Słabe ogniwo (Hot Chip „One Life Stand” / EMI)


To zespół jednej płyty, to jest już pewne. „The Warning”, wydana w 2006 roku dwójka Hot Chip, dziś jest już wydawnictwem ikonicznym, kamieniem milowym w historii muzyki tanecznej, rozbryzgiem niejednoznaczności, spontaniczną i ekscentryczną celebracją rytmu jako prymarnego, podstawowego odruchu. Dwie płyty potem, cztery lata później, londyński kwintet ostatecznie sankcjonuje swoją pozycję zespołu tyleż solidnego, co ze względu na swe rzemieślnictwo przewidywalnego i – niestety – interesującego w stopniu znikomym. „One Life Stand” stanowi bowiem kontynuację swego poprzednika, „Made in the Dark”, który teleportował jego autorów z pierwszych miejsc rankingów mediów wszelakich na pierwsze miejsca list przebojów sprzedażowych.

Nie chcę przez to powiedzieć, że „One Life Stand” to płyta jednoznacznie niedobra, a jedynie to, że u jej podstaw leży przyjęcie błędnego założenia. Krążek stanowi swoisty złoty środek, pomiędzy tym, co czytelne dla wtajemniczonych, a tym, co spodobać się może masowemu odbiorcy. Ci pierwsi będą prowadzić zawody na wyłuskiwanie kolejnych inspiracji na czas (te najbardziej oczywiste to nadal Depeche Mode i Basement Jaxx, choć można tu odnotować choćby wpływy magików ze Scritti Politti), ten drugi przynajmniej teoretycznie będzie usatysfakcjonowany melodiami – które jeśli wierzyć Alexisowi Taylorowi, wokaliście zespołu – miały być bardziej bezpośrednie, a mniej szalone. I tu chyba tkwi cały szkopuł: próba zainteresowania jak największego kręgu słuchaczy czyni „One Life Stand” płytą, której idealnym przeznaczeniem jest wymuskane wnętrze jak z katalogu promocyjnego BlackRedWhite. Pytanie, czy to jest to miejsce, w którym twórczość Hot Chip chcielibyśmy usłyszeć najbardziej.

Najmocniej przeszkadza niedostatek ewidentnych przebojów, które mogłyby zrekompensować prostotę płyty. Jest kończące płytę, mieniące się zmiennością nastrojów Take It In, jest I Feel Belter, mające za zadanie być skrzyżowaną z Kayne Westem wymuskaną odpowiedzią na szlagier Dragostea Din Tei, jest tytułowe nagranie singlowe, i to by było chyba na tyle w temacie hiciorów. Na przeciwbiegunie tych całkiem udanych kompozycji leżą balladowe wynurzenia pokroju We Have Love, pokazujące, że panowie nie wyciągnęli lekcji z poprzedniego krążka, gdzie wolniejsze tempa stanowiły zdecydowanie najsłabsze ogniwo. Połamany, atypowy rytm nie zwalnia od odpowiedzialności za treść. Treść, która niekoniecznie tylko dla kapryśnych i wymagających może stanowić synonim słowa „nuda”.

5/10

<<na potrzeby „Pulp”>>

Reklamy

Komentarze 2

  1. jak dla mnie Made in the dark > The Warning > One Life Stand. Wprawdzie przesłuchałem niewiele razy, ale jakoś mnie nie ciągnie do tej płyty. Mi się najbardziej podobał jednak Hot Chip z gitarami.

  2. a tu zaskoczenie! „The Warning” to Top 20 pierwszej dekady, tak mi się przynajmniej wydawało, a tu proszę, są inne głosy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: