grrrl to wspomnienie dziewczyńskich grup z lat sześćdziesiątych, a w You Were So Far Away Kaśka próbuje załapać się na modę na folk (w tej lidze pozycja Laury Marling nie jednak zagrożona). Do tego obowiązkowy złożony hołd idolce, Reginie Spektor (You Were So Far Away). Zdaję sobie sprawę, że dla większości Kate Nash to postać nieistotna i nieważna, mam jednak do niej pewną słabość: jest zaprzeczeniem sztuczności i lansiarstwa, zwykła dziewczyna z sąsiedztwa, taka Sandra Bullock południowego Londynu. Pamiętam, że przy okazji jej pierwszej płyty postawiłem tezę, że nie mamy do czynienia z jednorazowym strzałem, że jest szansa na więcej. I choć na próżno szukać tu szlagiera na miarę Foundations, to na My Friend Is You warto zwrócić uwagę, nie tylko dlatego, by choćby w pośredni sposób spotkać się z Bernardem Butlerem, występującym tu w charakterze producenta krążka.

7/10

Advertisements

komentarze 2

  1. Po pierwszym przesłuchaniu powiem, że dobra płyta. Poziom z debiutu zachowany, choć na razie nic mi nie wpadło tak w ucho, tak jak np. wspomniane Foundations

  2. To prawda: nie ma tu takiego hiciora jak „Foundations”, ale trzyma poziom (z wyłączeniem – podkreślę to raz jeszcze – tego seksualnego kuriozum z połowy krążka).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: