Rozwiązłość (Patrick Wolf „The Bachelor”, Bloody Chamber Music)


Co za zmiana! Wolf rozwija się w tempie zastraszającym. Jeszcze płytę temu był naładowanym testosteronem gówniarzem, który pławił się w wykreowanym na potrzeby wydawnictwa hedonistycznym środowisku. Sam zainteresowany twierdził, że The Magic Position to płyta przede wszystkim kolorowa. Dodałbym, że flirtująca ze słuchaczem, mamiąca go, ale nie obiecująca nic w zamian, jak kobieta, której w barze możesz postawić co najwyżej drinka, ale nie licz nawet na szybki numerek w toalecie. Przy okazji The Bachelor możemy nazwać Wolfa po raz pierwszy, z pełną odpowiedzialnością, artystą. Jest pewne angielskie słowo, które nie ma dobrego polskiego zamiennika: flamboyance (może to oznaczać zarówno „kwiecistość”, jak i „ostentacyjność”), które na dodatek niebezpiecznie często pojawia się w zestawieniu z wyrazem „homoseksualizm” (to informacja przemycona dla jednego z internautów, który trafił na mojego bloga, zadając wujkowi Google pytanie „czy Patrick Wolf jest homoseksualistą?”. Nie do końca, ale zdaje się, ze coś jest na rzeczy). Patryś jest kwintesencją flambojantyzmu (jaki koszmarek językowy!) – tym razem jednak zawiesza poprzeczkę zdecydowanie wyżej, zaskakując co i rusz, wcielając się w coraz to nowsze kreacje. Najczęściej staje się Rufusem Wainwrightem 20 lat wcześniej, lirycznym, zniszczonym kolejnymi rozczarowaniami pedałem, który tylko czeka na sobotni wieczór, by zamienić się w Lizę Minelli czy inną Judy Garland z niewydepilowanymi nogami. W tej odsłonie Wolf jest zaskakująco romantyczny, rozrywa serce, władnie słuchaczem na całego, jakby w myśl zasady „wszystko albo nic”. Ale jest jeszcze Patrick rozwiązły, otwarty na wszelakie propozycje muzyczne, który nie cofnie się przed niczym: pierwszy singel z płyty, Hard Times, to gej-disco-folk, syntetyczny i eklektyczny buldożer. Niezależnie od przyjętej maski, na The Bachelor barokowość, przepych i przegięcie splecione są nieustannie w spoconym miłosnym trójkącie i bez zbędnych ceregieli idą na całość (Chcecie chór? Bardzo proszę! A może potężna partia organów? Już się robi! A, i to ja nagram to wszystko sam!), ze wszystkimi tego konsekwencjami (mniej więcej na wysokości ¾, płyta zaczyna drażnić, ale ostatnie dwie kompozycje rekompensują chwilowy spadek formy). Kontakt z tą płytą sprawia perwersyjną przyjemność, jak szybki wypad do seks-klubu, o którym nigdy nikt się nie dowie. A już zupełnie przeraża, że drugą część wydanego własnym sumptem Kawalera Wolf zamierza zatytułować Zdobywca. Poniewczasie, bo już po tej płycie wszystkie dupy w mieście są jego.


Advertisements

komentarze 2

  1. trochę kiczowate, nudne, pisane raczej na siłę melodie, . To jedyna płyta na której na prawdę ciężko Wolfa nazwać artystą. – A szkoda bo na Lycantrophy tak pięknie zaczął, potem już tylko równia pochyła. Jakieś plastic positions, a na tej płycie wypalił się do reszty. Oprócz pełnego pasji ‚Oblivion’, płyta jest naprawdę załosna.

  2. I w tym tkwi siła tej płyty: albo ją bierzesz w całości, albo spotykając ja na ulicy odwracasz wzrok i gapisz się na wystawy. Nigdy nie byłem ortodoksyjnym fanem Wolfa, więc może stąd mój zachwyt nad formą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: