Drink z palemką (Vampire Weekend „Contra”, XL Recordings)


Hype to bardziej wróg niż przyjaciel. Najpierw podstępnie pomaga, rezerwuje okładki najpopularniejszych pism, wprowadza na szczyt zestawienia najczęściej odtwarzanych klipów na youtube.com, doprowadza kreującą najnowsze mody blogosferę do obłędu, by zaraz potem przeżuć, zdissować, znienawidzić i porwać następnego czekającego z przejęciem w kolejce do minuty sławy. Wtedy też był początek roku, wtedy też za oknami rządziła szaro-biała bliżej niezidentyfikowana masa. W styczniu 2008 nie mówiło się o nikim innym: debiutancki album czwórki brooklyńczyków, Vampire Weekend, zdominował wszelakie dyskusje. W sumie to dziwne, że nikt tego wcześniej nie wymyślił: supereleganccy (nienagannie skrojone garnitury), superinterligentni (piosenki o architekturze i regułach rządzących interpunkcją), supergrzeczni (Skandale? Jakie skandale?), superładni chłopcy i ich supersłoneczna twórczość, zawieszona w pół drogi między Nairobi a Nowym Delhi, kondensująca dokonania The Talking Heads, Paula Simona i Fela Kuti. Idealny zespół czasów eklektyzmu. Supergrupa, która pomimo szerokiego grona epigonów, węszących możliwość ubicia interesu na rozhisteryzowanych nastolatkach, pozostała wyjątkowa i jedyna w swym rodzaju. Nie dziwi więc, że oczekiwania związane z Contrą były aż nazbyt wygórowane. W takiej sytuacji, jaka przydarzyła się Vampire Weekend, o fałszywy nieudany krok banalnie prosto, a cała życzliwość słuchaczy, za sprawą trzydziestu paru minut materiału zgromadzonego na dwójce zespołu, mogła przekształcić się w delikatnie rzecz ujmując znużenie i zniechęcenie. Malkontenci szukający nieustannie wtop i kiksów będą rozczarowani: Contra dumnie kroczy szlakiem wytyczonym na rozgrzanym piasku przez swojego poprzednika.

No właśnie, najczęstszym zarzutem stawianym sofomorom ważnych debiutów jest ścisła kontynuacja drogi obranej przy pierwszym spotkaniu. Contra również mogła narazić się na takie podejrzenia. Od czasów Vampire Weekend niewiele bowiem właściwie się zmieniło. Panowie nadal zaskakują historyczną i popkulturową erudycją – sam tytuł płyty nawiązuje do nikaraguańskich prawicowych bojówek, walczących z marksistowskimi ugrupowaniami na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku, względnie: do popularnej przed dwoma dekadami gry komputerowej. Tekst Taxi Cab został zainspirowany życiem Joe’a Strummera, zmarłego w 2002 roku wokalisty The Clash, a w I Think Ur A Contra pojawia się nawiązanie do jednego z numerów przez The Clash, Complete Control. W Diplomat’s Sun wsamplowano fragment kompozycji M.I.A., zatytułowanej Hussle. Do zarejestrowania Horchaty wypożyczono Maura Refosco, człowieka, który w zespole Thoma Yorke’a zwykł obsługiwać instrument zwany marimbą. Koenig, jako autor tekstów, nadal lubuje się w językowych zabawach. Takie smaczki mogą być wyliczane bez końca.

Ale to smaczki dostępne na poziomie rozszerzonym. Na poziomie podstawowym Contra to dziesięć kompozycji katalizujących nie tylko natychmiastową emisję endorfin, ale również tęsknotę za błogim lenistwem gdzieś na tajemniczym okołozwrotnikowym archipelagu (zatytułowanie jednego z utworów po prostu Holiday to już absolutne przegięcie, zapraszamy panów do Polski skutej piętnastostopniowym mrozem). Vampire Weekend nie biorą jeńców – zawarty w ich kompozycjach ładunek optymizmu i prostoty zmienia perspektywę – wszystko staje się prostsze, łatwiejsze, ludzie zaczynają się uśmiechać i mówić sobie „dzień dobry” na ulicy. Siłą Contry jest lekkość – przygotowany na płytę materiał sprawia wrażenie napisanego mimochodem, przypadkiem, gdzieś pod palmą, a nie w kosmopolitycznym Nowy Jorku. Afirmacja życia, a jakże, i to nawet za wszelką cenę. Jak we wspomnianej Horchacie, której aranżacja przywołuje na myśl ścieżkę dźwiękową do Króla Lwa. Efekt mógł być przesłodzony, gdyby nie wyczucie i dyscyplina muzyków – na chwilę wszyscy stajemy się dziećmi.

Należy zgodzić się z opiniami, że Contra to zestaw jednak mniej przebojowy od Vampire Weekend. Ale nic nie szkodzi. W ramach przyjętej estetyki panowie pozwolili sobie na szereg nieoczywistych zabiegów formalnych, takich jak choćby użycie Auto Tune’a w California English. Zresztą, nad niektórymi kompozycjami wisi duch ubiegłorocznego projektu Discovery, w którym wokalista VW Ezra Koenig wraz Wesem Milesem z Ra Ra Riot testowali odporność słuchaczy na arytmiczność, kolory, konfetti i chaos – echa eksperymentu słychać choćby w przejściu w Run czy w strukturze Giving Up The Gun, najbardziej tanecznej piosenki w dorobku Vampire Weekend. Na przeciwbiegunie znajdują się choćby takie numery jak singlowy Cousins czy California English, których zawrotna, punkowa energia wystrzeliwuje niczym salwa z karabinu. Panowie wykonali jednak znaczący zwrot ku przestrzeni: większość kompozycji nasączona jest eterycznymi, elektronicznymi repetycjami, które doskonale poszerzają mimo wszystko dość ograniczoną estetykę debiutanckiej płyty. Więcej tu również wrażliwości i liryzmu (vide: smyczkowy refren Taxi Cab, uzupełniony o nostalgiczny fortepianowy motyw przewodni, trąbki w Run).

Wobec powyższych innowacji zastanawiają więc wcale nie tak odosobnione opinie, że Contra to proste i bezmyśle cut-copy debiutu formacji. Baza wypadowa pozostaje ta sama, to oczywiste, ale mnogość dodatkowych, nienachalnych motywów zawartych na nieoczywistej i wymagającej Contrze pozbawia Vampire Weekend tyleż uroczej, co jednak gówniarskiej i na dłuższą metę uniemożliwiającej poważne podejście do sprawy etykietki zespołu studenckiego. Vampire Weekend są poza jakimikolwiek granicami: geograficznymi, estetycznymi, klasowymi, a kończący krążek I Think Ur A Contra, swego rodzaju manifest światopoglądowy, dojrzały i pomimo wyciszenia – wyrazisty, pozwala ze spokojem patrzeć w przyszłość zespołu. Przyszłość, której mogło równie dobrze nie być, wystarczyła chwila nieuwagi.

8/10

<< recenzja przygotowana na potrzeby „Teraz Rocka”>>

Reklamy

Komentarze 4

  1. ładnie ogarnięte. kudos! choć nie podzielam optymizmu.

  2. dzięki. a skąd Twoje wątpliwości?

  3. z odsłuchu i spinania pupki recenzentow ktorzy dopatruja sie tam nawet „elementów folk w stylu The Clash”. kilka momentów tam jest (pod koniec płyty raczej) ale w starciu z debiutem nie ma szans.

  4. Uff. to dobrze, że ja tylko na oczywistych nawiązaniach do the Clash poprzestałem 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: