Z historią w tle, czyli o trzech premierach ostatnich tygodni


Enen” reż. Feliks Falk, dyst. Monolith Plus


Konstanty Grot (Borys Szyc we fryzurze czeskiego hokeisty) jest psychiatrą we wrocławskim szpitalu. Telewizje w całej Polsce relacjonują aktualną sytuacją powodziową w mieście, a dr Grot zainteresowany jest przypadkiem pewnego pacjenta o niepewnych personaliach (rewelacyjny, przerażający w swej apatii Grzegorz Wolf). Akta eNeNa zaginęły w części podczas ewakuacji szpitala, w związku z czym lekarz zmuszony jest mozolnie budować historię pacjenta. Spotkania z kolejnymi osobami, które były w przeszłości związane ze szpitalem nie przynoszą rozwiązania: byli dyrektorzy i ordynatorzy twierdzą, że nie pamiętają kogoś o nazwisku Paweł Płocki. Ale jak powszechnie wiadomo: jeśli ktoś twierdzi, że nic nie wie, znaczy że wie bardzo dużo…

Myślę sobie tak: to miał być pewnie film o zafiksowaniu się na konkretnej idei, co oczywiście dezaprobatą otoczenia. Choć w sumie trudno się dziwić, kiedy żona Konstantego, Renata (piękna Magdalena Walach), protestuje, gdy stosujący niecodzienne metody naukowiec przyprowadza do domu Płockiego, uzasadniając, że to element terapii. Profesorzy, u których Grot otworzył przewód doktorski, stawiają ultimatum: albo kariera naukowa albo szalony eksperyment. Ba, nawet sąsiadów wkurza obecność w pobliżu osoby nie dość zrównoważonej. Ale Grot nie zważa na przeciwności i z ujawnianych kolejno puzzli układa powoli całość. Być może to zbyt nieprecyzyjny scenariusz i/lub zbudowana na zaskakującym minimalizmie rola Szyca powodują, że intryga pozostawia raczej obojętnym, co w tego typu obrazach jest podstawowym zaniechaniem. To, że Grot zdecydował się na porwanie pacjenta i zamieszkanie wraz z nim pod jednym dachem, zupełnie się nie broni: logika logiką, to wybaczyć można, ale zabrakło przede wszystkim szaleństwa po stronie samego lekarza, który niestety jest postacią papierową. Przykład Zodiaka Davida Finchera pokazuje, że niezrozumiały dla zewnętrza upór można przedstawić niezwykle sugestywnie.

Kiedy mniej więcej w połowie filmu co raz częściej pojawiają się daty typu 1980 czy nazwy typu Solidarność, zaczynamy podejrzewać, że rozwiązanie zagadki pochodzenia Płockiego będzie miało podłoże polityczne. Nie dość jednak, że taki finał historii nie zaskakuje, to wybrzmiewa letnio, właściwie nieinteresująco. Powody, dla których eNeN znalazł się w szpitalu dla psychicznie chorych oczywiście mówią znacznie więcej o tamtych czasach niż jakakolwiek teczka IPNu, brakuje jednak mocy, roztrwonionej być może aż nazbyt dosłowną scenerią (rozwiązanie zagadki następuje nocą przy rzęsistym deszczu). Cieszy, że Falk unika jednoznacznej odpowiedzi na postawione pytania, że zdaje sobie sprawę, że czarne i białe to jedynie idealne formy, nie występujące na co dzień w przyrodzie, a już na pewno nie w stosunkach międzyludzkich. Aspekt detektywistyczny filmu jednak nie satysfakcjonuje, proces dochodzenia do prawdy nie wciąga. A dorabianie do Enena psychologicznej otoczki stanowi już poważne nadużycie.

5/10

——

„Rene” (René, reż. Helena Třzeštikovà, dyst. Vivarto)


W tym czeskim dokumencie dynamiczna, nieustannie zmieniająca się historia stanowi tylko tło dla pozornie stałego głównego bohatera. Czechosłowacja odzyskuje polityczną autonomię, Rene siedzi w więzieniu, Havel obejmuje urząd prezydenta, Rene siedzi w więzieniu, Havel ustępuje z urzędu, Rene siedzi w więzieniu, Czechosłowacja rozpada się na dwa państwa, Rene siedzi w więzeniu, Czechy wstępują do NATO, Rene właśnie wychodzi z więzenia (tak, za chwilę do niego wróci). I tak wkoło Macieju. Na pozór wieje nudą. A jednak nie.

Reżyserka obserwowała swego bohatera przez niespełna dwadzieścia lat. Zaczynamy w 1988 roku, gdy jako nastolatek Rene dokonuje drobnych kradzieży, robi to jednak na tyle nieskutecznie, że daje się złapać i trafia za kratki. To chłopak z tzw. trudnej rodziny, rodzice przerzucają go między sobą jakby był niepotrzebnym pakunkiem. Brak miłości, czułości, troski prowadzi poza margines. Brak stabilnego oparcia powoduje, że wolność prowokuje. To dlatego Rene nie jest w stanie przebywać poza więzeniem dłużej niż pół roku. Ale też i sam system penitencjarny nie znalazł dla niego antidotum: nie pokazał, że można inaczej, w zgodzie z prawem, a nie obok niego. Tego Rene nie wie. Albo wie, ale z jakiś powodów właśnie tak jest mu łatwiej. W tzw. międzyczasie, pomiędzy kolejnymi przepustkami, Rene poznaje przyszłą matkę swego dziecka, ale nawet perspektywa zbudowania podstawowej komórki społecznej niczego nie zmienia.

Rene zaczyna jako buntownik. Dwadzieścia lat później jego bunt śmieszy, a sam bohater jest już tylko ilzują, imitacją, kreaturą przegraną, samotną. Ale mimo wszystko – interesującą. Rene wykorzystuje fakt, że ma dużo czasu – czyta mnóstwo książek, dzięki czemu sypie filozoficznymi maksymami jak z rękawa. Ba: sam staje się pisarzem: jego pamiętniki to prawdziwy bestseller, a ich autor staje się kimś na kszałt narodowego celebryty. Jednak dojrzewanie intelektualne nie idzie w parze z rozwojem społecznym – dla Rene nie ma innego szlaku niż ten wytaczany przez recydywę.

Rene to wreszcie zapis dziwnej relacji, łączącej reżyserkę z tytułowym bohaterem. Regulranie wysyłają do siebie listy, nawet gdy Helena zostaje na chwilę ministrem kultury. Rene mówi jej nawet, że jest jedyną osobą, która stanowi dla niego jakąkolwiek wartość. Nie przeszkadza mu to jednak dwukrotnie okraść swej przyjaciółki. Bywa niemiły, potrafi powiedzieć, że Třeštíkovej, że jest dla niej tylko okazem, eksponatem, dzięki któremu może osiągnąć sukces. Ale jednocześnie wdzięczy się do kamery, jakby za chwilę miał wystąpić w Tańcu z gwiazdami. I to właśnie ta niezrozumiała dwoistość natury przestępcy fascynuje najbardziej: z jednej strony pragnie bliskości, z drugiej strony nie szanuje tych, którzy mu tę bliskość ofiarowują. Rozwarciem pomiędzy amplitudami film męczy, ale męczy w sposób frapujący: nie można pojąć, dlaczego człowiek, który recytuje Szekspira, wybiera taką, a nie inną drogę. Logika tu nie działa, tym bardziej emocje. Sympatia do bohatrera w ciągu jednej chwili może zmienić się w nienawiść. Chaos i przeciwieństwa. Przyozdobione żałosnym tatuażem na szyi.

8/10

——-

Ostatnia akcja”, reż. Michał Rogalski, Best Film

Już dawno nie byłem tak rozczarowany po wyjściu z kina. Rogalski miał na starcie to, o czym inni reżyserzy mogą tylko pomarzyć: mocną starą gwardię: Machulskiego, Kraftównę, Kociniaka, Janowską, Ordona, Siemiona, Skarucha, producencką opiekę Machulskiego juniora, niezły pomysł o nieprzebranym komediowym potencjale – byli powstańcy, dziś rezolutni staruszkowie, gonią kota zidiociałym gangsterom pod wodzą Franka Kimo, przepraszam, Piotra Fronczewskiego. A jednak skucha, mimo niezaprzeczalnego uroku całości. Ostatnia akcja stanowi namacalny dowód, jak trudne jest przygotowanie porządnej komedii kryminalnej – niby najlepsze z możliwych wpływy Vabanku są namacalne (nie tylko ze względu na obecność rodziny Machulskich), a jednak całość rozgrzewa się jedynie na chwile, po to by zastygnąć w średniactwie. Finałowa wywrotka nie została wygrana do końca, pojawia się mimochodem (to w ogóle największe zastrzeżenie do filmu: po niektórych scenach reżyser jedynie się prześlizguje, pomijając ich fantastyczny potencjał). Akcja nie płynie zbyt wartko (być może – zważywszy na średnią wieku aktorów – dynamika mogłaby stanowić niebezpieczeństwo dla ich zdrowia), humor też jakiś taki niewyraźny (choć zdarzają się perełki: hasła wywoławcze: Geriavit oraz ZUS). Zdaje się, że zabrakło dystansu: intryga jest na tyle karkołomna, że nie sposób brać jej na serio, ale całość jest zachowawcza, tak jakby miała zaspokoić oczekiwania wszystkich, przez to wtórna, jakby bała się wyjść poza oczekiwany schemat. Pewnie dlatego, gdy wchodzi na wysokie C i pojawiają się reminiscencje powstańcze czy narasta konflikt pomiędzy dawnym opozycjonistą a dawnym komunistą, film razi dosłownością i intensywnym wskazaniem jedynie właściwych racji. Gdzieś jednak w trakcie pojawiło się wzruszenie, to, że dla pokolenia moich dziadków istnieją jakieś zasady, honor, klarowne podziały, a moralność z pewnością nie jest płynna. Tak, to znaczne uproszczenie, może nawet na swój sposób infantylne, ale niekiedy przydałoby się, by spraw skomplikowanych nie komplikować już bardziej. A, i pięknie jest tu fotografowana Warszawa: przepastna, ogromna, skąpana w słońcu i pięknych ogrodach przy żoliborskich willach.

5/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: