Powrót (Tindersticks „Falling Down a Mountain” / 4AD)


Tego krążka mogło w ogóle nie być. W połowie minionej dekady skład zespołu opuściła połowa członków-założycieli, a pozostali udali się na zewnętrzną muzyczną emigrację, próbować – jak twierdzi w opublikowanym w tym numerze wywiadzie David Boulter, perkusista zespołu – odnaleźć radość z tworzenia muzyki. Był taki moment, kiedy rozpad zespołu był już właściwie przesądzony, gazety donosiły o zakończeniu pewnej epoki brytyjskiego grania ponad podziałami gatunkowymi. Po pięcioletniej rozłące ze studiem, w 2008 ukazała się płyta The Hungry Saw, swoisty rozrachunek z targającymi zespół, żywy organizm, wątpliwościami. Pomimo sukcesu artystycznego krążka decyzja o kontynuowaniu działalności nie została ostatecznie podjęta, sprawę komplikowały kolejne roszady personalne. Z pomocą przyjaciół zaryzykowali, raz jeszcze, ostatni raz.

Falling Down a Mountain to najbardziej zaskakująca płyta w dorobku zespołu. Trudno się zresztą dziwić: kiedy odbijesz się od dna, stać cię na wszystko, na totalny zwrot, nawet po niemal dwudziestu latach wspólnego grania. Na swym ósmym studyjnym albumie Tindersticks wprowadzają regułę eksperymentu, potwierdzając tezę o swojej sile i mocy. O braku zgody na kompromisy, na co wskazuje choćby tytułowe nagranie otwierające płytę, niespełna siedmiominutowa monotonna suita, stanowiąca hołd dla twórczości Milesa Davisa. Potem wprowadzają trochę więcej słońca: w urokliwym Harmony Around My Table pojawia się aranżacja rytmiczna ewokująca najjaśniejsze lata wytwórni Motown, a ironiczne w swej nietypowości She Rode Me Down czeka w pogotowiu na ścieżkę dźwiękową remake’u klasyków filmowych Sergia Leone. Tu ciepłe przenika zimne, radosne poddaje się tęsknemu, piękno oscyluje wokół brzydoty. W tej sprzeczności kryje się jednak swoista konsekwencja, przynależna najbardziej odważnym, tym, którzy dotykając różnorodnych estetyk potrafią zbudować unikatową i spójną całość. Podstawowym ogniwem łączącym poszczególne utwory jest przede wszystkim znak rozpoznawczy zespołu, brudny wokal Stuarta Staplesa, snujący opowieści z wyczuciem, ale i wyczuwalną natychmiastowo tęsknotą. Gdy do Stuarta dołącza kobieta (Mary O’Hara w Peanuts), tylko serce z kamienia może ochronić przed wzruszeniem. Ale nawet gdy Stuart milknie, lament instrumentów, drganie spokoju, krzyk tlących się nut (piękne Piano Me Down) nie pozostawia złudzeń: to czarodzieje dźwięków.

7/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: