Szarża („Wojna polsko-ruska”, reż. Xawery Żuławski, dyst. ITI Cinema)


Na początek należą się brawa. Przede wszystkim za to, że kampanię marketingową kojarzoną z produktami filmopodobnymi typu Kochaj i płacz i nie żałuj zastosowano – bądź co bądź – do obrazu niekojarzącego się z masówą. Cała Warszawa tonie w plakatach promujących Wojnę, podobnie jest w Poznaniu czy w Łodzi (tak było przynajmniej trzy tygodnie temu, czyli na 14 dni przed premierą). Świetnie skonstruowano również trajler, w którym pojawiają się najbardziej plebejskie elementy filmu: festyn, bary Szyca, napierdalanki, seksowne laski, co oczywiście napędziło publiczność żądną głupot pokroju filmów Lubaszenki. Bo ci co mieli na ten film iść, to poszliby i tak. Stąd do kina trafili nie tylko znawcy literatury Masłoskiej, przepraszam, Masłowskiej, inteligenciuchy, ale również ci, którzy w Silnym mogli odnaleźć najlepszego zioma z podwórka. I każdy z widzów śmiał się w zupełnie innym momencie.

Od razu trzeba napisać, że to film nierówny. Pierwsze pięćdziesiąt minut, godzina może, pędzi do przodu jak bolid Jensona Buttona. Pełna brawura, jakiej w polskim kinie chyba wcześniej nie było, wszelkie próby przypuszczenia, co stanie się za chwilę, są pozbawione większego sensu. W tym fragmencie film jest soczysty, krwisty: od dialogów przez pomysły po montaż. Szybko, mocno, dotkliwie, boleśnie (o ile oczywiście ktoś lubi takie zabawy). Raz-dwa-raz-dwa. Czy to rozmowa Silnego z penisem, rzygowiny Arlety, wciągająca jak kokę barszcz Natasza, czy spadające na głowę kawałki dykty: ma się wrażenie uczestnictwa w nieograniczonym uprzedzeniami lunaparku nieznanych polskiemu kinu motywów. Gdzieś w tle wybrzmiewają sceny z Urodzonych morderców, może – mimo wszystko – z Trainspotting, romantycznych telenowel. To, co jest siłą tego filmu staje się jednak jego słabością: Żuławski zrealizował pewnie wszystkie pomysły, jakie tylko przyszły mu do głowy. Stąd nieczytelna jest zupełnie scena z talk-showem, stąd nużą wspólne sceny Silnego i Magdy (Roma Gąsiorowska). Film jest za długi, tak jakby czas jego trwania miał jeszcze spotęgować jego nieokiełznanie.

Nie czytałem książki Masłowskiej, więc byłem przygotowany właściwie na zestaw mniej lub bardziej udanych gagów. Wojna jest wydziarana luźno związanymi ze sobą epizodami, chaotycznymi, improwizowanymi, istnienia jako takiej fabuły nie stwierdzono. Świetnym zabiegiem fabularnym jest umieszczenie na pierwszym planie Masloskiej, w której głowie dzieje się cała ta historia (sceny, w którym Masloska podpowiada Silnemu kolejne kwestie, należą do najzabawniejszych) – jak rozumiem, w książce narratorka nie odsłania się na samym początku. Jak napisała u siebie Monika, bohaterowie są marionetkami w rękach zbzikowanej licealistki. Nic nie jest więc tu rzeczywiste, a przynajmniej możemy mieć co do realności poszczególnych elementów składowych duże wątpliwości. Nic nie jest na pewno. Opozycja jest vs nie ma została całkiem interesująco rozegrana. Silny nie wie, czy Magda go kocha. Silny nie wie nawet, czy żyje. Jego świat może być zbudowany z tekturowych ścian, które przewraca się jednym palcem, ot tak. Świadomość? A po co? Bohaterowie Wojny utkani są ze wspomnień, zasłyszanych historii, dialogów, bez tożsamości, bez niczego. Upojeni narkotykami nigdy nie upoją się życiem – choć bardzo by tego chcieli. Szyc chce kochać, Magda chce być kochaną, choć puszcza się na prawo i lewo, Natasza chce kochać, ale w wolnych chwilach robi znajomym rozpierduchy w kuchni. Ala chce być wybzykana, ale na razie jest porządną uczennicą w okularach. I dlatego też Wojna (nawet jeśli nie taki był zamiar Żuławskiego) sprawdza się jako portret pokolenia dwudziestokilkulatków – chwilowych i chaotycznych. I dotyczy to nie tylko blokersów: tu wszyscy sprawiają wrażenie, jakby pojawili się na chwilę, bez większego znaczenia. Większość walczy z urojonymi wrogami: przecież wiadomo, że wszystkiemu winni są Ruscy. Albo jesteś z nami, albo przeciw nam. A że tych Ruskich tak naprawdę nikt nie widział, to zupełnie inna sprawa. Polacy tuszują strach, taki zwyczajny, ludzki, ksenofobią i uprzedzeniami. Chętnie zamieszkaliby w sterylnym osiedlu doskonale białych domów jednorodzinnych, z przymocowanymi do latarni biało-czerwonymi flagami. Zostaje im jednak tylko pudełko ptasiego mleczka z ukrytą w środku działką kokainy i porno w telewizorze, służące za inspirację inicjacji.

Na koniec słowo o aktorach, którzy doskonale odnajdują się w przerysowanym, zamfetaminizowanym języku powieści, gdzie „kurwa” sąsiaduje z „azaliż”, „jednakże” i „ponieważ”. Szyc jedzie po bandzie, ale nawet na chwilę nie staje się karykaturą. Jest beznadziejnie głupim osiłkiem, którego stać jednak na refleksję (a może to na refleksję stać rządzącą jego słowami i świadomością Masłoską?). Najgorsze jest to, że doskonale zdaje sobie sprawę z wielkości stworzonej kreacji, odniosłem wrażenie, że kilkukrotnie puszcza do widza oko: jaki jestem zajebisty!. Najlepszą postać kobiecą kreuje tu Bohosiewicz: ostra baba, która kobiecość traktuje jako pole do walki. Ciekawa jest również Gąsiorowska: jej Magda sprawia wrażenie fantazmatu, fantoma, jest irytująco bezmyślna, ale jednocześnie trzeźwo myśląca, naiwna, ale wyrachowana. Osobnym i osobliwym zjawiskiem jest Maria Strzelecka (prywatnie: żona Żuławskiego): na co dzień animatorka kultury, tu jako Andżela, metalówa (a może emo?), licealistka, niefrasobliwa, jeszcze dziewica (a może już nie?). Jest jeszcze Michał Czernecki (postrach miasta Lewy), obok Marcina Hycnara najbardziej utalentowany aktor młodego pokolenia, który niestety utknął w telewizyjnych tasiemcach, a przecież dał się zauważyć na dużym ekranie w (jednak) przekombinowanym Futrze.

Nie sposób nie zgodzić się z Pawłem Felisem – zdaje się, że na planie wszyscy bardzo dobrze się bawili, co zresztą przyznała Roma Gąsiorowska w ciekawym wywiadzie udzielonym mi na potrzeby Gazety Studenckiej (wywiad w całości opublikuję również i tu, kiedy pojawi się czerwcowym numer miesięcznika). Jasne też, że tu o formę, a nie treść chodzi, i czasem znad formy treść trudno dosięgnąć. Jesteśmy atakowani non-stop surrealistycznymi impulsami. Degrengolada i tempo, pustka i zastępniki. Nie, już nie mam na myśli filmu.

PS. Przepraszam za wulgaryzmy, których zwyczajowo staram się unikać. Tym razem jednak czystość języka musiała ustąpić konwencji.

Advertisements

komentarzy 6

  1. ze wszystkim się niemal idealnie zgadzam poza Hycnarem. Bo jeśli „Drzazgi”, to jednak Marcin Łuczak w roli Bobasa. Koleś rozwalił ekran. Zakładam, że jest bardziej utalentowany, ejmen.

  2. e, Hycnar jest fantastyczny, co udowodnił i dubbingiem i choćby rolą świra w „Ogrodzie Luizy”. Ale faktycznie – o Bobasie i Łuczaku zapomniałem – doskonały epizod.

  3. Hycnar w Ogrodzie Luizy – jasne. W ogóle kibicuję mu jak najbardziej i nie mówię, że zły, ale jednak jestem szalikowcem Łuczaka:)

  4. Świetnie, że wspomniałaś o Michale Strzeleckim, bo o nim żadko kto wspomina, a przecież stworzył lepszą postać niż chociażby Szyc.

  5. […] Za odwagę. I za Borysa Szyca. Zobacz więcej. […]

  6. […] obezwładniającej, chaotycznej i frapującej. A już po wszystkim pojawia się skojarzenie z Wojną polsko-ruską (szczególnie w kontekście braku jednoznaczności i zalewu wpływów, próby ukazania bezkresnej […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: