Uciekaj! (Frightened Rabbit „The Winter of Mixed Drinks” / FatCat)


Prawdopodobnie jestem jedyną osobą, która zrezygnowała z fantastycznej końcówki koncertu The National podczas ubiegłorocznego Off Festivalu, by zdążyć na rozgrzewających się właśnie na innej scenie Szkotów z Frightened Rabbit (z tego miejsca jeszcze raz chciałbym podkreślić, że ewidentnym błędem organizatorów jest pokrywanie się występów zespołów o wielce zbliżonej proweniencji estetycznej). Być może zawiniła pora, ale jedynie nieliczni, w smutnej ilości kilkudziesięciu twardzieli o gołębich sercach, zdecydowali się zobaczyć na żywo Przestraszonego Królika. Ta zawstydzająca frekwencja, na festiwalu adresowanym do – bądź co bądź – słuchacza wyrobionego i otwartego na nieoczywistość – pokazuje, jak wciąż, pomimo wiernej bazy fanów, zmarginalizowaną rolę pełni zespół. Mam nadzieję, że zamieszanie wokół premiery ich trzeciej płyty, The Winter of Mixed Drinks, przekuje się w wymierne zainteresowanie, na które zespół bezsprzecznie zasługuje. I już nie chodzi nawet o to, że Frightened Rabbit to odszczepieńcy na brytyjskim rynku muzycznym, którym znacznie bliżej do tradycji amerykańskiego rock’n rolla spod znaku Bruce Springsteena czy The Hold Steady (by sięgnąć po bardziej aktualny dorobek) niż bezmyślnego ustawienia się w kolejce po schedę po Oasis (choć trzeba przyznać, że The Things ma w sobie coś z paranoidalnego klimatu shoe-gaze’u), w czym zresztą wpisują się niezamierzenie w coraz wyraźniejszy trend. The Winter of Mixed Drinks nie bierze jeńców – to zestaw miniatur naszpikowanych właściwymi każdemu wrażliwcowi emocjami, stawiających odważne i trudne pytania o sens, czym zresztą stanowi kontynuację poprzedniego krążka zespołu, Midnight Organ Fight, wzorcowej ilustracji bólu i zwątpienia po rozstaniu z ukochaną osobą. Stąd tak wiele tu krzyku, pędu, smutku, może nawet patosu, przejawiających się przede wszystkim w aranżacyjnym rozbuchaniu, rozdzierających gitarach, masywnej perkusji, łkających smykach, co z kolei przywołuje skojarzenia z dorobkiem Arcade Fire. Każda kompozycja stara się być potężniejsza i mocniejsza od poprzedniej, one ze sobą nieustannie konkurują, walczą (zwróćcie uwagę na ogromne i – co szczególnie istotne – zapadające w pamięć pełne pasji refreny, na czele z faworytem niezależnych rozgłośni radiowych, Nothing Like You). Ale jednocześnie to płyta, która przynosi ukojenie: Scott Hutchinson o twarzy everymana i możliwościach wokalnych dostępnych jedynie wybranym (co czyni go idealnym bohaterem naszych czasów), w jednym z numerów zachęca, byśmy płynęli, dopóki nie zobaczymy lądu, opowiadając się jednoznacznie po stronie eskapizmu. Nie chodzi tu jednak o bezmyślną ucieczkę, bez poczucia konsekwencji, a raczej o próbę znalezienia właściwego dla siebie miejsca, pogodzenia wolności, jako wartości absolutnej, z wymogami i oczekiwaniami otoczenia. Frighetened Rabbit ponownie udała się rzecz niezwykle trudna: operując prostymi środkami, rzucając wyzwanie skomplikowaniu, zbudowali klarowny i przejmujący manifest o kwestiach dla każdego z nas decydujących, którego – choć tak wiele w nim zabawy, ulotności – nie sposób potraktować inaczej niż śmiertelnie poważnie. Obcowanie z tą płytą może boleć, ale może też przynieść ukojenie.

8/10

<<na potrzeby „Teraz Rocka”>>

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: