Miłe hype’u początki (czyli o dziewczynach, co dużo obiecywały: La Roux, VV Brown, Florence & the Machine)


Bohaterki dzisiejszego wpisu łączy wiele: hype wokół ich solowych albumów przekroczył subtelną granicę dzielącą rozsądek, trzeźwą ocenę rzeczywistości a rozpaczliwe próby wykreowania nowych zjawisk, próby będące pokłosiem zmian w dystrybucji muzyki i ułatwienia dostępu do zasobów artystycznych debiutantów. Wszystkie trzy (ok, w dwóch omawianych tu przypadkach za nazwą kryje się zestaw damsko-męski, ale medialna gorączka położyła nacisk na żeński aspekt całości) trafiły do dziesiątki zestawienia Sound of 2009, gdzie dziennikarze z całej Wielkiej Brytanii na początku tego roku typowali tych spośród nowych wykonawców, którym należy przyglądać się najmocniej (dygresja: znamienne, że na tej liście pojawia się tylko jeden zespół stricte rockow, gitarowy – White Lies – co dało dość istotny sygnał, co wyspiarskie media myślą sobie teraz o swoim ostatnim beniaminku, czyli nowej rockowej rewolucji). Wszystkie trzy – mniej lub bardziej – korzystają z dorobku muzycznego przedostatniej dekady minionego wieku. Wreszcie: wszystkie trzy nagrały płyty, które – mimo niekwestionowanych zalet – nie spełniają oczekiwań. I właściwe recenzja każdej z tych płyt mogłaby ograniczać się do stwierdzenia: jeden killer, kilka dobrych piosenek i zapominalna reszta.

La Roux „La Roux” (Polydor)


Zacznijmy może od tej najbardziej efekciarskiej z płyt. Elly Jackson, żeńska połowa La Roux, wystawiona wprost na blask reflektorów, wyznała, że gdyby mogła się urodzić się ponownie, chciałaby być Annie Lennox. Stwierdzenie to najdobitniej świadczy o zawartości debiutanckiej płyty jej macierzystego zespołu: La Roux teleportowało się z okolic 1984 roku. Muzyczni erudyci, którzy na latach osiemdziesiątych zjedli zęby prześcigają się w tropieniu nawiązań i inspiracji: że tu to Kim Wilde, a tam to The Human League, że tu to Yazoo, a tam to …. (i tu wpisz sobie nazwę twej najbardziej prewersyjnej guilty pleasure z tamtego okresu, bo na bank La Roux również i ją ukryli na swym debiucie). To samo właściwie pisaliśmy rok temu o Ladyhawke, jednak obie płyty dzieli wiele: La Roux nie wychodzą w zasadzie z najmodniejszych klubów londyńskich sprzed dwudziestu pięciu lat, z kolei sympatyczna Nowozelandka do klubu wpadła na chwilę, bo spieszyła się na koncerty Fleetwood Mac i Madonny. Efekt jest taki, że La Roux w swej spójności i konsekwencji w realizowaniu zamierzonego pomysłu nuży. Trzeba jednak oddać autorom płyty, że ani przez chwilę nie wysyłają sygnału, że chcieli nagrać coś więcej niż idealny soundtrack lata. I co z tego, że adresaci tej płyty są młodsi od przygotowanych na nie piosenek? Jest więc bardzo modnie, rytmicznie, aktywnie (ciągle się tu coś dzieje), nie za bardzo skomplikowanie (odnoszę wrażenie, że niektóre utwory mogłaby napisać osoba, która wzięła co najwyżej pięć lekcji gry na instrumentach klawiszowych, a jeden z nich, swoją drogą – ciekawie, czy w zamierzony sposób – nawiązuje do oprawy muzycznej giganta komputerowej prostoty, Super Mario Bros). To nie mogło się nie udać: płyta od kilku tygodni nie wychodzi z pierwszej trójki brytyjskiej listy przebojów. Niemniej jednak, spośród omawianych tu wykonawców La Roux będą mieli najgorszą sytuację wyjściową przy okazji płyty numer dwa: hermetyczność dobranego na debiucie środowiska muzycznego nie pozwoli na dokonanie zaskakujących wolt, a kontynuacja przyjętej konwencji za dwa lata spotka się zapewne z niemym uśmiechem wyrażającym wątpliwości. Byłoby szkoda, bo kiedy już napiszą świetną piosenkę, to jest to prawdziwy wymiatacz, a sama Elly obdarzona jest nieprzeciętną charyzmą barwnej, rudopiórej, trochę niegrzecznej, trochę zblazowanej dziewczyny, modnej. A do tego, wie do czego służy głos i nie waha się go użyć, choć robi to na tyle nienachalnie, że większość nastek i nastków nawet nie zwróci na to uwagi.

Killer: „Bulletproof”

Pozycja w rankingu Sound of 2009: 5

6/10

—–

Florence & the Machine „Lungs” (Island)

Na początek mały test: jakie jest wasze pierwsze skojarzenie ze słowami „dziewczyna”, „fortepian”, „wrażliwość” oraz „cytra”? Jestem przekonany, że w 9 na 10 przypadków jako pierwsza wpada do głowy Kate Bush. Florence Welch (znów ruda!) od początku miała więc pod górkę: choćby nie wiadomo, jak się starała, to gdzieś tam w tle zawsze pojawia się starsza koleżanka, która-takie-same-rzeczy-robiła-już-trzydzieści-lat-temu. To niekoniecznie musi przeszkadzać, czego dowodem choćby Bat for Lashes, która konsekwentnie odcina się od łatki epigonki carycy Katarzyny. Florentyna obiecała nam wiele: jest rock’n rollową laską, ćpa i pije, obdarzona jest nieprzeciętną osobowością, wali prosto z mostu, ma potężne – nomen omen – płuca (dla jej głosu nie ma rzeczy niemożliwych, a szept wydaje się dla niego tak samo naturalny, jak krzyk), wreszcie: dysponuje specyficznym rodzajem wrażliwości, przynależnym dawnym czasom romantyzmem, który powoduje, że skłonni jesteśmy wybaczyć jej nawet to, że o piątej nad ranem daje sobie zrobić zdjęcie jakiemuś pismakowi, gdy (prze)wraca się z imprezy i załatwia potrzeby fizjologiczne bezpośrednio na ulicy. Obietnice nie zostały jednak przekute w czyny: Florence jest chyba najbardziej spektakularną ofiarą oczekiwań, które potrafią wytworzyć wokół artysty media, co w konsekwencji doprowadziło do tego, że sama ona uwierzyła, że „więcej” znaczy „lepiej”. Podstawowym zarzutem wobec Lungs jest jej monumentalność, która ma się nijak do puszczanych w radiowy eter sygnałów. Debiut Florentyny tonie w przepychu, który skutecznie ukrywa piękno kompozycji. Właściwie każdy takt zdradza, że artystka, wraz z całym tabunem znamienitych producentów, dała z siebie nie 200%, nie 300%, a 500%, co pozwala przyznać jej prywatne wyróżnienie w kategorii „stachanowiec roku”. Lungs mizdrzy się do słuchacza nieznośnie, gdy błyszczy się kolejnymi ozdobnikami, dodatkami, ornamentami. Pod koniec krążka zupełnie tracimy czujność, a jego zawartość przestaje obchodzić. Tu wszystko jest zbyt piękne, zbyt perfekcyjne, by można było uwierzyć (już nawet sama okładka jest nieznośnie dosłowna). Nie zmienia to jednak faktu, że o Florce tak łatwo nie zapomnimy: Dog Days Are Over, pokazujące realną skalę możliwości jej autorki, ostateczną pogoń za latem, wolnością, lenistwem, wpisujemy bez zastanowienia na listę utworów idealnych.

Killer: „Dog Days Are Over”

Pozycja w rankingu Sound of 2009: 3

5/10 (i to też dlatego, że Lungs jest – jak dotąd – największym rozczarowaniem w tym roku. Paradoksalnie, to płyta, z którą i tak trzeba spotkać się choć raz).

VV Brown „Travelling Like the Light” (Island)


O tej pani w Polsce stosunkowo wiemy najmniej. Była wziętą modelką i projektantką mody, pisała piosenki dla brytyjskich gwiazdek popu (choć nie chce skubana powiedzieć dla kogo), teraz startuje na własny rachunek. Jest naturalnym przedłużeniem zapoczątkowanej przez Amy Winehouse mody na stylowy retro-pop, tyle że w przeciwieństwie do tych wszystkich Adel czy innych Duffych jest naprawdę czarna. Soulowa dusza jest jednak dla VV (VV jak Vanessa) jedynie punktem wyjściowym, a fascynacja bluesem czy gwiazdami z katalogu Motown otwiera drogę do eksploracji odległych muzycznych obszarów. Panna Brown szybko zaciera powstałe na „dzień dobry” wrażenie brytyjskiej odpowiedniczki Tiny Turner, udanie łącząc to, co szlachetne i pokryte patyną, z tym, co nowe, a może nawet nowoczesne. Dużo na Travelling Like the Light electro-popu, indie rocka czy nawet post-punku, co jednak w żaden sposób nie przeszkadza uwypukleniu podstawowych inspiracji wokalistki, a wręcz je interesująco dopełnia. Szkoda jedynie, że wiele utworów jest tylko i wyłącznie radiowo przeciętnych, że za oryginalną formą stoi na ogół błaha i niewiele znacząca treść. Dowcipna, pełna polotu, żartobliwa,  seksowna, energetyczna, przekonująca o wielkim talencie jej autorki, ale znana doskonale na pamięć, z zupełnie innych dokonań.

Killer: „Shark in the Water” (niepodważalny dowód, jak wielką moc ma perfekcyjna melodia)

Pozycja w rankingu Sound of 2009: 7

6/10

Reklamy

komentarze 4

  1. Mówiąc krótko: tak. O La Roux nie mam nic do powiedzenia, bo po trzech przesłuchaniach niczego z tej płyty nie pamiętam. O Florence – Mojo ostatnio zrobiło dobrze, bo dało dziewczynie całą stronę, ale gwiazdki tylko trzy z dopiskiem „spore nadzieje”. Bo najlepsze zdecydowanie przed nią, a to wszystko co się dzieje to ewidentny falstart.

  2. O, ten wątek z Florentyną w „Mojo” bardzo mi się podoba – ktoś przyspieszył całą sprawę. Problem jest tylko taki, że dość konsekwentnie podąża drogą panny Winehouse, tylko zamiast zaufanego dealera ma zaufanego sprzedawcę w monopolowym. Może być trudno. A z La Roux to dobra obserwacja: testy na osobach, które nie doznają na dźwięk przebojów z lat osiemdziesiątych pokazują, że całość może stapiać się w nieodróżnialną masę.

  3. Mam słabość do La Roux, opinia tu: http://fufatch.wordpress.com/2009/09/18/la-roux-la-roux/
    A w przeciwieństwie do Mariusza To właśnie z debiutu Florencji niczego sobie przypomnieć nie mogę 🙂

  4. […] (i) wydała rozczarowujący album (o którym szerzej po kliknięciu w linka) i choć (ii) w trakcie wywiadu okazała się być diwą, która mogłaby połknął Marię Carey i […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: