Wewnątrz („Liban” reż. Samuel Maoz, AP Mańana)


Filmów o wojnie nakręcono bez liku, to temat wciąż istotny i nośny (czego dowodem ostatnie rozdanie Oscarów), ale Liban jest obrazem wyjątkowym, na który należy zwrócić szczególną uwagę. Historia opowiedziana jest bowiem z perspektywy załogi czołgu, która w klaustrofobicznej przestrzeni wykonuje rozkazy ukrywających się za kryptonimami dowódców, komunikując się z nimi za pośrednictwem krótkofalówek i telefonów. Dowódców, których raczej się słyszy, niż widzi, stąd trzeba ufać im na ślepo (tak jak na ślepo, bo mimowolnie i bez ustalenia tożsamości ofiary, się strzela). Jedynym oknem na świat jest celownik czołgu, nieustannie gotowy do strzału. Każdy z zewnątrz, na kogo zwrócona jest lufa-peryskop, jest potencjalnym celem – kobieta, która straciła swój dom, falangiści, którzy pojawili się znikąd i mają za zadanie wyprowadzić z patowej sytuacji. Zewnątrz jest znacząco ograniczone: jedynie to, co na celowniku, jest widoczne. Mocny sprzęt tylko teoretycznie chroni przed wojną, zapewniając złudne bezpieczeństwo. Prawdziwe ryzyko związane jest z czynnikiem ludzkim. Tchórze okazują się być bohaterami, odważnych przytłacza bezsens, prowadząc ku szaleństwu. W czołgu zasady zerojedynkowe nie działają. W czołgu właściwie nic nie działa, nawet instynkt, podstawowa broń, zawodzi. Spust okazuje się być realnym narzędziem, a nie atrapą ze szkoły kadetów. Śmierć jest wszechobecna, niepotrzebna, szybka, bolesna, cywilna, przypadkowa. Moralność? Etyka? Wojna.

Taka perspektywa przytłacza, a sfagmentaryzowanie świata nie pozwala na choćby chwilowe rozładowanie napięcia poza czołgiem. W tym zresztą główna zaleta i wada filmu. Zaleta, bo widzimy postaci w absurdalnych sytuacjach ostatecznych –  choć bohaterowie w stratyfikacji wojskowej zajmują konkretne pozycje, z wyraźnym podziałem na podwładnych i dowódców, podporządkowanych i podporządkowujących, zredukowanych do jednej, machinalnej aktywności, to i tak w gruncie rzeczy muszą liczyć tylko na samych siebie, bywa, że rozkazy prowadzą na manowce, poza zasięg wojskowych radiostacji. Wada, bo katalizowanie emocji trwa tylko i wyłącznie wewnątrz, co zmusza reżysera do zagęszczenia, o w gruncie rzeczy przewidywalnym finale. Czołg śmierdzi od petów, kału, moczu, krwi libańskiego jeńca. Jęczy bólem i przerażeniem młodych chłopców, którzy już za dziesięć dni kończą służbę, tylko jeszcze ta jedna misja, to tylko misja zwiadowcza, nic stać się nie ma prawa, przecież nas ochraniają, przecież tam czekają nasze rodziny, przecież będzie pięknie, jak na polu ze słonecznikami. Polu absurdalnym, jak cała wojna, stanowiącym powrót do punktu wyjścia. Absurdalnym, bo ta załoga to przecież w gruncie rzeczy fajne chłopaki, które gdyby inny czas, inne miejsce …..

Wojna izraelsko-libańska z 1982 roku to wciąż żywa tkanka, żywe wspomnienie. Samuel Maoz, podobnie jak Ari Folman w lepszym, choć mniej intensywnym Walcu z Baszirem próbuje odkupić winę, znaleźć ukojenie, zdjąć traumę autobiografii. Otwarte rany nie goją się jednak zbyt szybko. Dwadzieścia pięć lat to tylko świst, pstryknięcie, strzał.

8/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: