Radiogłowi w Polsce (Radiohead, 25 sierpnia, Poznań, Park Cytadela)


Na poziomie początkującym: zagrali Creep. Na koniec. Poprzedzone zapowiedzią: jeśli nie znacie tego numeru, mamy przejebane. (Naiwniak, liczyłem na No Surprises). To zaskakujący wybór, zważywszy, że ponoć od trzech lat ten numer nie pojawia się w koncertowym rozkładzie jazdy. A sam Tomasz Yorke bez ogródek przyznaje, że wręcz nienawidzi swego największego hitu. Czy zakończenie występu tym akurat utworem miało być formą przeprosin za piętnaście lat wyczekiwania na ponowny występ zespołu w kraju? Czy miało być specjalnym gestem w stronę fanów? A może zespół gdzieś tam się przestraszył, że nie dadzą rady bez TEJ piosenki?

Na poziomie średniozaawansowanym: Skoro oczywistość mamy z głowy, możemy pędzić dalej. Setlista wczorajszego koncertu to jedna z najbardziej problematycznych kwestii. Ilu fanów, tyle pomysłów (czego dowodem fakt, że kiedy każdy z dziesięcioosobowej grupy mych znajomych miał wymienić swój ulubiony numer Radiogłowych, ani razu nie powtórzył się żaden z tytułów). Komuś zabrakło House of Cards, komuś Fake Plastic Trees. Ja, który gdzieś na wysokości Kid A przestałem dbać o kontakt z bazą (z kolei, w okolicach solowego Yorke’a przypomniałem sobie o dawnych fascynacjach, no bo pięknie się artysta przeprosił z melodiami), w związku z czym Radiohead to dla mnie przede wszystkim The Bends i OK Computer (które zresztą były reprezentowane przez zaskakująco znaczącą ilość kompozycji – w ramach zadośćuczynienia?). Konwencjonalnie i nienachalnie. Zabrakło mi więc i wspomnianego już No Surprises, ale także High & Dry, z którego teraz pewnie podśmiewują się teraz sami autorzy. I choć to numer dla starych pierdzieli, zramolowałych dinozaurów, to dla mnie pozostaje kwintesencją piękna. Prostego, bez ozdobników.

Na poziomie zaawansowanym: To był niezwykle skupiony koncert. Kiedy w liczącym ponoć 40000 osób tłumie (brak przypadkowych osób przy jednoczesnym zauważalnym zróżnicowaniu przekroju widzów: od małolatów z liceum po pary w wieku – nie przymierzając – moich rodziców. Nota bene, moja Mama wyznała mi: Gdyby nie to, że tam nie będzie gdzie siąść, to ja bym bardzo chętnie z Tobą pojechała) przez godzinę próbowałem po koncercie wydostać się z terenu poznańskiej Cytadeli (swoją drogą: że straż pożarna zgodziła się na taki układ wyjść i wejść to ja naprawdę nie rozumiem) obserwowałem twarze współuczestników, większość pozostawała w dziwnym odrętwieniu, tak jakby ostatnie dwie godziny z okładem było przeżyciem niemalże mistycznym. Znacie ten patent: wychodzicie z koncertu, głośno się śmiejecie, pędzą gówniane żarty etc. A tu nic z tego. Każdy w nierealnym, bajkowym świecie. Żadem festyn czy inne wesołe miasteczko. To będzie truizm, ale Radiohead pokazali, że nie trzeba megafajerwerków, megapomysłów, megarozwiązań, obrotowych scen, gołych ud, by zabłysnąć. By zostać zapamiętanym. Oni w ogóle mają doskonałą sytuację: właściwie wolno im wszystko i na to wszystko ich stać. Oddajemy płytę do netu i to słuchacz decyduje o tym, czy za nią zapłaci? Proszę bardzo! Nie nagramy już więcej regularnego krążka i będziemy wypuszczać jedynie Epki lub single? Czemu nie! I tak dalej. Są nieporównywalni. I to w Poznaniu udowodnili ponad wszelką wątpliwość: wystarczyła sceniczna charyzma, świetne rzemiosło, wyjątkowy leader, który zaskakująco często zagajał publiczność, a na dodatek okazał się być dowcipnym facetem. Ot co. (to ja sobie pozwolę raz jeszcze ten sam numer).

Na poziomie eksperckim: Podczas tego koncertu uderzyła mnie jedna rzecz: w gruncie rzeczy Radiohead operują dość ograniczonym arsenałem środków wyrazu: zapętlone partie perkusyjne, wtórujący im bas, do których za chwilę dosiadają się gitary i /lub klawisze, a na koniec pełen ekspresji, neurotyczny głos Thoma. Nie było jednak mowy o znudzeniu czy przemęczeniu materiału: kompozycje trwały tyle, ile trwać miały, bez dłużyzn, makiawelicznych improwizacji, bezprzystankowego udowadniania swej wielkości. Skromność, ale i świadomość własnej wartości. Trzymanie w ryzach nieujawnionych możliwości, ale i dążność do przełamania schematu. Próbowałem liczyć piosenki, ale po ósmym bodajże Karma Police poddałem się, z radością zresztą – nie było sensu kontynuować kalkulacji, notować tytułów, skoro wszystko toczyło się własną koleją rzeczy. To zresztą był bardzo dobry technicznie koncert: kolega Greenwood na przykład grając na gitarze, naciskał gryfem klawisze keyboardu. Nie należy zapominać, że to był również koncert doskonale nagłośniony, co jak pokazało parę innych wakacyjnych iwentów przecież nie jest wcale oczywistą oczywistością. Słyszalne były wszystkie dźwięki, które generowano na scenie, co tylko podkreślało wrażenie głębi. Cieszę się, że nie przyjechali na Open’era – w występy na festiwalach wpisany jest z zasady kompromis, choćby czasowy. W Poznaniu to oni, a nie Mikołaj Ziółkowski, rozdawali karty.

Na poziomie Supermena: To intymny, starannie wyreżyserowany spektakl. Za każdym razem z innym scenariuszem: set lista z Poznania różniła się od tej niedawnej z Pragi czy Austrii, rozsyłanej masowo przed polskim koncertem przez żądnych wiedzy fanów. Radiohead próbowali zaspokoić wszelakie oczekiwania: i te rock’n rollowe (stąd częste położenie nacisku aranżacyjnego na partie gitar) i te bardziej techniczne. W tej drugiej odsłonie zespół prezentował się ciekawiej, bardziej wyraziście, a ja z zaskoczeniem stwierdziłem, że w gruncie rzeczy to zespół dla tańczących inaczej. Stąd – mym skromnym zdaniem – najlepiej wypadły I Might Be Wrong, Kid A i – przede wszystkim – Idioteque, znacznie bardziej odważne niż w wersji płytowej. Pełne klubowej ekspresji, brudnej, ale i nieskazitelnej. Z wpisaną z definicji tajemnicą, nierozwiązywalną zagadką. Świetnie wybrzmiało też All I Need, niepokojąco romantyczne. I inna „ballada” – Street Spirit, zagubiona autostrada.

Poziom szarego fana: Zadziwiło mnie jedno: nikt nie przejechał po mnie walcem. Spodziewałem się emocjonalnej miazgi, porównywalnej z ubiegłorocznym koncertem Sigu Rós (tak, płakałem). Nic z tych rzeczy. Ale były momenty, kiedy musiałem się zamknąć. Siadałem na trawie i słuchałem. Po prostu. Czułem się tak, jakby zaproszono mnie do intymnego, precyzyjnego świata, bez konieczności spełnienia jakichkolwiek wymogów. Jeśli chcesz, to siądź i słuchaj. Jeśli chcesz, to światła wprowadzą cię w hipnotyczny nastrój. Światła stanowiły zresztą integralną i istotną część tego widowiska: ich intensywność i ostra kolorystyka, nierzadko jaskrawa, atakowały, umożliwiając percepcję zdarzenia na wielu zmysłowych płaszczyznach. A zaraz potem uaktywniało się tylko jedno małe światło, skierowane na Yorke’a. Przecież to widowisko, rock’n rollowe na dodatek. Ale bez nędznego przymilania się. I chyba w tym tkwiła największa moc tego koncertu: w naturalności. I nie chodzi mi tu jedynie o proekologiczne nastawienie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: