Imaginarium Monty Pythona („Parnassus”, reż. Terry Gilliam, dyst. Gutek Film


Panu Terry’emu-Monty Python-Gilliamowi rozlazły się pomysły po scenopisie. Tu zrobiły plamy, tam wydarły istotne fragmenty tekstu, tu rozbryzgnęły się cukierkowatym różem, tam weszły na szczudła, tu okantowały kogoś na dobroczynności, tam zamieniły się w kolorowe balony, a po drodze spotkały rosyjską mafię. Takiemu Gilliamowi to szczęście sprzyja, nie ma co, nawet mu najważniejszy aktor umrze podczas kręcenia filmu. Dzięki temu nie dość, że zaoszczędzono kupę kasy, która pewnie poszłaby na marketing (Naprawdę ostatni film Heatha Ledgera! – krzyczą plakakty promujące film, cóż więcej trzeba, darmowa reklama, tłumy walą do kin), to jeszcze z odsieczą przyszli trzej przystojni muszkieterowie (DeppLaw – Bachleda-Curuś, przepraszam, Farrell), którzy przejęli pozostawioną przez Ledgera filmową schedę, testując tym samym możliwości i granice wytrzymałości widzów. Nie muszę dodawać, że wbrew jakiejkolwiek logice, choć bardzo przekonująco.

Parnassus to bajka dla dorosłych. Tytułowy bohater (Christopher Plummer) nieustannie (czytaj od pięciu setek lat), w zamian za nieśmiertelność, przyjmuje wyzwania Diabła (wyborny Tom Waits), a stawką w  grze jest Valentina, córka Parnassussa (chyba jednak nie do końca piękna Lily Cole). Parnassus wraz z córką tworzą specyficzną trupę, którą dopełniają znajda Anton (Andrew Garfield, przyszłość kina, nie tylko brytyjskiego) oraz złośliwy karzeł Percy (Verne Troyer). Współczesnego Londynu nie obchodzi jednak cudowne, choć przestarzałe i rozpadające się, imaginarium Parnassusa, w którym można przejrzeć i zrealizować swoje marzenia. Z odsieczą przychodzi wyłowiony z Tamizy niedoszły samobójca Tony (w tej właśnie roli Ledger i jego następcy), który swoim urokiem wzbudza zainteresowanie publiczności spektaklem, ale ściąga również na całe towarzystwo niemałe kłopoty.

Gilliam folguje sobie co niemiara, dając nieustannym upust nawet najbardziej szalonym rozwiązaniom, akceptowanym przez widza bez mrugnięcia okiem. Olśniewa aspekt wizualny filmu – widać, że nie jest to superprodukcja, która kosztowała tyle, ile trzy średniej wielkości afrykańskie państwa, a mimo tego Gilliam, jak niemal Adam Słodowy kinematografii, wyczarowuje z pięciu kresek i ośmiu kropek spójną, fantastyczną wizję cudownej krainy. Jedna z moich znajomych na fejsie żartobliwie zaproponowała, by przez projekcją filmu rozdawać publiczności kolorowe pigułki. Nie jest to zła koncepcja, biorąc pod uwagę fakt, że przy spotkaniu z Parnassusem należy na bok odłożyć całą wiedzę o związku przyczynowo-skutkowym i chłonąć ten film jak dziecko. To pozwoli na przełknięcie słabszych fragmentów, których wcale nie jest tak mało – jedyną regułą jest tu brak reguł, a w takiej konwencji niezwykle trudno jest utrzymać film w ryzach, przy jednoczesnym braku zachowania powściągliwości i umiaru. Taka estetyka może zachwycać, ale też na dłuższą metę może być męcząca: tu wszystko jest przehiperbolizowane, narysowane grubą kreską, słodkie aż do zemdlenia, a jednocześnie niezwykle ekshibicjonistyczne. Zdaje się, że Parnassusa należy bowiem interpretować jako wyraz tęsknoty Gilliama za absurdem Latającego Cyrku Monty Pythona, za kinem, w którym wszystko było możliwe. Sam Gilliam stwierdził bowiem w jednym z wywiadów udzielonych przy okazji promocji swego ostatniego filmu, że dziś pomysłu na Cyrk… nikt by nie kupił.

7/10


Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: