Przegięcie (Marina and the Diamonds „The Family Jewels”, 679 Recordings)


Kiedy już w pierwszym utworze Marina Diamandis pyta wyzywająco: Czy jesteś usatysfakcjonowany swym prostym, przeciętnym życiem?, można być pewnym, że dotarliśmy pod właściwy adres. Gdyby przyjąć, że z jednej strony osi, na samym jej początku, znajduje się normalność, zwykłość, zwyczajność, to swym blichtrem i przerysowaniem Family Jewels idealnie wypełniłoby jej koniec. Wszystko jest tu wyśrubowane i podane w ekstremach. Zacznijmy od samej Mariny, która sprawia wrażenie, jakby operowała jedynie DUŻYMI LITERAMI; każdy wers jest – niezależnie od tego, czy wyszeptany, czy wykrzyczany – manierycznie przeteatralizowany, przechodzący z jęku w krzyk. Ba, turbo-płuca artystki wysyłają do konta stada głupiutkich blondynek, których wysyp szturmuje obecnie szczyty list przebojów. Marina, mimo że mieści się w pop-rockowej estetyce, posiłkuje się przede wszystkim upstrzonym wodewilem, kolorowym kabaretem, tonącym w spadającym bez końca muzycznym konfetti – to przede wszystkim rezultat oparcia osi konstrukcyjnej utworów o partie fortepianu, które cały czas pozostają na pierwszym planie i nie ustępują nawet tanecznym inklinacjom (z naciskiem na Shampain, które w toku obróbki studyjnej uległo niewiarygodnemu przegięciu, i Oh No!, które wzbudzą największe kontrowersje z estetycznego punktu widzenia). To z czasem może męczyć: płyta rozpisana jest na realizację 150% normy, bez wytchnienia przenosi od indeksu do indeksu, nawet na chwilę nie zwalnia, tak jakby jej autorka chciała w niej zapisać wszystko, na co ją stać, jakby miała to być jednorazowa przygoda. Wszelkie niedogodności rekompensują jednak niezwykle zjadliwe teksty, posługujące się nierzadko wyszukaną metaforyką. Diamandis, w kontrze do proponowanej estetyki, wyśmiewa pozory istotności i ważkości, które stwarza światek celebrytów, krytykuje fascynację fabryką snów (w singlowym Hollywood główną bohaterką jest Polka, która przybyła do Stanów Zjednoczonych, zauroczona pozornym tylko wachlarzem możliwości), szydzi z kultu piękna, wyrzucającego te, które nie są w stanie mu sprostać, poza nawias (Girls), bawi się konotacjami, symbolami i pop-kulturą w ogóle. I właśnie to warstwa tekstowa przede wszystkim udowadnia, że Family Jewels to wypowiedź odważna, naznaczona indywidualnym sznytem, zręcznie omijająca konotacje związane z tzw. dziewczyńskimi płytami, które stanowią odprysk twórczości Kate Bush. Pomimo słodyczy, cukierkowatości, album stanowi, demaskującą ułudę nieograniczonego wyboru, gorzką do przełknięcia pigułkę, nieoczekiwanie dążącą do świętego spokoju i zaakceptowania tytułowych rodzinnych precjozów, wpisanych w krwiobieg każdego z nas.

7/10

<<na potrzeby „Teraz Rocka”>>

Reklamy

Komentarzy 9

  1. […] niezapamiętywalna, pozbawiona znaczących cech odróżniających. Na razie więc gram w drużynie Mariny, ale też tylko dlatego, że Ladyhawke nie przystąpiła do tej edycji […]

  2. Po co tyle analiz. To nie James Joyce. Po prostu posłuchaj piosenek.

  3. Zaraz, zaraz, jeśli coś kreuje się na wydarzenie roku, wypada przyjrzeć się temu bliżej.

  4. płytę przesłuchałem nie raz… uśmiałem się z recenzji… dużo słów, wyszukanych konstrukcji ze zdań wielokrotnie złożonych… tylko na jaki temat? Chyba nie płyty samej w sobie, na pewno nie muzyki, może osobliwego, subiektywnego zapatrywania na postać wokalistki. Ja napiszę tylko tyle, album jest fajny (opinia jako słuchać), album jest bardzo dobry (jako specjalista). Zaś podobne recenzje jak powyższa autora mnie dziwią i choć żyję w tym kraju długo nadal nie potrafię ich zrozumieć. Pozdrawiam mimo wszystko

  5. Drogi Specjalisto! Dziękuję za opinię. Nie mogę się jednak zgodzić z tym, że tekst dotyczy (cyt.) osobliwego, subiektywnego zapatrywania na postać wokalistki. Przecież nie chodzi o to, by recenzować płytę numer po numerze, kawałek po kawałku, chodzi o pokazanie ogólnego wrażenia, sprowadzenia poszczególnych kompozycji do wspólnego mianownika. Czy z mej recenzji wynika, że ta płyta jest niedobra? Nie! Wynika jedynie tyle, że to krążek stachanowca, który chciał pokazać, że potrafi więcej i lepiej niż cała reszta. Stąd krążek jest przegięty = przedobrzony. A jeśli wkurzają Cię zdania złożone: spieszę donieść, że jest mnóstwo miejsc, gdzie pisze się zdaniami zawierającymi nie więcej niż 10 słów.

    PS. Cieszę się, że moje teksty mogą dostarczyć rozrywki.

  6. Gratuluję autorowi recenzji.
    Tworczość Mariny niełatwo dociera do tzw znawców „młodego pokolenia”. Nie zwyczajni są bogatych aranżacji, pełnych pasji melodii i nasyconego ekspresją głosu.
    To jest dla pokolenia sms’ów i GG zbyt duża porcja danych w krótkim czasie. Nie ogarniają takiego bogactwa i stąd biora sie takie komentarze jak te Bart11 i Marian’a.
    Recenzja miała opisać tworczość Mariny i autor zrobił to doskonale. Dostosowując ją bogactwem i „aranżem” zdań do tematu.
    Pięknie. Byłem zachwycony i gratuluję autorowi.
    A Barty i Mariany niech dalej gonią freda przy Ghallagerah i tym podobnym shit’cie.
    P.S.
    Dla wielbicieli Mariny: poszukajcie formacji Catatonia, też z Walii, a także Florence and the Machine. Godne uwagi jest też MUSE.
    To jest PRAWDZIWA MUZYKA, bogata, pełna w emocje, niosąca PRZEKAZ.
    W odróżnieniu od gówna POP…

  7. @ Forged – >> dzięki za miłe słowa, choć nie wiem, czy chcę wiedzieć, co znaczy „gonić Freda” 🙂 Florentynę na słodko-gorzkich lubimy, z Muse idzie nam nieco gorzej. Catatonia to był doskonały zespół, ze świetnym wokalem Cerys Matthews.

  8. Nie jest przedobrzony, to po prostu bardzo udany album, dużo lepszy niż produkcje innych reprezentantek i walący po głowie jakąś tam Gage.

  9. fatalny artykuł

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: