Niepewność (Lali Puna „Our Inventions” / Morr Music)


<<zaleca się, by dotrwać do samego końca niniejszej notki, tam czeka nagroda>>

W kwietniu 2010 fascynacją Lali Puną jest właściwie śmieszna, by nie dodać: niewybaczalna. Od ich ostatniego wybryku nastały (w kolejności dowolnej): eksplozja (a potem implozja) brytyjskiego indie-rocka, przywrócenie pojęciu indie-rock jego właściwego znaczenia przez przedstawicieli małych miasteczek w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, renesans hip-hopu i soulu, renesans popu, który zbiegł się z masową tęsknotą za latami osiemdziesiątymi i Lady Gaga + seria innych trendów, które z łatwością do tej listy dopiszecie. A Lali Puna, jak była, tak jest. Żadnych zmian, żadnych ingerencji, zaskakująca odporność na jakiekolwiek wpływy. Zdaniem autorów Our Inventions (zatytułowanego zresztą prześmiewczo, bo jedynym pomysłem na płytę było kurczowe trzymanie się kierunku dawno już obranego) przez ostatnie sześć lat nie zdarzyło się nic.

I dobrze, że tak myślą.

Jest parę takich ekip, które właściwie wciąż nagrywają tę samą płytę: Kings of Convenience, czy Notwist, koledzy Lali Puny z ich krautrockowego, berlińskiego podwórka. Lali Puna też jest takim zespołem. Już w 1999 roku wymyślili sobie, że najlepiej jest, gdy komputer coś cicho pląka, w sam raz na potrzeby tańczących inaczej, a wokalistka, dysponująca fatalnym angielskim, nawet nie za bardzo kryje się z brakiem umiejętności (a może ich po prostu nie eksponuje) i właściwie cały czas szepcze, względnie: nuci coś tam sobie pod nosem, zrezygnowana, leniwa, smutna, dopełniając jedynie warstwę muzyczną, bez dążeń do wybicia się na pierwszy, zdecydowany plan. W ogóle, Lali Puna to antyteza zdecydowania, to świat daleko niepewny, niełatwy, niejednoznaczny, taki, co za chwilę, niespodziewanie, skończyć się może nagłym zrywem sztucznej perkusji.  I to zapewne przyjęta przez zespół konwencja tak przyciąga (względnie: nudzi, taka możliwość też jest dopuszczalna). Przypuszczam, że nie wracam do Lali Puny dla piosenek, a dla klaustrofobicznej atmosfery, wciśniętej w bezduszne, bo elektroniczne, ramy. I piszę „zapewne”, „przypuszczam”, „być może”, bo krążki Lali Puny rozgrywają się w emocjach, a te bywają złudne.

8/10

Miała być nagroda. Oto – prawdopodobnie – najlepszy cover wszech czasów. Autorstwa Lali Puny, daleki, jak najdalszy, od oryginału, a jednak o tym samym, ulotnym poczuciu przynależności.

Dla przypomnienia: wersja pierwotna.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: