Horror na końcu świata („Dom zły”, reż. Wojciech Smarzowski / ITI Cinema)


Tu wszystko oblepione jest gównem. Kurnik, studnia, klepisko w chacie gdzieś na końcu Bieszczad, podręczna fabryczka bimbru, wreszcie: relacje międzyludzkie. A także butelki wódki. W domach złych chleje się na okrągło. Prokurator nadzorujący śledztwo wypada ze swego służbowego pojazdu, atawistyczni gospodarze po pijaku znęcają się nad żonami, żony po paru głębszych, sprowadzone do emanacji nieposkromionego libida, włażą do łóżka zapitym przyjezdnym. Ten film śmierdzi i jątrzy, wylewając alkohol na otwarte ramy.

Kiedy Dom zły był wyświetlany w Tokio, dla publiczności festiwalowej kontekst historyczny, realia przełomu lat 70 i 80 nie były odczytywalne. Zastanawiam się jednak, na ile umiejscowienie akcji w tym właśnie momencie jest istotne. Owszem, Smarzowski sugeruje, że Solidarność mogła być jedynie pustym hasłem wykrzykiwanym podczas alkoholowych libacji, usprawiedliwiającym wszystko i wszystkich. Owszem, motyw partii, która łamie życia i niszczy ludzi, werbuje, obiecuje i wysysa, przynajmniej teoretycznie uniemożliwia pozbawienie fabuły aspektu czasowego. Ale z drugiej strony, wcale nie tak trudno ten aspekt pominąć, a wtedy Dom zły staje się kolejną opowieścią o nas samych. Samych nie oznacza tu wcale Polaków (choć to byłaby interpretacja najbardziej prawdopodobna). To zbiorowy porter chciwości, żądzy, głupoty. Idiotyzmu ludzi wyrzuconych na koniec świata, gdzie prawo, motor wszelkiego porządku, zostaje całkowicie pominięte. Tu karząca ręka sprawiedliwości nie dosięga – zasady ustalają sami uczestnicy. Zasady, które nie mają na celu nic innego, jak tylko ochronę własnych korzyści, partykularnych interesów. Paszportu, bimbrowni, stołków, kasy. Niewinni, próbujący podjąć walkę, przegrywają, bo stanowią instrument w rękach tych, co mają więcej władzy i więcej do stracenia.

Dom zły stanowi dowód na rozwój Smarzowskiego. Mnie Wesele (pomimo swej niezaprzeczalnej wartości) zmęczyło: ilością bohaterów, siatką powiązań, nagromadzeniem nieprawdopodobnych sytuacji – ten film mógłby się skończyć w momencie eksplozji toalety (znów motyw gówna, hehe). Z Domem złym jest inaczej: to film równie przytłaczający, znacznie cięższy, bardziej brutalny, ale jednak poprowadzony znacznie sprawniej od swego fabularnego poprzednika. Reżyserowi chodzi wciąż o to samo: wniknięcie w głąb zamkniętej społeczności w określonym zrazu przedziale czasowym (Dom zły dzieje się de facto w ciągu dwóch dni), niemniej jednak intensyfikując środki i napięcie (filmu nie rozładowuje nawet ostatnia scena) skupia się przede wszystkim na bohaterach i ich emocjach, a nie na zdarzeniu jako takim. Mniej znaczy bardziej wyraziście i bardziej precyzyjnie. Tak, ten film męczy i boli, ale nie da się go odrzucić. Także dlatego, że aż nadto prawdziwy. W Weselu Smarzowski zneutralizował całość groteską, tu groteskowa jest jedynie piosenka Heleny Vondraćkowej. Umieramy w gównie i w gównie się rodzimy. Proste i ohydne.

9/10

PS. Nie piszę o porównaniach do „Fargo”, bo są idiotyczne. Nie piszę też o kreacjach aktorskich, bo jaki jest Dziędziel, Topa, Jakupik czy Preis, każdy widzi.

Reklamy

komentarze 2

  1. […] Za rozwój i za wszechobecne gówno. Zobacz więcej. […]

  2. We’re a group of volunteers and starting a brand new scheme in our community. Your website offered us with valuable information to work on. You have performed a formidable job and our entire community will likely be grateful to you.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: