Na chwilę (The Courteeners „Falcon” / Polydor)


Jak zapowiedzieli, tak i zrobili. Na swym debiucie St. Jude sprzed lat dwóch deklarowali, że nie będą mieli wiecznie dziewiętnaście lat, że czas dorosnąć, zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Statkiem o nazwie Ambicja wyruszyli więc przy nader pomyślnych wiatrach (wyrazisty lider, choć w gruncie rzeczy trudno traktować go poważnie; wyrastający ponad średniactwo talent kompozytorski) z przystani Oasis-Wannabes do portu Premier League. Być może dlatego, że zdecydowali się na rejs po linii najmniejszego oporu, zniosło ich w pobliskie szuwary, gdzie temperatura zaledwie letnia, a poszczególnych gości łatwo zastąpić innymi. Falcon intencjonalnie został rozpisany na sukces – to składająca się z 12 elementów układanka najważniejszych momentów w wyspiarskich rock’n rollu ostatnich dwóch dekad. Są tu kompozycje stanowiące wyraz tęsknoty za prostszymi, lepszymi, łatwiejszymi czasami, gdy Pete i Carl stanowili niezrównany tandem (Good Times Are Calling, Sycophant, Last of the Ladies). Jeśli chcesz potupać nóżką, to You Overdid It Doll porwie funkowym zacięciem i motorycznym podejściem. Spragnieni większej dozy skomplikowania zwrócą uwagę na otwierające płytę The Opener, odę do rodzinnego miasta zespołu, Manchasteru, oraz stanowiące oficjalny zwiastun krążka Cross My Heart & Hope To Fly, gdzie z pomocą motywu gitarowego pożyczonego od młodziaków z The xx, Liam Fray i spółka próbowali zabawić się w innych magików dźwięków – Elbow. Do tego: czym byłby brytyjski album z widokami na Top 10 bez stadionowego wymiatacza, z korzeniami zapuszczonymi jeszcze za czasów The Joshua Tree – na Falcon funkcję tę pełni Good Times Are Calling. Całość układa się w pozbawioną chropowatości, wygładzoną formę, w której trudno odnaleźć ślady własnej inwencji, indywidualnych przemyśleń. Dwójka The Courteeners pozbawia zespołu jakichkolwiek właściwości, kwestionuje jego podmiotowość – okazuje się bowiem, że autorzy krążka opanowali wzorcowo umiejętność posługiwania się środkami wyrazu przynależnymi innym. Warsztatowo w zupełności wystarczy, ale to oczywiście zbyt mało, by przestać traktować ich z pobłażaniem i z pełną świadomością nieszkodliwości, pomimo wulgarnych głupot, które Liam Fray ochoczo wygaduje pismom muzycznym. Tym sposobem wróciliśmy do punktu wyjścia: Noel Gallagher może być tylko jeden.

5/10

Ktoś zapyta, po co zajmować się takimi zespolikami? Oto powód:

<<na potrzeby „Teraz Rocka”>>

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: