Wywiad z Gabą Kulką do magazynu „Existence”


W marcowym numerze magazynu „Existence” ukazał się wywiad z Gabą Kulką, mojego autorstwa. Gaba jest fascynującą rozmówczynią, czego dowód we fragmentach poniżej. Po całość rozmowy serdecznie odsyłam do papierowej wersji dwumiesięcznika (tam również mój artykuł o Eryku Lubosie, równie godny polecenia).

______

(….)

M.T.: Gaba Kulka stała się modna. Gabę Kulkę należy znać.

G.K.: Nie patrzyłam na ostatnie miesiące w ten sposób. To cieszy, ale jednocześnie takie postrzeganie ma swoją mroczną stronę: każda moda kiedyś się kończy. Widzę to po swoim stosunku do różnych artystów: nie można jechać ciągle na tym samym haju, potrzeba trochę odpoczynku. Staram się nie roztrwonić przyznanego mi przez publiczność kredytu zaufania, ale fakt bycia modnym, ze względu na swą ulotność, nie powinien stanowić głównego punktu zaczepienia.

M.T.: Popularność to broń obusieczna. Czytasz o sobie komentarze w internecie?

G.K.: Czytałam po premierze „Hat, Rabbit”. W momencie, gdy popularność wykracza nieznacznie poza grono twych najbliższych przyjaciół, czytanie komentarzy wchodzi w krew, szukasz odzewu. Powyżej pewnego progu widzialności nagle pojawia się wiele opinii, a statystycznie większość z nich nie wnosi nic, to wykwity…

M.T.: Frustracji?

G.K.: Niekoniecznie, to tylko sposób komunikowania komentującego do świata. Nie mam grubej skóry, pomimo pewnej dozy rozsądku życiowego jestem wrażliwcem i zauważyłam, że pewne rzeczy wytrącają mnie z równowagi. Nie ma co tracić na to czasu. Jeśli jakaś informacja ma do mnie dojść, to tak się na pewno stanie – mam filtr bliskich osób, które bez ogródek zasygnalizują swe wątpliwości.

M.T.: Jesteś pamiętliwa?

G.K.: Raczej nie, wybaczam błędy, bo błąd jest dla mnie wynikiem nieświadomego lub przypadkowego działania. Najbardziej razi mnie, gdy ktoś okazuje się być małym człowiekiem, gdy brak mu wielkoduszności.

(…)

M.T.: Więc kiedy <<anonim>> pisze o Kulce: „nuda”, „beztalencie”, nie przejmujesz się.

G.K.: Ja bym dodała mój ulubiony zarzut o kopiowaniu stylistyki Kate Bush choćby. Tu jestem w stanie dyskutować – to temat, który zahacza o kwestie formalne. Jestem otwarta na to, by pobawić się w takie intelektualne przeciąganie liny. A na „beztalencie” nie wiadomo, co odpowiedzieć: o skali mojego talentu można dyskutować, ale zdaje się, że jakiś dryg do tego, co teraz robię, mam i tego będę się trzymać (śmiech).

M.T.: Regularnie pojawia się jeszcze jeden komentarz: zrobiła karierę dzięki tacie.

G.K.: To nieprawda, oczywista dla każdej osoby, która ma dostęp do informacji o moim dorobku. Nie ma czegoś takiego, jak wolnomularskie stowarzyszenie klubów muzycznych, gdzie tajny uścisk dłoni załatwia wszystko (śmiech). Wydaje mi się, że w Polsce wciąż pokutuje mentalność, pewnie uzasadniona geopolitycznie i będąca reliktem poprzedniej epoki czy nawet samej transformacji, że ktoś robi kogoś nieustannie w konia.

M.T.: Nie daj Boże osiągnąć cokolwiek własną pracą!

G.K.: Nie każdy musi rozumieć moją twórczość. Ale w Polsce idzie za tym coś znacznie większego: jeśli czegoś nie rozumiem, to znaczy, że ktoś za tym stoi, że ktoś na tym robi pieniądze, a ja na tym tracę. Jeszcze nie wiem co, jeszcze nie wiem kto, ale na pewno coś jest nie tak. To taka tabloidowa mentalność: ktoś na tym zarabia, a kto za to płaci? Pan płaci, pani płaci, płaci społeczeństwo.

M.T.: A taka Doda gra w otwarte karty, za jej twórczością nie kryje się specjalne skomplikowanie.

G.K.: Doda zamieniła mechanizm negatywnych opinii w swoje paliwo. To jest, swoją drogą, nieźle obmyślona maszyneria, stara jak świat: nieważne, jak mówią, ważne, żeby mówili. Nie jestem specjalną zwolenniczką takiego modelu popularności, ale jeśli ktoś chce się w to bawić, to bardzo proszę. Z małym wyjątkiem: gdy wsiadam do autobusu i widzę grupę dziewięciolatek, które z komórką uruchomioną na cały regulator śpiewają z Dodą każde słowo, czuję się dziwnie.

(…)

M.T.: W wywindowaniu płyty na szczyt list sprzedażowych nie pomogły największe komercyjne rozgłośnie, które twoich piosenek nie grają. Pomyśl, co wtedy by się zadziało!

G.K.: To trudna sprawa. Nawiązałam kontakt z jedną z komercyjnych rozgłośni radiowych, która objeła pewnego rodzaj patronat nad „Sleepwalk”, nagranym z Konradem Kuczem, za co jestem bardzo wdzięczna. Trudno mi się jednak było tam odnaleźć. Przeraziło mnie tempo, w jakim przebiega realizacja programu. Czułam się, jakby ktoś mnie wrzucił na kolejkę górską, ciach, ciach, ciach, kolejna rzecz, kolejna piosenka. Zapowiedzi w tempie karabinu maszynowego, utwory urywane w połowie. Moja twórczość wymaga chyba jednak więcej cierpliwości. Myślę, że odbiorcy tych mediów nie czerpaliby z tej muzyki radości; nie dlatego, że byłaby ona dla nich zbyt skomplikowana, nie chodzi mi tu o inteligencję – moje piosenki nie są tak szybkie w dostarczaniu satysfakcji. Wymagają czasu.

(…)

Advertisements

Jedna odpowiedź

  1. This post is actually a fastidious one it helps new the web
    users, who are wishing in favor of blogging.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: