Że dusza (Speech Debelle, „Speech Therapy”, Big Dada)


Nie wiem wiele o hip-hopie. Ale jednego jestem pewien: hip-hop to nie gołe cycki w teledyskach 50 Centa, to nie porna kręcone przez Snoop Dogga (czy jak on tam teraz życzy, by na niego wołać), to zmieniające się jak w wymarzonym mokrym kalejdoskopie nastolatka Ciary czy inne Keri Hilsony. To spojrzenie z perspektywy laika, proszę wziąć na to poprawkę, ale hip-hop to dla mnie na przykład tacy panowie:

albo tacy

bądź tacy

względnie: ta pani.

Pewnie nie jest przypadkiem, że wszystkie te nagrania powstały c.a. 1990 roku. Nawet jeśli Naughty by Nature chcieli wyrwać laski na jedną noc, to opowiadali o tym z wdziękiem, bez aluzji do lizaków i innych przedmiotów wywołujących stosowne skojarzenia. Dystans i radość (nawet jeśli u podstaw hip-hopu stoi raczej rozczarowanie i chęć lepszego, innego, białego). Niezaprzeczalny urok (jak choćby w przypadku Monie Love, która nigdy nie stała się tak istotną, jak być powinna), witalność.

To wszystko znalazłem u Speech Debelle. Obok okładek topowych pism, niezależnie od zakrojonych na wielką skalę akcji promocyjnych. Skromnie, ale istotnie i bez wytrącania tempa, nawet zawadiacko. Z szacunkiem do melodii, traktowania jej jak partnera, a nie środka do uzupełnienia konta o parę tysiączków. I z uwielbieniem do eksplorowania możliwości, które daje warstwa aranżacyjna: żadne Pink Floyd, ale tam skrzypce, tu klawisze, tam chórek i już robi się jaśniej. Debiutancki album panny Debelle, Speech Therapy, to nawiązanie do wielkich, czarnych płyt sprzed parunastu lat, kiedy to artysta rozliczany był z tego, co sam dokonał, a nie z tego, co jest zasługą producentów. Nie, żeby było jasne – nie mam nic przeciwko producentom, ale przyznajmy: zanim pojawiła się masówka, było znacznie prościej, a przynajmniej uczciwiej. Wierzę, że to wszystko to ona, a nie wymysł przebiegłych robotów, które wiedzą, co zrobić, by było lepiej i mocniej i bardziej cool. Speech Debelle jest antytezą cool, z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością mogę stwierdzić, że nie udaje, że jest zwykłą dziewczyną z przedmieść Londynu z niełatwą przeszłością, ale z o wiele bardziej czytelną przyszłością. Możemy nie zgadzać się z werdyktami szacownego jury, które nominuje brytyjskie krążki do Mercury Music Prize, tropiącej to, co najbardziej ciekawe, może nawet i progresywne, ale to, że w gronie produktów La-Rouxowo-podobnych znalazło się w tym roku miejsce i na Speech Therapy jest jednak dobrym prognostykiem. Że obok panoszącej się jednorazowości znajdzie się też i miejsce na duszę, czy jak kto woli: soul. To niby takie oczywiste, ale skoro tak, to dlaczego w tym roku tak niewiele płyt naprawdę zachwyca? A zresztą, niech o sile tej płyty świadczy fakt, że o niej pisze chłoptaś, który doznaje na dźwięk pierwszych taktów Naszego Disneylandu.

Reklamy

Komentarze 3

  1. No to jest płyta zjawiskowa i dla mnie czołówka tego roku. Polecam też Bibio.

  2. O tak, Bibio również z dużym plusem – pewnie za parę dni również tę płytę rozpracuję.

  3. […] 15. Speech Debelle „Speech Therapy” Zobacz więcej […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: