O Off Festivalu słów kilka


Niestety: ilość nie przeszła tym razem w jakość. Najliczniejszy, liczący ponad 70 nazw i nazwisk, skład w czteroletniej historii Off Festivalu nie dość często (w szczególności w porównaniu z mocną, ubiegłoroczną edycją) wybijał się ponad – wydawałoby się stanowiącą minimum kwalifikacyjne – przeciętność. Obok ewidentnych kiksów doszło do niewielu, ale jednak, momentów magicznych i to od nich zaczniemy, z tym zastrzeżeniem, że ze względu na okoliczności logistyczno-zdrowotne nie było mi dane uczestniczyć w koncertach czwartkowych (These New Puritans, ale przede wszystkim El Perro Del Mar, eteryczna Szwedka, która – jak wieść niesie – w Kościele Ewangelickim przeniosła słuchaczy do wysmakowanego Nieba), a także niedzielnych (już wiem, że Mark Kozelek dał radę, a poziom The Wire i tak jest niekwestionowalny).

As for me, liczyły się przede wszystkim dwie pozycje w programie. The National i Frightened Rabbit: występy tych amerykańskich zespołów nastąpiły po sobie w sobotnią noc. The National to sprawcy bez wątpienia najważniejszego koncertu festiwalu. Intensywnego, emocjonalnego, niezwykle silnego. Tembr głosu Matta Beringera już na płytach zdradzał nietuzinkowość doświadczeń życiowych jego właściciela, ale na żywo wokal ten robi jeszcze bardziej piorunujące wrażenie łatwością, z jaką szept przeistacza się w krzyk. Świetnie dobrane efekty świetlne podkreślały moc tętniącą w kompozycjach zespołu. Moc emocjonalnego walca, który rozjedzie i pozostawi bez wytchnienia. Nie zabrakło tych najważniejszych: Mistaken for Strangers, Fake Empire czy Mr November, ale w bonusie dostaliśmy choćby Pretty in Pink z repertuaru Psychedelic Furs. Być może zestawienie „show” i „alternatywa” to linie równoległe, które nie mają szansy się przeciąć, ale występ The National pokazał, że offowe widowiska mogą zyskać odpowiednią do wagi przedstawionego materiału oprawę (cały koncert do odsłuchu u Heńka, TUTAJ). Na przeciwbiegunie koncertu The National znalazł się kameralny występ Frightened Rabbit, autorów bodaj najbardziej niedocenionej płyty ubiegłego roku, Midnight Organ Fight. Bodajże Pitchfork napisał, że jeśli na wysokości wakacji 2008 skończyłaś/eś związek, to paradoksalnie masz szczęście: Przestraszony Królik przygotował idealny soundtrack dla tych, którzy wtedy stracili coś ważnego. Neurotyczne rozwinięcie opartej na solidnych, amerykańskich podstawach twórczości Bruce’a Springsteena doskonale sprawdziło się w kameralnych warunkach – szkoda tylko, że występy The National i Frightened Rabbit zazębiły się: musiałem zrezygnować z trzeciego bisu tych pierwszych, by biegiem zdążyć na rozpoczynający się już koncert tych drugich (kiedy wbiegłem do namiotu, grali akurat swój highlight, Old Old Fashioned): żenująca frekwencja podczas późniejszego z występów wskazuje, że niewielu było takich zapaleńców.

Piątek na dużej scenie zamknął z kolei projekt Spiritualized, niewykluczone, że najmocniej kojarzony przez przeciętnego konsumenta muzyki projekt zaproszony na tegoroczną edycję Offa (czy rezygnacja z oczywistych „gwiazd” było posunięciem dobry czy złym jest już tematem na odrębną dyskusję, warto odnotować jednak, że frekwencja była nieco niższa od ubiegłorocznej, ale też mniej było osób, które nazwałbym przypadkowymi). Występ Jasona Pierce i spółki wymagał przede wszystkim skupienia i zaangażowania, co w panujących warunkach (niewiele ponad dziesięć stopni, godzina pierwsza) nie było łatwe do zdobycia. Ci, którzy poddali się scenicznemu wizjonerstwu Pierce’a mieli okazję wziąć udział w niecodziennym spektaklu, który potwierdził, że szept bywa silniejszy od jazgotu. Ciekawe koncerty zagrali również Handsome Furs (sobota, Scena Leśna) i The Week That Was (piątek, Scena Trójki). Oba projekty operują przede wszystkim rytmem, ale umożliwia im to osiągnięcie zupełnie innych celów – Handsome Furs bawią się w New Order, zapraszając do hedonistycznej zabawy przy użyciu nieprzerwanie modnego electro, The Week That Was budują psychodeliczny klimat, pełen nieoczywistych nawiązań, warstw.

Polscy artyści w konfrontacji z zagranicznymi gośćmi nierzadko wygrywali. Świetnie wypadły specjalnie przygotowane z okazji festiwalu występy, na których Lech Janerka i Cool Kids of Death zagrali swe najważniejsze wydawnictwa w całości, od początku bez końca, bez zmian w kolejności utworów. Historie podwodne zachowały swą aktualność po ponad dwudziestu latach, jednocześnie pokazując, jak wtedy Janerka był blisko, niemal na równi z tym, co działo się w Berlinie, Londynie czy Nowym Jorku (Na deser artysta zagrał nowsze kompozycje: niedoceniony przy okazji premiery Wirnik i alternatywny przebój – Wieje). Z kolei, Jedynka ustawiła CKOD poziom, do którego pewnie już nigdy nie uda im się doskoczyć, ale płyta do tej pory stanowi swoiste świadectwo generacji-nic. Pustej, brudnej, butnej, zbuntowanej. Ciepło przyjęte zostały również Maria Peszek i Gaba Kulka, nawet jeśli trudno jest bezkrytyczne przyjąć proponowane przez nie estetyki – szczególne brawa należą się Gabie, która klasą i talentem, a także skromnością konsekwentnie buduje swą pozycję. Spośród debiutantów warto wyróżnić przede wszystkim Skinny Patrini, którzy zagrali na Offie dwukrotnie: wyuzdani, ale zdystansowani do przyjętej konwencji, zaserwowali różową dyskotekę. Zapamiętajcie również nazwisko Janek Samołyk – jeśli chłopak zrezygnuje z naleciałości typu Stare Dobre Małżeństwo, może już niedługo stać się pierwszoplanową postacią polskiego klasycznego, konwencjonalnego songwritingu. Kiedy na Scenie Dużej męskie libida pobudzała Maria Awaria, na scenie Trójki swoją najnowszą płytę ogrywali w sposób nieoczywisty The Car Is On Fire – środek ciężkości przeniesiono na partie sekcji rytmicznej (szczególne brawa dla perkusisty Krzyśka Halicza), dzięki czemu nóżka chodziła sama, zupełnie nieproszona (apogeum nieskrępowanej radości nastąpiło podczas kończącego set reprezentanta poprzedniej płyty, Oh Joe – macie czasem tak, że nie chcecie, by jakiś numer skończył się na koncercie? Wiecie więc, o czym piszę). Wiele było w tym naturalności, bezpretensjonalności, zabawy, niewymuszenia. Mógłby to być polski koncert festiwalu (to są przecież doskonali instrumentaliści), gdyby nie pewien mały szkopuł…

Otóż – to co w studio da się ukryć, na scenie objawia się bez pardonu. Otóż partie wokalne TCIOF leżą. Panowie niespecjalnie kryją się z tym, że nie dysponują znaczącymi umiejętnościami w tym zakresie, niemniej jednak rozjeżdżające się wielogłosy, czy też zwyczajne nietrafianie w dźwięk, pozostawiły niedosyt i rozczarowanie, przysłaniając bardzo pozytywne wrażenie wywołane pozostałymi elementami scenicznej układanki. I tu właściwie dochodzimy do głównego problemu związanego z tegorocznymi wykonawcami, szczególnie tymi, którzy mają na koncie jedną, góra dwie płyty: poziom wykonawczy niekiedy dość ostro odstawał od wyobrażeń wywołanych kontaktem z wydawnictwami. Sprawcy jednej z najbardziej urokliwych płyt tego roku, młodzi nowojorczycy z The Pains of Being Pure at Heart przegrali sromotnie: fatalnie zespolone ze sobą instrumenty emitowały niełatwy do zniesienia jazgot (a to przecież piękne kompozycje są, lekkie, takie w sam raz na wiosnę), a dźwięki wydobywane przez wokalistę pozwoliły mi na nieskromną myśl, że w zasadzie to ja też mógłbym sobie strzelić jakąś płytę, przecież to, że wyrzucono mnie ze szkoły muzycznej za totalny brak świadomości i zdolności w zakresie wydawania z siebie dźwięków zgodnie z nutowym zapisem właściwie nie stanowi przeszkody. Tu najwyraźniej poziom piosenek przerósł ich autorów. Zdenerwowali się? Nie wszystko da się usprawiedliwić brakiem scenicznego doświadczenia. Ba, ale to co działo się podczas koncertu TPOBPAH było prawdziwą ucztą w świetle występu Jeremy’ego Jaya. Wokalne zmasakrowanie interesujących, przebojowych kompozycji nie pozwoliło na kontakt dłuższy niż dwuutworowy. Z kolei, Crystal Stilts, których muzyczna edukacja nie wykroczyła poza Psychocandy Jesus & Mary Chain (to nie zarzut, oczywiście) nie wiadomo czemu wymyślili sobie, żeby wokalista brzmiał tak, jakby najadł się klusek śląskich (copyright tego porównania: członkowie zespołu Irena, za chwilę będą debiutować, będzie szał, zobaczycie) – zamiast słów słyszeliśmy coś na kształt „ołoałaułuała”. I jeśli jakakolwiek nauczka ma płynąć z tegorocznej edycji festiwalu dla jej organizatorów, to taka, że weryfikacja zapraszanych artystów powinna iść jednak dalej niż bazowanie na fakcie, że zespół XXX jest jednym z najczęściej wygugliwanych przez modną młodzież po obu stronach Atlantyku.

Advertisements

komentarzy 7

  1. Dzięki za ostatnie zdanie w całości wyjaśniające niezrozumiałą dla mnie jak dotąd tajemnicę doboru artystów 🙂 W zeszłym roku na większości imprez czułem się jak przypadkowa publiczność (bo przyjechałem głównie dla Chance’a), w tym hermetyczność lajnapu odstraszyła mnie już na wstępie i w sumie widzę, nie tylko po Twojej relacji, że nie ruszenie się było nienajgorszym wyborem. A co do TICOF to po tym, co słyszałem przed Arielem Pinkiem, nie miałbym odwagi zbliżyć się bardziej niż na 500 metrów do sceny na której grają.

  2. Gdzie w Janku Samołyku naleciałości ze Starego Dobrego Małżeństwa?

  3. @ Marceli –>> TCIOF rozczarowali mnie po raz pierwszy, przez chwilę myślałem nawet, że pomyliłem koncerty. A co do lajnapu: zabrakło oczywistości pokroju Bat for Lashes choćby, która jakoś do Polski szczęścia nie ma (być może kolidowały inne terminy, ale nie rozumiem, czemu żaden z festiwali jej nie zaprosił)

    @ mephalgnus –>> SDM miało posłuzyć za symbol „piosenki okołopoetyckiej” – że czasami jest tak czysto, tak sterylnie i tak pięknie zrymowane, może to tylko mylne wrażenie z występu na żywo. W każdym razie momenty „ogniskowe” były.

  4. Nie no, zupełnie się nie zgodzę. W ogóle nie zostali wymienieni wykonawcy, którzy spodobali mi się najbardziej. HEALTH, Fucked Up, Final Fantasy, The Field, a z poslkich Muzyka Końca Lata i Miłość. Z czego w większości to były dla mnie odkrycia bo jak w zeszłym roku pojechałem na Offa żeby zobaczyć tych których znam, to w tym roku pojechałem odkrywać. I udało się, dla mnie bomba. Dużo odważnych decyzji, owszem sporo mało / słabo znanych wykonawców z których część słaba lub jeszcze gorzej, ale wychodzę z założenia, że dla każdego coś miłego.

  5. „najczęściej wygugliwane” – yyyy, to prędzej na Heinekenie. Tutaj częściej słyszałam zarzut, że za mało właśnie oczywistości. Tak ogólnie, a nie konkretnie do twojej relacji – nie bardzo rozumiem zarzuty jakiekolwiek poza może organizacyjnymi – niektórzy reagują zupełnie jakby lineup ujawniono dopiero po przyjeździe do Mysłowic, inni – jakby za niecałą stówkię oczekiwali najazdu Top 100 piczforka, a moi ulubieńcy wprawdzie jadą na festiwal, ale cały czas szpanersko kurwią na brak zespołu X i Y. No halo.
    Koniec narzekania. Brawa za relację – prawie zupełnie nam się wybory koncertowe nie pokryły, więc dobrze wiedzieć co straciłam/ że niczego nie straciłam:)

  6. @ Łukasz – ja jestem offowym konserwatystą i oglądam przede wszystkim te koncerty, które zaplanowałem sobie wcześniej. Pewnie dużo tracę, jak choćby ponoć bardzo dobry koncert Wildbirds & Peacedrums. Pan z Fucked Up mnie przeraża i onieśmiela 😉

    @ jakuzz – to prawda, sytaucja organizatorów nie jest łatwa, ale myślę sobie, że takie The Pains of Being Pure at Heart można było włozyć do jakiegoś klubu, bo podejrzewam, że tam ten sympatyczny, ale jednak jazgot, sprawdziłby się lepiej, a zamiast nich postawić na głównej scenie kogoś zupełnie innego. No bo skąd my, słuchacze, mamy wiedzieć, że oni się na scenę główną nie nadają? I owszem, jestem za tym, żeby na Offie pojawiało się jak najwięcej interesujących nowych wykonawców, ale powinni być równoważeni starymi wyjadaczami, którzy gwarantują poziom. Choć nie wykluczam, że jednak marudzę. I co raz bardziej żałuję, że nie zostałem do niedzieli.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: