Zaskoczenie czyli „parę” słów o Open’erze


Nie będzie przesadą stwierdzenie, że tegoroczną edycję Heineken Open’er Festival sponsorowało słowo „zaskoczenie”. W tym momencie idzie mi nie tyle o poziom koncertów, a stosunek artystów do publiki. Goście z zagranicy sprawiali wrażenie, jakby Polska była dla nich ciemnogrodem za tajemniczą rzeką o nazwie Odra, oddzielającą wyedukowany muzycznie Zachód od siermiężnego Wschodu, gdzie jedyne odgłosy wydaje natura, niedźwiedzie buszują po puszczach, a wynalazek pod tytułem „muzyka” wciąż raczkuje. Polska publiczność przyjmowała artystów entuzjastycznie, z czym muzycy – zaskoczeni właśnie taką reakcją – radzili sobie na przeróżne sposoby. Oprócz standardów typu „i/we didn’t expect that” lub „you’re so fucking great”, pojawiły się zupełnie inne formy wyrażenia wdzięczności/zakłopotania Emiliana Torrini płakała, Lily Allen paliła jednego papierosa za drugim (jak przystało na prawdziwą diwę popu, do podpalania papierosów zatrudniła specjalnego asystenta), członkowie The Ting Tings połączyli się z przyjaciółmi z Manchasteru, by na żywo transmitować nieogarnialny krzyk publiki, Alice Glass z Crystal Castles ryczała jak zarzynana na żywca krowa, zszokowani Kings of Leon przez pierwsze pięć numerów nie odzywali się w ogóle, a potem zapomnieli o tym, że przyjechali tu przede wszystkim grać, Brian Molko – odważnie i nienaturalnie jak na niego – konstruował zdania wielokrotnie złożone, a przede wszystkim się uśmiechał, członkowie Buraka Som Systema, a także Santigold, zaprosili na scenę tłum rozochoconych fanów, Mike Patton bezskutecznie próbował zmusić publiczność do dośpiewania do Evidence choćby jednego wersu po polsku, ale wściekły niezrozumieniem komunikatu szybko się poddał. Temu nastrojowi niespodzianki poddała się nawet Gaba Kulka, która zaprosiła zgromadzonych podczas jej koncertu do swego domu, przy czym zaznaczyła, że dysponuje stosunkowo niewielka ilością miejsca w samochodzie. transportującym ją do Warszawy. Bez wątpienia, zdaliśmy egzamin: żywiołowe nastawienie publiczności zaskoczyło artystów, którzy prawdopodobnie spodziewali się policzalnej na palcach dwóch rąk garstki fanów. Nawet jeśli była to z ich strony kurtuazja, muzycy bawili się świetnie.

Zaskoczeniem było, że zarówno Faith No More, jak i Kings of Leon, nie zaskoczyli niczym. Nieprzypadkowo wybieram tę dwójkę na sam początek, bo – sądząc po ilości widzów zgromadzonych przed dużą sceną na ich koncertach – były to największe gwiazdy festiwalu. Oczywiście, brak szczególnych atrakcji nie stanowi tu zarzutu – oba zespoły dały porządny rock’n rollowy show. Nawet jeśli – co bardzo prawdopodobne zresztą – FNM pojawiło się na letnich festiwalach, bo przestało starczać panom kasy na rachunki, to swym niespełna półtoragodzinnym koncertem udowodniło klasę. Postawili na energię, czad, petardę. Znamienne, że Easy, największy ich przebój przecież, pojawił się bodaj jako piąty, tak jakby chcieli mieć go z głowy. Patton dwoił się i troił: wciąż dysponuje fantastycznym wokalem, a koniuszkiem małego palca mógłby zdmuchnąć wszystkich młodszych rywali. Ci, którzy przyjechali do Gdyni tylko na ich sobotni koncert (a sądząc po ilości biletów sprzedanych tylko na ten dzień nie było ich tak mało), mogli poczuć się usatysfakcjonowani. Podobnie rzecz się miała z niedzielnymi gwiazdami: Kings of Leon udowodnili, że rock’n roll mają we krwi (oprócz hektolitrów wódki rzecz jasna). Pomagał im z pewnością fakt, że ich koncert był jednym z najlepiej nagłośnionych, co – niestety – nie było regułą podczas tegorocznej edycji festiwalu, o czym jeszcze potem. Sprytnie ułożyli program koncertu: nacisk położyli na ostatnie dwa albumy, przeboje wyczerpywali powoli, clue występu stanowiły te mniej popularne kompozycje, znacznie bardziej wymagające. Taki układ występu spowodował zachwyt nie tylko tłumnie zgromadzonych przed sceną szesnastek, ale również i zaskakująco dużej liczby osób pamiętających pierwsze notowania Listy Przebojów Programu Trzeciego. Familji Followillów można nie cenić, ale nawet niedowiarkowie muszą przyznać, że mimo niewielkiego scenicznego stażu, Kings of Leon to absolutna koncertowa ekstraklasa, zaraz obok U2, Coldplay czy Placebo, którzy zagrali na Open’erze po raz drugi, a ich set właściwie w całości wypełniły największe przeboje (ani się nie obejrzeliśmy, a tyle już ich mają!)

A jak radzili sobie ci naprawdę młodzi? Znów na chwilę powrócimy do motywu przewodniego: zaskoczenie, tym razem z gatunku rozczarowujących, zgotowali Arctic Monkeys. I nawet gdyby w trakcie ich koncertu nie padło dwukrotnie (!)  nagłośnienie (podobna, choć krótkotrwała, awaria podczas następującego po występie Małp skądinąd świetnego koncertu Basement Jaxx sugeruje, że wina niekoniecznie leży po stronie artystów), to i tak nie można zaliczyć go do wydarzeń udanych. Przeniesienie środka ciężkości z przebojów na rozciągnięte do granic cierpliwości utwory pozasinglowe, a także nadreprezentacja „dorosłych” kompozycji z nowego albumu zespołu (premiera jesienią), które sprawiają wrażenie napisanych pod wpływem King Crimson, spowodowało, że perspektywa wycieczki do budek z piwem stała się bardziej niż atrakcyjna. Małpy nie są koncertowym zespołem, również dlatego, że sam zespół utrzymuje kontakt z publicznością na poziomie co najwyżej minimalnym. Gwoli sprawiedliwości należy jednak odnotować, że w drodze na festiwal panom zdarzył się wypadek, na szczęście bez specjalnych nieprzyjemnych skutków, co pewnie nie pozostało bez wpływu na jakość koncertu. Przeciwwagą dla ciężkiego koncertu Arctic Monkeys był lekki występ The Kooks – to pewnie nigdy nie będzie najważniejszy zespół świata, ale – co istotne – świadomy jest ograniczeń przyjętej postkinksowskiej konwencji, co z kolei otworzyło drogę do ubarwienia poszczególnych numerów choćby poprzez wprowadzenie elementu improwizacji i niewymuszone jam session. Ciekawie wypadli również White Lies, mocujący się na własny sposób z estetyką Joy Division. Choć braki warsztatowe są aż nazbyt zauważalne (słowa te kieruję przede wszystkim do wokalisty Harry McVeigh, który po powrocie z letnich festiwali powinien czym prędzej udać się na lekcje śpiewu), to energia towarzysząca koncertowi wynagrodziła wszelakie niedogodności.

Mecz panie vs panowie wygrały przedstawicielki płci pięknej. Emiliana Torrini dała piękny pokaz liryzmu i skupienia. Gaba Kulka pokazała, że skromność jest jednym z najbardziej skutecznych dróg dotarcia do publiczności. Poza tym artystka jest posiadaczką niespożytej scenicznej charyzmy, a także niezaprzeczalnego talentu – wszystko to predestynuje ją polskiej ekstraklasy. Z kolei w zespole Gossip stosunek pań do panów wynosi 2:1 i to właśnie panie przyjęły na siebie ciężar koncertu. Perkusistka zespołu, Hannah Billie, otrzymuje nagrodę w kategorii „kamienna twarz festiwalu” (wicemistrzyni: groźna tancerka Santigold, posiadaczka twarzy nieskażonej żadnym grymasem), a wokalistka Beth Ditto to niemal pewniak do trofeum za estradowy urok. To potężna baba z fantastycznym głosem, która gdy nie śpiewa, ma barwę trzynastoletniej dziewczynki; jest mocna i krucha zarazem. To właśnie sceniczna osobowość Ditto przesłoniła dość przeciętne kompozycje zespołu. A ci, którzy czekali na wokalną wpadkę Duffy, musieli obejść się ze smakiem – wokalistka panuje w stu procentach nad swym głosem, a aranżowane na tradycyjną, soulową modłę utwory dają jej pełne pole do popisu. Największymi pechowczyniami festiwalu okazały się być natomiast Pati Yang i Santigold. Ta pierwsza dlatego, że jej koncert odbył się zdecydowanie za wcześnie – jej transowe electro zdecydowanie bardziej wyraziście wypadłoby nocą niż wczesnym popołudniem. Druga z wymienionych pań to kolejna ofiara nienajlepszego nagłośnienia: wokal Santi wysunięto znacząco do przodu, podczas gdy sekcja rytmiczna, tak bardzo przecież istotna w jej utworach, czerpiących pełnymi garściami i z folku i z rock’n rolla, ale przede wszystkim hip-hopu, była czasami wręcz niesłyszalna – odpływ publiczności był więc nieunikniony, a szkoda, bo piękny uśmiech artystki prezentował się niebywale.

Najważniejsze, najlepsze koncerty? Cieszy mnie, że trójka, na której występ cieszyłem się najbardziej, nie zawiodła Szwedzki tercet Peter, Bjórn & John, kojarzony przede wszystkim za sprawą utworu Young Folks, z charakterystycznym gwizdanym motywem, ujął bezpretensjonalnością i sprawnym poruszaniem się po przeróżnych konwencjach. Być może dość niefrasobliwie umieścili swój największy (i na dobrą sprawę jedyny) przebój mniej więcej w połowie koncertu, ale ci, którzy jednak zostali, dostali prawdziwą ironiczną muzyczną ucztę, zaskakująco zresztą mocną. Sobotę w namiocie zamknął z kolei Antony Gonzalez i jego projekt M83. Anthony przyjechał z Francji w towarzystwie perkusisty oraz intrygującej klawiszowiczki, która sprawiała wrażenie zespolonej po wieki z instrumentem. Szybko wypstrykali się z przebojów pokroju Kim & Jessie czy Graveyard Girl, tylko po to, by nakłonić publiczność do hedonistycznej zabawy. Zabawy słodko-gorzkiej zresztą: tkwił w tym romantyzm, ale także podskórne niebezpieczeństwo, coś, co zaciemniało idylliczny obraz całości. Ejtisowe naleciałości kontrastowały z mrocznym, tantrycznym rytmem. Stanowiło to poszerzenie przyjętej na płytach estetyki, znacznie bardziej introwertycznej, samotnej. Najmocniejszy występ zaliczył jednak duet The Ting Tings: istniało pewne niebezpieczeństwo, że występ na żywo może bez specjalnych ceregieli odsłonić fakt, że są tylko i wyłącznie muzycznymi hochsztaplerami, pozbawionymi talentu, którzy do perfekcji opanowali umiejętność posługiwania się odpowiednimi guziczkami w studio. Mają jednak potężną broń: ich ubiegłoroczny debiut We Started Nothing naszpikowany jest przebojami, co już na starcie już daje im fory. Okazało się jednak, że wszelkie obawy są nieuzasadnione: Katie nie jest spokojną dziewczynką, z łatwością przechodzi od szeptu do krzyku, wreszcie nauczyła się grać na gitarze, a do tego jest prawdziwym zwierzęciem scenicznym, takim co to się miota, rzuca, jest w koncercie cała i natychmiastowo przyjmuje energię  od publiczności. Jej partner, Jules, był może bardziej statyczny, co wymuszały okoliczności – musiał ogarnąć i bas i klawisze i perkusję – ale każdy sprzyjający moment wykorzystywał do nawiązania interakcji z widzami. Świetnie poradzili sobie również z pewnym obiektywnym problemem: ich album trwa jedynie czterdzieści minut, co jak na koncertowe standardy open’erowe to za mało, ale od czego jest inwencja: The Ting Tings nakręcali rozszalałą publikę długimi wstępami czy bridge’ami, a także wplatali w kompozycje motywy z innych utworów.

Na koniec dwa zastrzeżenia (o problemach z nagłośnieniem już było). Po pierwsze, ta edycja festiwalu stanowi dowód, że Heineken stał się wydarzeniem z gatunku masowych. Jak wynika z udostępnionych przez organizatora danych, frekwencja przewyższyła tą z poprzedniego roku o ponad 10000 widzów, nie sposób jednak odnieść wrażenia, że najwięcej przybyło osób przypadkowych, które nie mają z muzyką wiele wspólnego, a dla których Open’er to miejsce, w którym przede wszystkim wypada być. Nie twierdzę, że to źle, w końcu to również przedsięwzięcie, które ma przynieść konkretne profity. Nie chcę wychodzić też na zgreda, który na poprzednich edycjach zjadł wszystkie zęby, ale skład tegorocznej publiczności spowodował, że impreza stała się bardziej „ich” niż „nasza”. A po drugie: albo wszyscy posługują się Alterkartami (sposób płatności specjalną festiwalową kartą płatniczą), albo wróćmy tylko do systemu żetonowego: mimo opublikowania informacji, że Alterkart jest preferowaną metodą dokonywania zakupów na terenie festiwalu, która ma przyspieszyć transakcje, zdecydowana większość stoisk nie dysponowała odpowiednimi czytnikami (które czasem nie czytały kart), co zamiast skracać czas poświęcony na zakup dość znacząco go wydłużała.

I wreszcie lista życzeń na przyszły raz: TV on the Radio, Bat for Lashes, Coldplay, Arcade Fire, Florence & the Machine. Byłoby nieźle.

PS. Za nieuniknione literówki przepraszam – po Morrisseyu trudno skupić uwagę.

Advertisements

komentarzy 7

  1. i oto jest! 😉 ech chętnie bym pokrytykowala, popolemizowala, ale w większości przypadkow się z Tobą zgadzam. no i komenty „na żywo” zawisły już w czaso przestrzeni.

    co do FNM jednak, wiem o takich co to się popłakali ze wzruszenia… :>

    co do życzeń na przyszły rok? bra problemów z dźwiękiem, więcej czytnikow alterkart i czyszczenie toi toi… 😉

    muzycznie do Twoich dodaję: Tool, The Mars Volta, Lykke Li (która powinna była pojawić się w tym roku), zaległa M.I.A., La Roux, … i pewnie w trakcie roku jeszcze coś ciekawego się pojawi – na to liczę! 😀

    kissy

  2. Tak, ja przyjechałem tam tylko na FNM i zgadzam się ze wszystkim co pan redaktor napisał – zwłaszcza o koniuszku małego palca. 😉

    Ale jak Ty się Maćku teleportowałeś między tymi scenami, to już dla mnie zagadka.

  3. No to się zgadzamy w większości kwestii:). Z muzycznych życzeń, to kminiliśmy ze znajomymi, kogo byśmy chcieli zobaczyć lub kto by się nadał na taki festiwal. Mi wychodzi tak (już bez rozróżnienia na jedną i drugą kategorię): Blur, Jack Penate (to Ty go odkryłeś dla mnie – dzięki!), Dan Deacon, The Hives, M.I.A., Primal Scream, Green Day, The Killers, Animal Collective (to co, że znowu w Polsce;)) i pewnie jeszcze wiele, wiele innych.

  4. jeszcze Crystal Method poproszę! 🙂

  5. Byłbym zapomniał – Super Furry Animals, żelazny typ od dłuższego czasu:)

  6. Cut Copy, Jamiroquai, The Music 🙂

  7. No z tym Toolem czy Mars Voltą to chyba przesada :). Ale takie SFA to jak najbardziej, Jacuś Penate oczywiście też (i to by dopiero było!). Pomysł z Jamiroquai jest również dobry. The Killers chyba nie chciałbym już usłyszeć po raz drugi na żywo, stąd nie jadę do Krakowa. A tak naprawdę to mi się marzy taki zestaw: Ladyhawke-Cut Copy-Vampire Weekend, i to niekoniecznie na ołpenerze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: