Produkt U2podobny (Athlete „Black Swan”, Fiction Records)


Zaczynali przed sześcioma laty – byli jak surferzy z Zachodniego Wybrzeża, wyluzowani, nienachalni, uroczy przenieśli tradycje kalifornijskiego rocka nad Tamizę. Ich w gruncie proste piosenki zachwyciły brytyjskie stacje radiowe, a media pisały, że oto wreszcie pojawili się rasowi spadkobiercy idei The Beach Boys. Vehicles and Animals, debiut Atletów, pozostaje do tej pory niedoścignionym wzorem dla tych, którzy próbują stworzyć idealną ścieżkę dźwiękową lata, swoistą ciszą przed burzą wywołaną parę miesięcy później przez franzopodobne produkty. Na kolejnych krążkach Athlete zdecydowali się na ryzykowny i w gruncie rzeczy rozczarowujący – w kontekście zawartości ich pierwszej płyty – manewr: easy-listeningowe ciągoty zamienili na stadionowe hymny (okazało się bowiem w międzyczasie, że takie Keane, faceci bez jaj, zostają obwołani największą nadzieją rodzimego rock’n rolla). W aspekcie komercyjnym manewr udany: Tourist zadebiutowało na szczycie brytyjskiej listy przebojów, w aspekcie artystycznym: manewr kontrowersyjny. Dopóki jednak starczało potencjału w piosenkach, dopóty można było przymknąć oko na emocjonalne mielizny i tanie zagrywki z cyklu „ej, w końcu znamy Joshua Tree na pamięć”. Czwarta płyta zespołu bez pardonu odsłania słabość takiego podejścia: nie masz melodii, jesteś żałosny. Na Black Swan właściwie nie ma przebojów (może za wyjątkiem singlowego Superhuman Touch, któremu jednak daleko do takiego Half Light choćby), co przy uprawianiu takiej stylistyki dyskwalifikuje na starcie. To raczej niezręczna imitacja Snow Patrol w tej gorszej odsłonie, kiedy to bezpardonowo imitują U2. Niesiony nostalgią za wczesnym etapem działalności zespołu, dałem krążkowi parę szans, ale jedyne co pozostało, to kołaczące się gdzieś w głowie stwierdzenie, że Chris Martin ma chociaż charyzmę. A Athlete nie mają właściwie nic. Oto bubble-gum rock w najgorszej, bo najsłodszej postaci z obowiązkowymi nieznośnymi peanami na czas słonecznych poranków. Spotkanie z Black Swan to jak spotkanie z byłą dziewczyną: to, co kiedyś sprawiło, że się w niej zakochałeś, teraz irytuje najmocniej. Począwszy od tandetnej okładki.

Dlatego też , przypomnijmy sobie jak to drzewiej było.

3/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: