Bez-tytułu-bo-sam-tytuł-omawianej-tu-płyty-to-i-tak-aż-nadto (Kasabian „West Ryder Pauper Lunatic Asylum” RCA/Columbia)


Wniosek jest jeden: Kasabian stoją w rozkroku pomiędzy starymi przyzwyczajeniami a ambicją wielkości Teksasu. Już poprzedni krążek grupy, wydany przed trzema laty Empire wskazywał, że jego autorzy chcą być czymś więcej niż kolejnym odpryskiem nowej rockowej rewolucji. Zboczyli więc ze szlaku wytyczonego wcześniej przez choćby Primal Scream i ich albumy z początku lat osiemdziesiątych, prezentując rozbuchane produkcyjnie formy, które przy zachowaniu wszelakich proporcji mogłyby zostać uznane za awangardę dla bełkotu kolegi Doherty’ego chociażby. Niestety, na West Ryder Pauper Lunatic Asylum (uff!) Kasabian robią wiele, by media powróciły do nadanego im na wysokości debiutu określenia „drugie Happy Mondays” – otwierające płytę dwie pierwsze kompozycje to nic innego jak mniej (Where Did All the Love Go?) lub bardziej (Underdog) udane wariacje na temat klasycznego numeru grupy Shauna Rydera, Step On. Do takiego szablonu wracają jeszcze parokrotnie, by wymienić choćby singlowe Fire. Żadna z tych kompozycji nie ma jednak siły pamiętnego Club Foot, które – mimo długiego stażu – nadal jest pozycją obowiązkową wszelkich indie-pop parties. Niezrozumiałe i niewybaczalne w kontekście potencjalnych możliwości są wpadki pokroju Swarfiga, nudnej i bezcelowej miniatury, równie pompatycznej, co sam tytuł płyty – oznacza on jeden z najsłynniejszych w Wielkiej Brytanii szpitali dla umysłowo chorych. Samego szaleństwa nie jest tu jednak zbyt dużo, a większość płyty sprawia wrażenie niepotrzebnie nadmuchanej i spiętej, mimo że jego natychmiastowym przeznaczeniem zdają się być wyprzedane co do miejsca trzy noce na Wembley.

Dla przeciwwagi wypunktować należy jednak niezaprzeczalnie mocne strony krążka. Na pierwszy plan wysuwa się czysta, rysowana grubą kreską, produkcja Dana the Automatora, współpracownika Gorrillaz, który przeszczepił na rockowy grunt hip-hopowe uwielbienie rytmu. Bronią się również te kompozycje, które sięgają swymi inspiracjami daleko poza Madchaster, a to, co tracą brakiem oryginalności, nadrabiają urokiem, tajemnicą, szorstkością. We Vlad the Impaler chłopcy bawią się w The Chemical Brothers. West Ryder Silver Bullet, nie tylko ze względu na wokalny udział aktorki Rosario Dawson, pamiętanej przede wszystkim z Sin City, przywołuje filmowe skojarzenia z filmem: idealnie wpasowałoby się bowiem na ścieżkę dźwiękową przygotowaną przez Ennio Morricone. Podobnie rzecz się ma z najlepszymi w zestawie Secret Alphabets czy Ladies and Gentlemen (Roll the Dice), które właściwie tylko czekają na nowe dzieło Quentina Tarantino (uwaga na bollywoodzkie smyki!). Nie zmienia to faktu, że West Ryder Pauper Lunatic Asylum (uff! po raz wtóry) tylko momentami spełnia wyśrubowane oczekiwania, za mało tu jednak polotu, indywidualnego sznytu, czegoś, co oddziela zespoły bardzo dobre od wybitnych, co z kolei umożliwiałoby Kasabian pokrycie uporczywie składanych obietnic.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: