Niespodzianka (The Horrors „Primary Colours”; XL Recordings)


Najczęściej pojawiającym się w kontekście drugiego albumu zespołu The Horrors słowem jest niespodzianka. Oto bowiem zespół, tytułów nagrań którego zupełnie nie mogę sobie przypomnieć, natomiast aż nazbyt mocno pamiętam odbijający się czkawką zniesmaczenia ich fatalny, podwórkowy, gotycki imidż, psuedomistyczne wynurzenia wokalisty Farisa Rottera, narkotykowe spazmy, mocne, turpiczne eyelinery, wydał kto wie, czy nie najbardziej odważną płytę tego roku. Tak, kiedyś zupełnie nie traktowaliśmy ich poważnie, byli zgrają nieodpowiedzialnych, głupawych emo-dzieciaków przerażonych burzą hormonów, pozbawionych jakiekogokolwiek talentu. Ta banda frajerów została nawet porzucona przez własną wytwórnię! Dziś deklasują konkurentów o parę długości. Niby ten sam zestaw inspiracji: Rotter nadal udaje Iana Curtisa, klaustrofobia Bauhas wciąż jest wyczuwalna, szorstkość Echo & the Bunnymen stanowi priorytet, ale jakże inne wykonanie! Chaos towarzyszący debiutowi zunifikowano do rozmiaru mantrycznej motoryki. Zestaw znamienitych producentów, w tym Geoff Barrow z Portishead, a także debiutujący w studio reżyser teledysków filmowych Chris Cummingam, wprowadził klarowne i precyzyjne podziały – zmanierowany wokal został schowany na ten sam poziom, co tnący miarowo bas, co sprawia, że mamy wrażenie uczestnictwa w shoegazowym spektaklu, w którym za chwilę wyskoczą zreaktywowani My Bloody Valentine, jak choćby w mocarnym Scarlet Field czy Three Decades. Ogromny nacisk położono również na realizację partii instrumentów klawiszowych – znów posłużę się przykładem Scarlet Fields, w którym to właśnie one, pełne dysonansowych wibracji, wpędzają w dźwiękową klaustrofobię, czy I Only Think of You, gdzie przesterowane i jednostajne stanowią siłę sprawczą wykrzywionego epitafium. Gitary miażdżą w dowolnie wybranych kierunkach, skrzeczą, czkają, warczą, jak choćby w I Can’t Control Myself, wykrzyczanym praktycznie z chłodną rezerwą, a jednak pełnym emocji, tak jak zrobiłby to w starych, dobrych czasach Brett Anderson ze Suede. A jakby tego było mało, The Horrors doskonale radzą sobie w – wydawałoby się – kompletnie porzuconej sztuce: realizowania utworów, których długość znacząco przekracza radiowe maksimum, czego najlepszym dowodem jest kończące krążek ośmiominutowe Sea Within a Sea (uwaga, to był singel!), w które Can i krautrock spotykają Spaceman 3 i nieziemskość. Całość składa się na niezwykły portret zdeformowanej wieloma możliwościami generacji, odrzucającej podstawy, a jednocześnie rozpaczliwie łaknącej sensu. Zaiste, to krążek namalowany jednym tylko kolorem – czernią, ale iskrzący się z intensywnością, której brakuje niejednemu tegorocznemu świecidełku.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: