I cóż, że z Danii? (Kissaway Trail „Sleep Mountain” / Bella Union)


Najprościej rzecz ujmując: to duńskie Arcade Fire minus kobiety. Ewentualnie Mercury Rev z wokalem prawdziwie męskim. Tak, przy okazji wydanego przed trzema laty debiutu, zatytułowanego po prostu Kissaway Trail, którym w Polsce, oprócz mnie, zachwyciły się może jeszcze trzy inne osoby, najczęściej stawiano im zarzut, że to uzdolnieni kserujący estetykę innych. Trzy lata to dobry czas na reinwencję (fatalny anglicyzm) własnego wizerunku i ta sztuka kwintetowi spod Kopenhagi udała się jedynie połowicznie. Choć słychać wyraźne próby stworzenia własnej, unikatowej jakości, skojarzenia z taborem Kanadyjczyków są nie do uniknięcia. To nawet nie do końca wina samych autorów krążka: masywne partie dzwonów, przemelodyjny gitarowy hałas, wielopoziome, większe-niż-życie, struktury najbardziej wymyślnych instrumentów, od 2004 roku wywołują tylko i wyłącznie jedno skojarzenie. Na Sleep Mountain: Funeral spotyka Aligator: to połączenie stanowi bodaj najbardziej zauważalną zmianę w kwestii prezentowanego przez Kissaway Trail podejścia. Inkorporacja na stanowisko producenta Petera Katisa, regularnego współpracownika mistrzów z The National, okazała się równoznaczna z uwrażliwieniem i wprowadzeniem niepozostawiającego obojętnym emocjonalnego pierwiastka. Weźmy takie Beat Your Heartbeat czy The Painter, w których chodzi tylko o to, by mocniej, więcej, intensywniej. Co warte podkreślenia, śrubowanie możliwości studyjnych, płaczliwe aranżacje, wzruszające tricki, nie pozbawiły Duńczyków wiarygodności, choć o niezamierzony pastisz, przy tego rodzaju inspiracjach, wcale nie jest trudno. Przez cały krążek balansują na nie zawsze czytelnej krawędzi dzielącej wywołującą śmieszność ekspansywną, pełną pseudodramatyzmu pompę i urzekającą wrażliwość nieśmiałych dwudziestoparolatków. Są całkowicie świadomi konotacji, które wywołuje zawartość Sleep Mountain (jedna z kompozycji zwie się Don’t Wake Up i stanowi optymistyczną odpowiedź na Wake Up z repertuaru Arcade Fire), są świadomi też ograniczeń, które z nią są związane (i pewnie dlatego próbują mocować się z Philadelphią Neila Younga). Może i pozbawiają się szerszego znaczenia, ale to chyba też i wynik swego rodzaju kalkulacji – jakość dzieląca obie płyty Kissaway Trail, w czasach, gdy w 9 strzałach na 10 po świetnym debiucie przychodzi rozczarowujący sofomor (fatalny anglicyzm po raz drugi), jest sytuacją wyjątkową, pozwalającą ze spokojem, ale i z zaciekawieniem, patrzeć w przyszłość. Z jednym tylko zastrzeżeniem: próba odnalezienia własnej osobowości jest bardziej niż pożądana.

8/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: