Hedonizm (Marmaduke Duke „Duke Pandemonium”, Warner)


Udział biorą:

Simon Neil z Biffy Clyro

JP Reid z Sucioperro

Przedsięwzięcie Marmaduke Duke rozpisane jest na trylogię: pierwsza jej część The Magnificent Duke ukazała się w 2005 roku, trzecia, o znaczącym tytule, Death of the Duke ma pojawić się latem 2011. Środkowy jej element, Duke Pandemonium, to jedna z bardziej przyjemnych i urokliwych niespodzianek tego roku.

MD należy traktować jako odskocznię, wentyl bezpieczeństwa zorganizowaną przez założycieli tego projektu dla nich samych. Tu wszystko jest umowne, a przez to pozbawione ścisłego kontaktu z rzeczywistością. Poszczególne fragmenty układanki stanowią zapis wycieczki wraz z w niecierpliwą, nieznającą spokoju duszą Duke’a. Tyle panowie, my o bohaterze nie dowiadujemy się niewiele więcej: prawdopodobnie dysponuje nadludzkimi siłami, być może przebył z innej planety. Ten typ opowiastek zwykle wzbudza wątpliwości co do jakości całego wydawnictwa – skoro artysta ucieka się do durnych, pozbawionych sensu wywodów, to znaczy, że chce odwrócić uwagę od finalnego rezultatu marnego sortu. Nie tym razem.

Duke Pandemonium to kwintesencja hedonizmu, rozumianego jako możliwość korzystania z dowolnej konwencji – zawartość albumu przypomina różowy patchwork z okładki, kolorowy, radosny. Takich płyt powstaje ostatnio na pęczki, co potwierdza tylko banalną w gruncie rzeczy tezę, że generacja „mash-up”, czy jak kto woli: „cut-copy” ma się bardzo dobrze. Przykład Empire of the Sun, czy (w mniejszym stopniu) Passion Pit (o ich debiucie Manners w najbliższym czasie) pokazuje, że lawirowanie pomiędzy kolejnymi etapami, żonglowanie pomysłami, choć efektowne, może skutkować przeładowaniem i konstrukcją, w której forma znacznie góruje nad treścią. Marmaduke Duke udaje się jednak uchronić przed ta pułapką, a ich najbardziej skuteczną bronią jest bezpretensjonalność. Nie twierdzę, że Duke Pandemonium to płyta wybitna i oryginalna – wręcz przeciwnie – wobec przyjętej konwencji posiłkuje się ogranymi schematami. Autorzy krążka proponują kosmiczny rajd po najmniej oczekiwanych, najdziwniejszych imprezowniach. Bo to w swym hedonizmie przede wszystkim płyta utylitarna, aktywująca się najczęściej w piątkowe i sobotnie wieczory. Synth-pop zaprezentowanego powyżej Kid Gloves współgra z fun(c)kowym przesłaniem Je Suis Un Funky Homme, w którym bas wysyła od razu na parkiet. Co ciekawe, najmocniejszym fragmentem krążka jest ten, w którym panowie proponują zwyczajną, radiową piosenkę – przesadnie skrócone, ale nieoczekiwanie chwytliwe Rubber Lover być może zawdzięcza swój cały urok staremu piernikowi Billy’emu Joelowi, ale częstotliwość, z jaką teledysk ten hula na MTV, a także dwunaste miejsce na brytyjskiej liście przebojów (jedynie na podstawie downloadów) potwierdza, że na swój własny sposób retro wrażliwość może zostać odkodowana przez cyfrową młodzież. Na swym drugim wydawnictwie Maramduke Duke niemal wszystko jest przerysowane, chce być wielkie, epickie, bezkresne, ale tylko po to, by oszukać słuchacza na całej linii. O radość tu chodzi, nic więcej. I nią album błyszczy. Różem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: