Atak paniki („Co nas kręci, co nas podnieca”, reż. Woody Allen, Kino Świat)


Nic tak nie robi dobrze Woody’emu jak Nowy Jork. Po banicji z Wielkiego Jabłka, wymuszonej mającym w głębokim poważaniu poprawność polityczną związkiem z adoptowaną córką, i nie do końca jednak udanym romansem z Londynem czy Barceloną, Allen wraca do miasta pełnego sympatycznych, znerwicowanych nerdów. W Co nas kręci, co nas podnieca głównym bohaterem jest niejaki Boris Yelnikoff (Larry David, który chyba jednak przeszarżował), sześćdziesięcioletni niedoszły samobójca, hipochondryk o nieprzeciętnej inteligencji, dzięki której niemal otarł się o Nagrodę Nobla z fizyki (o czym przypomina się w filmie parokrotnie, co utwierdza w przekonaniu, że to jedynie efekt uboczny mitomanii bohatera), rozwodnik (żona nie wytrzymała nieustannych ataków paniki) z nerwicą natręctw (jak myć rączki, drodzy, no jak?). Gardzi ludźmi, szydzi nawet z dzieciaków, któreych uczy grać w szachy. Pewnego dnia na schodach pod swym nieznoszącym jakichkolwiek zmian mieszkaniem znajduje dwudziestoletnią Melody St. Ann Celeste (prześmieszna Evan Rachel Wood), która uciekła z rodzinnego Michigan bodajże, znudzona,w poszukiwaniu lepszego. Melody nie należy do najbystrzejszych, ale za to całkiem nieźle wygląda i do tego jest przeurocza, więc Boris pozwala jej przenocować u siebie, dopóki dziewczyna nie znajdzie jakiegoś lokum. Pomimo oczywistych różnic (można powiedzieć, że Boris i Melody stanowią przeciwległe bieguny: pseymizm-optymizm, pasywność-aktywność, przerażenie – ufność, inteligencja-głupota etc.) między bohaterami rodzi się specyficzna więź, która prowadzi ich przed ołtarz, choć Boris zarzekał się, że nigdy więcej… Przedziwny spokój małżonków burzy przyjazd ekscentrycznej matki Melody (doskonała Patricia Clarkson), która właśnie została porzucona przez ojca dziewczyny. On zresztą również trafi do Nowego Jorku.

To najbardziej błyskotliwy obraz Allena od czasów Mojej wysokości Afrodyty. Jest przezabawny, ironiczny i pełen wybornych obserwacji. Reżyser, jak zwykle przecież, wprowadza na ekran alter ego, myślące, czujące i działające jak on sam, dzieląc się tym samym z widzami swymi lękami i bolączkami. Allen przytomnie zrezygnował z obsadzenia samego siebie w głównej roli, mogłoby to bowiem wzbudzić niezdrową sensację, ze względu na podobieństwo układu Boris – Melody do aktualnego związku reżysera. Boris (ale jak się później okaże: również i reszta bohaterów) wyznają zasadę Whatever works (to zresztą oryginalny tytuł filmu), która mniej więcej oznacza tyle, że jedyną pewną rzeczą jest śmierć. Postaci korzystają więc z szans, co z kolei prowadzi ich do życiowej emancypacji, w przeróżnych, zaskakujących konfiguracjach (trójkąty, homoseksualizm). I – co może i naiwne, ale jakże kojące – właściwie wychodzą bez specjalnego szwanku, gdy te relacje gdzieś się kończą. Bo przecież za chwilę muszą nastąpić nowe. Whatever works.

Lubię absurdalność tego filmu. Allen specjalnie piętrzy nieprawdopodobieństwa,  by potem puścić do widza wielkie oko projekcją nieskazitelnej szczęśliwości, co tym bardziej utwierdza w przekonaniu, że należy historię traktować tak, jakby została ujęta w nawias. Ale to nawias własnych doświadczeń, rozczarowań i radości, chwil i dłużyzn. O chwile trzeba walczyć, dłużyzny trzeba przeczekać. Szczęście może pojawić się w najbardziej niespodziewanej postaci, a konserwatywnemu bigotowi wcale nie jest tak daleko do rozpustnych, hedonistycznych zachowań. To wszystko już było? A jakże: przecież de facto Allen od czterech dekad kręci wciąż ten sam film, zmieniając jedynie jego tytuł. A czemu wciąż dajemy się ponieść, nawet gdy całość zrealizowana jest aż nazbyt teatralnie, a scenariusz sprawia wrażenie nieodpracowanego?

7/10

Advertisements

komentarze 4

  1. Rany, w końcu się zgadzamy 🙂 Szkoda mi tylko, pewnie tak jak Tobie, że Allen w głównej roli obsadził swojego dublera. Gdyby sam zagrał, byłby to jeszcze lepszy film (tak o dwa oczka w skali do 10).

  2. To prawda, Larry chyba zbyt serio wziął na siebie ten obowiązek, więc jest aż nazbyt wyrazisty (bo za bardzo się stara), poza tym gra całość na jednej nucie właściwie. No, ale – tak jak zasugerowałem w tekście – gdyby Allen zagrał sam, Amerykanie by mu tego nie darowali 🙂

  3. ide zaraz przetestować.

  4. daj znać, jak było.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: