Klasyk („Gabinet doktora Caligari” reż. Robert Wiene, dyst. Vivarto)


Przykładanie współczesnych miar do tego liczącego dziewięćdziesiąt lat filmu pozbawione jest z oczywistych powodów sensu. Kiedy powstawał, zapewne był obrazem pionierskim, bezprecedensowym. Choć sposób realizacji filmu dziś, w 2009 roku, może powodować co najmniej serdeczny uśmiech, a nie przerażenie (a przecież to  absolutny dinozaur horroru), to obraz bez wątpienia zachwyca.

Narratorem filmu jest nijaki Francis, który spacerując wraz z przyjacielem Alanem po rodzinnym mieście trafia na jarmark. Tam jednym ze stoisk dowodzi tajemniczy doktor Caligari, który prezentuje ciekawskim Cesara, lunatyka, yktóry wybudzony ze snu potrafi odpowiedzieć na wszystkie pytania. Zapytana przez Alana o datę jego śmierci, Cesar złowieszczo przepowiada, że bohater umrze już jutro. Kiedy zgon ma faktycznie miejsce, Francis rozpoczyna swoje prywatne śledztwo, w którym odkrywa prawdziwą tożsamość tajemniczego doktora Caligari…

W przypadku tak wiekowych (biorąc pod uwagę historię kinematografu) filmów zasadne jest pytanie, co takiego istotnego w nim tkwi, że niespełna wiek później dystrybutorzy decydują się na jego ponowne (?) wprowadzenie na ekrany. Być może wynika to z naiwności i nieznajomości ówczesnych realiów, ale film wydaje mi się zaskakująco odważny jak na początek ubiegłego wieku. Już sama historia jest frapująca (swoją drogą, aż prosi się, by jakiś sprytny Japończyk przygotował sprytny remake), a jej przewrotne rozwiązanie (pod koniec obrazu mamy do czynienia z woltą) zaskakuje pomysłowością (choć z drugiej stronie pojawia się pytanie, że może Francis miał jednak rację, a jedynie wiedział za dużo?). Ludzie przypominają zjawy, zjawy przypominają ludzi. Miasto, w którym dzieje się akcja, sprawia wrażenie złego sennego majaku. Wszystko jest celowo wykrzywione, wybrudzone: uboga, papierowa, sztuczna, umowna scenografia została przygotowana z pietyzmem i znajomością sztuki: dziwne plamy imitują łąki, drzewa, budynki, brak tu kątów prostych, jakiegoś punktu zaczepienia, całość tonie w nieokreślonych kształtach, z oczywistych przyczyn film nie operuje kolorami, ale mimo wszystko akcja płynie groźnym półcieniem. Dodana przez trupę współczesnych niemieckich artystów muzyka dopełnia ten nierzeczywisty, nienaturalny świat (nota bene, kiedy film prezentowano przed paru laty na festiwalu Era Nowe Horyzonty, w rolę taperów wcielili się panowie z CKOD). Wreszcie: precyzyjnie skonstruowany tytułowy bohater, demoniczny, szalony dysponujący wiedzą nieosiągalną dla maluczkich, umiejący nimi zawładnąć, przywodzi na myśl najpotężniejszych kusicieli XX wieku, zła wcielone.

To pozycja z gatunku obowiązkowych, nawet jeśli trudno odnieść ją do współczesnej kultury filmowej, nie licząc serii nawiązań do motywów z Gabinetu…, które widoczne są u Lyncha czy Von Triera. Czy o Pile 27,6 będziemy mówiło się za sto lat, że to klasyk? Czy znajdzie się dystrybutor, który ją odkurzy zapisaną na nanometrowym nośniku?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: