Ofiara i kat, kat i ofiara („Głód” reż. Steve McQueen, dyst. Monolith Films)


To ohydny film. Albo inaczej: to film dla widzów o mocnych nerwach. Rany, krew, katowanie na śmierć, rozmazane na ścianach cel fekalia, krew, niewidoczni wychudzeni więźniowie stawiający wyzwanie takim potrzebom jak choćby łaknienie, pałki policyjne, grupy antyterrorystyczne, wiadra moczu, krew. Głód dezorientuje. Przede wszystkim tym, że wkracza w świat więzienia w Belfaście lat osiemdziesiątych, w którym pojmani domagają się przyznania statusu więźniów politycznych, bez jakiegokolwiek komentarza. Wkracza ot tak, razem z jednym ze strażników i sceną mycia przez niego rąk, a potem śledzi losy wyłowionych z tłumu bohaterów, ich przerażającego buntu. Widz, który nie ma szerszego pojęcia o historii Irlandii Północnej i konflikcie separatystycznym, złoży sobie poszczególne elementy w konkretną całość gdzieś mniej więcej w połowie filmu (to niestety bardzo przeszkadza i wpływa na bezpośredni obiór filmu). Najpierw jednak nie będzie wierzyć własnym oczom, nie przyjmie do wiadomości, że więźniowie naprawdę smarowali ściany cel kałem. Albo że o ustalonej porze wylewali mocz z cel na korytarz. Albo że mimo zimy stulecia otuleni byli jedynie szmatami i dziurawymi kocami. Takie rzeczy przecież nie mogą dziać się naprawdę.

Pisałem o braku jakiegokolwiek komentarza – w Głodzie właściwie się nie mówi. Są jęki katowanych więźniów, są wrzaski przerażonego tłumu, nie padają (z małym wyjątkiem, o czym za chwilę) właściwie żadne słowa. Tło historyczne zostaje zarysowane mimochodem, z trzeszczącego radioodbiornika jednego z bohaterów, z którego dobiegają komentarze o nieludzkiej polityce Margaret Thatcher. Zastajemy ten świat takim, jaki on jest, bez jakiejkolwiek ingerencji, jak w filmie przyrodniczym – świat zaszczutych, przerażonych ludzi, którzy trafili do więzienia właściwie za nic. I dotyczy się obu stron. Osadzeni to zazwyczaj żadni wywrotowcy, a nastolatkowie, dla których patriotyzm to tylko przygoda. Z kolei, młodzi strażnicy, do których obowiązków należy zadawanie jak największej ilości razów, uwikłani zostali w nie pozostawiającą możliwości sytuację polityczną. Choć biją, odpokutują to spazmatycznym płaczem. Tu wszyscy są przegrani. Wobec znaczącego braku dialogów kamera w potęgującej naturalizm statyczności skupia się na twarzach i ciałach, a właściwie tym, co po nich zostało, pełnych bólu grymasach, pełnych nienawiści gestach. Ascetyczne, klaustrofobiczne ujęcia potęgują wrażenie zezwierzęconego świata katów i ofiar. Bezkompromisowo.

Obraz dzieli się na trzy części. Pierwsza z nich koncertuje się na pierwszej fazie buntu irlandzkich więźniów. Druga jest absolutnym mistrzostwem – to zarejestrowana w jednym ujęciu, trwająca 22 minuty, rozmowa samozwańczego przywódcy więźniów Bobby’ego Sandsa (rewelacyjny Michael Fassbender) i miejscowego księdza (równie doskonały Liam Cunningham), podczas której ten pierwszy oznajmia, że zdecydował się na strajk głodowy, a ten drugi próbuje go od tego pomysłu odwieźć. To potyczka na rozum i emocje, na słuszną ewaluację tego, co dobre i tego, co złe, o ile w takim miejscu dychotomia ta ma jakiekolwiek znaczenie, o sensie ofiary. Ta scena świadczy o niebywałym talencie debiutanta, reżysera Steve’a McQueena, nagrodzonego za ten obraz i w Cannes i na Erze, Nowe Horyzonty. Co ja zresztą piszę: nie tylko ta scena – cały film jest precyzyjnie utkany, powściągliwy i pewnie dlatego wywołuje aż takie zdumienie.

Jest wreszcie część trzecia, czyli portret strajku głodowego Sandsa. Głód jest filmem dosłownym, niczego nie zasłania parawanem poprawności politycznej czy troski o ładne i wygodne obrazki, ale obserwacja umierającego na własne życzenie człowieka, co pokazano z przybliżeniem do każdego obrzęku, każdego żebra, każdych odleżyn, unieruchamia. Przestaje się liczyć to, co sądzimy o proteście bohatera, czy miał prawo skazywać na śmierć swoich następców, nieukształtowanych chłopców (w swym manifeście Sands zastrzegł bowiem, że chce, aby kontynuowano strajk, dopóki rząd brytyjski nie ugnie się pod żądaniami), czy forma protestu jest uzasadniona czy naiwna. Fassbender przekroczył granice ludzkiego ciała, do tej roli drastycznie schudł, a każda sekunda tej części obrazu prowadzi nas do nieuchronnego, wiadomego końca. Końca właściwego nie tylko Belfastowi, ale i Pawiakowi, Guantanamo, Oświęcimiowi. Głód, mimo osadzenia w konkretnych realiach, jest obrazem uniwersalnym, stanowiącym hołd dla wszystkich męczenników, bez osądzania i wskazywania jedynie słusznej racji, na swój własny sposób filmem dokumentalnym.

8.5/10

Reklamy

Jedna odpowiedź

  1. […] z łańcucha. W tej walce dopinguje ją Connor (Michael Fassbender, pamiętany z przejmującego Głodu), nowy przyjaciel matki, który pojawił się w życiu rodziny znikąd. Mię łączy z Connorem […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: