Kup tę płytę! (Nathalie & the Loners „Go, Dare” / Ampersand Records)


Nie, no talent. Gdzieś poza medialnym szaleństwem wokół Gaby Kulki, bez posiłkowania się skandalem jak kol. Peszek, zwyczajnie, nieinwazyjnie, ale z mocą. Po raz pierwszy zobaczyłem Natalię Fiedorczuk na żywo podczas Offensywnego koncertu w Trójce, inaugurującego sezon 2009, gdzie artystka pojawiła się jako głos wiodący właśnie reaktywowanego Happy Pills. Wyszła niepozorna, zdaje się, że przestraszona, w kartkami papieru zapisanymi tekstami piosenek w dłoni. Ale było w niej coś, co obiecywało szansę. Szybko zapomniała o kartkach, ba, nawet w znaczącym geście rzuciła je na scenę, tak jakby zdejmowała z siebie sztuczną formę, uniemożliwiającą wydobycie spontaniczności. Dysponująca fantastycznym wokalem, operująca świetnym nie-kwadratowym angielskim oczarowała. Zresztą: nie tylko mnie. Natalia ma już wielu wyznawców, sprawdźcie szuflady w domach swych kolegów, powinniście zobaczyć tam zeszyty wyklejane jej zdjęciami.

Powinniście, bo powrót Happy Pills, Fiedorczuk czy jej drugi projekt, Orchid, pozostają wciąż jazdą dla wtajemniczonych. Przeciętny konsument muzyki nie ma bladego pojęcia, że ktoś taki w ogóle istnieje. Owszem zawartość Go, Dare nie może liczyć na emisję w radiowym prajmtajmie, nie mówiąc już o programach telewizyjnych (notabene: jakież było moje zdziwienie, kiedy pewnego ranka otworzyłem TVN, a tam Gaba Kulka deliberowała w telewizji śniadaniowej o progresywnym popie). Szkoda, że mimo skumulowania energii wokół płyty nic wielkiego wokół niej się nie wydarzy. Szkoda, bo Fiedorczuk prezentuje się na nim jako prawdziwa artystyczna indywidualność. Choć – z racji uprawianej estetyki – można ją uproszczająco wrzucić do szufladki „babskie granie z fortepianem”, to oczywiste inspiracje stanowią tu jedynie element układanki, a nie część główną. Natalia ma pełną świadomość swej siły, ale nie rozpycha się łokciami, nie forsuje, nie krzyczy, stopniuje środki, stąpa z rozwagą, zawieszona pomiędzy dziewczyńskością a kobiecością. Odpowiedzialna za całokształt płyty (w realizacji krążka pomagał Fiedorczuk Piotrek „Drivealone” Maciejewski), dopiero konstruuje swą artystyczną tożsamość.

I choć ma ku temu wyrazistych sojuszników – fantastyczne kompozycje – to bawi ją odkrywanie na w pełni własny rachunek kolejnych możliwości. Na Go, Dare najmocniejszym punktem jest zaskakująca muzyczna wolta, jakiej Fiedorczuk dokonuje w okolicach indeksu 9, stanowiącego swoistą cezurę. W numerze Vod do gry wchodzi delikatna, poszarpana elektronika, a wraz z nią zmienia się zupełnie odbiór krążka. Wiedzieliśmy już wcześniej, że chodzi o melancholię, że to płyta intymna, ale Vod wraz z kończącym płytę It Is So (jedne z najmocniejszych polskich kompozycji ostatnich dziesięciu lat) wyprowadza płytę na zupełnie inne tory – w kontrze do oczekiwań i konotacji, pokazując, że panna Fiedorczuk doskonale odnajduje się również w dream-popowym, ośmiobitowym świecie nieustannej repetycji, który powtarzalnością sugeruje przegraną. Ale to wciąż piękne piosenki, w swym wycofaniu silne i podskórnie tętniące zapowiedzią wybuchu.

8/10

Reklamy

Jedna odpowiedź

  1. […] 08. Nathalie and the Loners „Go! Dare” Zobacz więcej […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: