Gotowy na weekend? (Calvin Harris „Ready for the Weekend” / Columbia)


Przeznaczenie tej płyty tkwi w jej tytule, a za motto całego przedsięwzięcia mógłby posłużyć refren piosenki tytułowej: Oooh, I put on my shoes and I’m ready for the weekend (czterokrotnie). A potem jeszcze trzy razy: weekend, weekend, weekend. Słowo weekend jest odmieniany tu przez wszystkie przypadki: weekend, weekendu, weekendem, weekendzie… Piątek, godz. 17.27, stoisz już w bloku startowym, jeszcze tylko 3 minuty i świat stanie się piękny, czekasz, jeszcze tylko dwie minuty, oby szef czegoś jeszcze nie chciał, uff, biegniesz. Znasz to? Jeśli tak, grasz w lidze Calvina Harrisa.

O ile debiut Harrisa był konwersją lekkości radosnego disco z lat osiemdziesiątych, o tyle Ready for the Weekend to odważny krok w dekadę późniejszą. Dekadę, w której z jednej strony rozwinął się trance i wszelkie odmiany muzyki tanecznej (?) kojarzonej przede wszystkim z pewną dyskoteką koło Poznania, ale w której z drugiej strony szczyty list klubowych zdobywały wtopione w house’owy beat pianinowe arpeggia. Dla jednych złote dziecko brytyjskiego dance’u przygotowało I’m Not Alone (perwersyjny wymiatacz, znamienne, to największy hit Harrisa na Kontynencie, niewykluczone, że jedyne nagranie w tym roku, które mogło pojawić się i w Radio Kampus i w radio Eska), dla drugich The Rain, w którym w bonusie dostajemy jeszcze obowiązkową niegdyś solówkę dęciaków (Hearts on Fire było pierwsze, jakby co). Jeśli dodamy do tego wspomniane już Ready for the Weekend, a także Flashback (kolejny singel) i znane już Dance Wiv Me (na ficzuringu z Dizzeem Rascalem), dostaniemy kwintesencję parkietowej siły jesieni 2009. To jako całość płyta troszkę słabsza od samozwańczego i buńczucznego I Created Disco (być może dlatego, że jest bardziej zachowawcza, może nawet i wykalkulowana), ale to na niej są mocniejsze Momenty. Radosne, hedonistyczne, śmierdzące potem, fajkami, wylanym drinkiem, ale dalekie od jednorazowości. Pod koniec chłopina bawi się w indie-chłopca, proponując niespodziewanie nastrój balladowy, ale nie przesłania to ogólnego, pozytywnego wrażenia. I choć przeznaczeniem płyty jest klub, to zaskakująco dobrze sprawdza się on również w zupełnie innych okolicznościach przyrody (i nie chodzi mi tu tylko o 17.27 w piątek). W wielu recenzjach pojawiał się zarzut, że to krążek pełen tanich zagrań. Tak z ręką na sercu: przypominacie sobie jakiś wyrafinowany weekend w waszym wydaniu? Posprzątajcie lepiej butelki wódki spod łóżka.

7/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: