Nieznośna lepkość odbytu („Brüno” dyst. Monolith)


Trzeba być istotą pozbawioną poczucia humoru/dystansu/wyobraźni*, by Brüna wziąć absolutnie na serio. To, co dzieje się na ekranie może zostać uznane za obsceniczne i wulgarne: takie reakcje nie są odosobnione, o czym świadczy opuszczenie przez paru widzów sali kinowej podczas seansu (nie będę jednak demaskować znajomych. Ups, chyba właśnie to zrobiłem). Mam jednak nadzieję, że, ci którzy nie zdecydowali się dotrwać do końca seansu, nie uznali, że symulacja erotycznych zabaw homoseksualistów, przywożenie bobasów z Afryki w paczkach z napisem „Fragile” (wymienionych na IPody) czy rozpaczliwe próby konwersji geja na heteryka mogą być tu celem samym w sobie. Po raz kolejny Sacha Baron Cohen pod pretekstem nieskomplikowanych, a wręcz durnych gagów podsuwa nam prosto pod nos rozciągnięte do granic możliwości lustro i prowokująco, w wyzywających złotych gatkach (aluzja do Kylie?), aż nazbyt uwydatniających tę część ciała, która w polskiej telewizji publicznej nie jest pokazywana przed 23, o ile pokazywana jest w ogóle, zadaje pytanie, które kiedyś nieopatrznie zadał nam Gogol.

Brüno jest filmem znacznie bardziej uniwersalnym niż Borat, w którym na celownik Cohen wziął przede wszystkim american dream i konsekwencje jego utraty. W Brünie nad überhomoseksualizm tytułowej postaci (która – waląc prosto z mostu – jest zwyczajną ciotą) jest jedynie jednym ze środków do zdemaskowania mechanizmów rządzących popkulturą. A także zdemaskowania właściwości ludzi, którzy – z przeróżnych pozycji – nadają temu biznesowi bieg. Specjalistki od PR są cycatymi blondynami wyjętymi z planu zdjęciowego twardego porno, gwiazdki reality show stają się ekspertami od spraw przeróżnych, rodzice ochoczo sprzedają dzieci do reklam, które łamią postanowienia Konwencji o Ochronie Praw Dziecka od góry do dołu. Kariera, sukces, kasa. Wiemy, że ludzie są w stanie zrobić dla niej wszystko. A nawet jeszcze więcej. Cohen wali tą starą jak świat prawdą prosto z mostu.

Niewykluczone jednak, że i ja dałem się wmanewrować w pokrętną grę Brüna. Tu chyba jeszcze trudniej niż w Boracie ustalić, co jest wyreżyserowane, a co jest prawdziwe. Postacie drugoplanowe grają same siebie, ale czy taka Paula Abdul (nota bene przedstawiana tu jako jurorka amerykańskiego „Idola”, a nie – na przykład – autorka jednego z hajlajtów muzyki pop) na przykład wiedziała, jaką rolę ma do odegrania? Czy Cohen ustawił się z Harrisonem Fordem, czy też aktor nie był świadomy wcześniej, że zostanie zaatakowany po wyjściu z restauracji przez przegiętego farbowanego blondyna z niemieckim akcentem? To pomieszanie fikcji z rzeczywistością likwiduje granice pomiędzy autentycznością a sztucznością, oddając zresztą bardzo udanie proces nieustannej modyfikacji, jakiej podlega świat. Idee, pomysły, bohaterowie, celebryci znikają tak szybko, jak się pojawili. Zresztą, tak jak zachowuje się tzw. świat przedstawiony, tak i sam film pędzi szybko, nieustannie. Gag goni gag (przecież Cohen jest wytrawnym komikiem), a ta kolorowa (i nie chodzi tu tylko o tęczowe stroje tytułowego bohatera) jazda pozostawia w ogłupieniu i oszołomieniu jeszcze po wyjściu z kina. Zważywszy, ze prawdopodobnie najlepszy koncept filmu, który pozbawia wszelkich wątpliwości co do umowności przyjętej konwencji, dostajemy właśnie na koniec.

Cohen nieustannie prowokuje. Nieprzypadkowo wybrał narodowość swego bohatera – Austria jest krajem tyleż sympatycznym, co bezbarwnym, który zapisał się w historii właściwie tylko klasykami wiedeńskimi i Adolfem Hitlerem, a jedyne sygnały, jakie ostatnio dochodzą nas znad Dunaju dotyczą skrętu w prawo tamtejszej sceny politycznej. Cohen ma więc używanie: w opozycji do konserwatywnych poglądów Austriaków odgrywa geja, który chce być sławniejszy od Hitlera. Kiedy Brüno trafia do wojska, salutuje Heil Hitler.. Trudno o celniejsze zdemaskowanie poprawności politycznej, przecież wszyscy mamy jej dosyć. Cohen, siarczyście korzystając z wolności, pokazuje również, że ma ona dwa końce: rób co chcesz, ale pamiętaj, ze inni też mają do tego prawa.

To film okrutny w tym kontekście, że nie liczy się z nikim i z niczym. Dostaje się i Brangelinie i zatwardziałym heterykom i gwiazduniom z nieznośną lepkością odbytu (to cytat, przepraszam za jego dosadność). Przydanie Brünowi łaty filmu, w którym wszystko kręci się wokół homoseksualizmu i który krytykować ma zarówno homofobów, jak i gejów bez ceregieli demonstrujących swą seksualną orientację jest tu uproszczeniem. Mogę się mylić, ale homoseksualizm głównego bohatera – oprócz wskazanej już możliwości skonfrontowania jego narodowości z aktualnymi nastrojami społecznymi – pozwala również na dosadną krytykę konsumpcjonizmu, którego nie sposób zatrzymać. Świat stał się zachcianką, kaprysem, jest równie ulotny co nasz wpis na fejsbuku sprzed dwudziestu minut. Oj, a to chyba aż nazbyt refleksyjne, jak na idiotyczny, niespełna dwugodzinny wytrysk nieustannych impulsów.

*niepotrzebne skreślić w zależności od światopoglądu/opcji politycznej/orientacji seksualnej

Reklamy

komentarzy 9

  1. zadziwia mnie, że po raz kolejny mamy tak bardzo podobne do siebie zdanie (a chętnie bym popolemizowała 😉 )

  2. I znowu oceny nie ma 😉
    Chyba, że uzasadnienie jej braku jest w recenzji. Ale nie czytałem bo nie oglądałem jeszcze filmu.

  3. @ Aga ->> ktoś napisał, że to w ogóle jest pseudointelektualny bełkot dla ludzi pozbawionych inteligencji 😉 to stawia nas w nie najlepszym świetle.

    @TP ->> Tym razem oceny nie ma, bo taki film trudno jest ocenić. Ale zobaczyć trzeba. Chyba 😉

  4. Jeszcze trochę i dojdę do wniosku, że powinieneś pisać o filmach, a nie o muzyce 🙂

    (to taka pozytywna uwaga)

  5. Pisanie o filmach bywa czasem znacznie bardziej wdzięczne 🙂

  6. Ja jednak, pomimo, że mogę się podpisać pod wszystkim co napisałeś na temat demaskowania przez Cohena mechanizmów naszej popkultury, to jestem filmem zawiedziony – spodziewałem się znacznie więcej, więcej akcji w stylu wywiadu z Paulą Abdul, a mniej scen z pigmejskim kochankiem.

  7. I moi znajomi też wyszli wcześniej z sali 🙂

  8. Sobie myślę, że Cohen chciał przećwiczyć w prewersyjny sposób i homofobię i homoseksualizm jako motywy współczesnej popkultury. Poza tym: nic tak nie promuje filmu, jak skandal.

    A scena z Paulą Abdul mistrzowska. Szkoda tylko, że podpisali ją „jurorka Idola” a nie „wokalistka, która nagrała jedną z najbardziej przeprzebojowych piosenek w historii popu” (o „Straight Up!” tu mówię).

  9. To trochę jak z Agnieszką Chylińską, która też zaczyna występować bardziej jako „jurorka Mam Talent”, a nie „wokalistka, kiedyś w ONA”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: