Testament (Manic Street Preachers „Journal for Plague Lovers”; Columbia, Sony/BMG)


Choć w pozycji „skład zespołu” na okładce płyty pojawiają się trzy nazwiska, Journal for Plague Lovers zawdzięcza swój kształt czterem osobom. Ten czwarty to Richey Edwards, zaginiony w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach w 1995 roku gitarzysta Manic Street Preachers (w ubiegłym roku, na wniosek rodziny, został oficjalnie uznany za zmarłego). Postać, która przez Brytyjczyków została niemalże zmitologizowana, depresyjny wrażliwiec rozkwitający w świetle reflektorów, jednocześnie szydzący z medialnego zainteresowania. To ktoś, kto w odpowiedzi na sugestię, że Manic Street Preachers nie są autentyczni, wyciął nożem na swym przedramieniu słowa „4Real”…

Niedługo przed zniknięciem Richey zostawił teczkę z zapiskami, szkicami tekstów piosenek, banalnymi historyjkami. Teraz, po piętnastu latach, jej zawartość, po stosownym zedytowaniu i uporządkowaniu, stanowi podstawę warstwy literackiej dziewiątego w dorobku Manic Street Preachers albumu. Dziś panowie są już po słusznej stronie czterdziestki. Kiedy Edwards wybrał ucieczkę, miał niewiele ponad dwadzieścia sześć lat. Młodość ma prawo być naiwna, chaotyczna, bezrefleksyjna. Kontrast pomiędzy nierzadko pełnymi utopijnych rozwiązań tekstami, wyrażającymi tęsknotę za niemożliwym, za powszechną równością (MSP nie kryją swych lewicowych sympatii), wreszcie: ujawniającymi świadomość pustki, iluzji, marazmu, a życiowym doświadczeniem muzyków jest aż nazbyt widoczny. Nie przeszkadza to jednak w odbiorze płyty, wręcz przeciwnie: stanowi pomost pomiędzy planami a ich realizacją, wyobrażeniami a rzeczywistością. To szansa, w szczególności dla samych artystów, na konfrontację z dawnymi postawami. Odkrycie pozostawionego przez przyjaciela testamentu umożliwia refleksję: to cenna lekcja również dla słuchaczy, szczególnie tych młodszych, którzy przekonają się, że ideały niezmienne są od pokoleń. Bo gdyby Edwards żył teraz, kiedy granice showbusinessu wytyczane są przez pierwsze strony tabloidów, byłby wzorcowym przykładem zagubienia i autodestrukcji, nieustannie śledzonym przez żądnych kompromitujących zdjęć paparazzich.

Na szczęście, Manic Street Preachers nie jadą jedynie na legendzie. Gdy bowiem odrzucimy wymiar emocjonalny krążka, okaże się, że to kolejna, prosta i zwyczajna płyta w dorobku zespołu, rozpisana na trójosobowy skład. Najbliżej  jej – nie tylko ze względu na autora obrazu wykorzystanego na okładce – chyba do surowej The Holy Bible, ostatniego krążka zarejestrowanego z Edwardsem, pewnie również za sprawą ascetycznej produkcji Steve’a Albiniego. W opozycji efektywnie vs efektownie panowie wybierają opcję pierwszą, dlatego też spośród wyjątkowo równych kompozycji trudno wyróżnić którąkolwiek (jeśli już miałbym to jednak zrobić, postawiłbym na nagranie tytułowe, z wibrującą, hipnotyczną partią basu, bliskie hedonistycznemu Madchasterowi). To rock’n roll w czystej, a przez to prawdziwej formie, pozbawiony ozdobników, błyskotek, unikający bardzo prawdopodobnej, biorąc pod uwagę historię płyty, pułapki taniego sentymentalizmu. I tym bardziej hołd dla przyjaciela jest tak przejmujący: nie mizdrzy się, nie szuka taniego poklasku, nie bazuje na sensacji.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: