Kolory, kolory, kolory (Discovery „LP” / XL Recordings)


Co się zdarzy, jeśli skrzyżujesz coś takiego…

…. z czymś takim?

Niestety, nic takiego formatu (wiem, powtarzam się, ale sami rozumiecie…)

Kiedy w tamtym roku na jesieni prezentowałem fragmenty wydanej właśnie debiutanckiej płyty Ra Ra Riot (absolutny mus, jeśli jeszcze państwo nie znają), natychmiast skojarzyłem, pewnie podświadomie, tę słodko-gorzką farsę z Vampire Weekend (nota bene, ich nieobecność w Polsce, na którymkolwiek z letnich festiwali to największa wpadka lajnapowa wakacji). Stwierdziłem wtedy nawet, że byłoby całkiem fajno, gdyby kiedyś, jakoś, zupełnym przypadkiem Państwo spotkało się w studio i coś razem wykombinowało. LP uczy, że zanim wypowiesz życzenie na tzw. „głos”, zastanów się parokrotnie.

Discovery to projekt Rostama z VV i Bena z RRR. Rostam i Ben nie poznali się wczoraj, muzykują sobie razem w wolnych chwilach już od 2005. Przewrotnie, LP nie jest jakąś tam wypadkową twórczości ich macierzystych zespołów, mariażem wrażliwości i słońca, zadumania i radości, lekkości i lekkości (odpowiednio RRR/VV). Krążek najlepiej definiuje jego (przepraszam, za wyrażenie, ale lepszego nie znajduję) oczojebna okładka. Kolor, kolor, kolor, mimo ostrości, pozbawiony w większości przypadków wyrazistości.

Przy LP pełna bałaganu i przypadkowości, chaotyczna i niespójna debiutancka EP projektu Passion Pit, Chunk of Change, jawi się jako synonim spokoju i wyważenia. Discovery testują słuchacza od pierwszych taktów, z każdym kolejnym indeksem coraz intensywniej badając jego wytrzymałość na zmiany temp, estetyk, metrum, nastroju. Punktem wyjścia jest synth-pop, a właściwie samo synth, bo stężenie sztucznych, bezmyślnych klawiszy, hand-clapów, plam na minutę przekracza dopuszczalne normy. W jednym So Insane dzieje się więcej niż na pierwszej lepszej tegorocznej płycie – bomba dźwięków rozbryzguje się w kakofonicznych podrygach. Nadreprezentacja pomysłów prowadzi do klęski urodzaju, a krążek stanowi frajdę przede wszystkim dla jej autorów. Udział gości (Ezra z Vampire Weekend, Angel z Dirty Projectors), gdyby nie wyszczególniony na okładce, nie zostałby nawet dostrzeżony: tu wszystko jest przetworzone, zmodyfikowane, anaturalne, jakby zbudowane przez rozszalałe w studio maszyny. Niewiele jednak za tym stoi, może ze dwie dobre melodie, kilka zacnych szelmowsko prymitywnych motywów. Zmasowany, monotonny atak cyfrowym hałasem zdecydowanie męczy. Dobrze, że to szaleństwo niewiele ponad pół godziny, a jesienią pojawić się ma drugi krążek Vampire Weekend, którzy ułożeni i w świeżo wypranych koszulach poddadzą się konwencji pospolitej piosenki.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: