Rozdroże (Doves „Kingdom of Rust”, Astralwerks)


Zdaje się, że na wysokości czwartej płyty obszar, w którym porusza się dany artysta, który nie ma większych ambicji, niż dostarczanie rozrywki na wysokim poziomie, powinien być już ustrukturalizowany, a wszelakie modyfikacje winny być traktowane jako kaprys wynikający z doświadczenia. Tymczasem, Kingdom of Rust łamie tę regułę, a autorzy krążka, brytyjskie trio Doves, prezentuje się na co najmniej trzy różne, nie zawsze efektowne sposoby.

Rejestrując otwierające płytę nagranie Jetstream panowie przypomnieli sobie zapewne, że mniej więcej piętnaście lat temu, jeszcze jako Sub Sub, stanowili na lokalnej scenie tanecznej niezgorszą alternatywę dla dogorywającej wtedy kultury rave’u, tudzież szablonowych i jednoprzebojowych gwiazdek pluszowego, nieszkodliwego house’u. Niestety, zabawa w rytm nie przynosi spodziewanych rezultatów, jest co najmniej średnio, a przede wszystkim wtórnie. Nawet gdy zaskakują w epilogu 10:03, to i tak nie można oprzeć się wrażeniu, że oto New Order spotyka Chemical Brothers.

Odsłona numer dwa to nierówna walka z ekipą Chrisa Martina, którą Doves kultywują od pierwszej płyty (vide co najwyżej poprawne Winter Hill, aluzja do Violet Hill ?). Tym razem jednak nokaut jest więcej niż oczywisty, zabrakło bowiem starannie wyprowadzonych ciosów na miarę Sky Starts Falling czy There Goes the Fear, z oczywistym radiowym przeznaczeniem. I dlatego to w trzecim wariancie prezentują się zdecydowanie najlepiej. Wtedy bowiem nie stroszą się w cudze piórka, a z pełną świadomością wynikających z tego schematu ograniczeń (nowatorskość na poziomie zero, autocytaty) przekonują, że Doves to tylko i wyłącznie … Doves, niegdyś czołowi przedstawiciele nurtu zwanego acoustic rockiem. Nie dziwi więc, że najdłużej skupia uwagę Spellbound, wcale nie tak daleki kuzyn wspaniałego The Boy Who Told Everything z pierwszej płyty, czy też House of Mirrors, przywołujące hajlajty z albumu numer dwa. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: za kombinowanie i produkcyjną perfekcję należy się absolutna pochwała (bujające, funkujące Complusion płynie we wzorcowo niezauważalny sposób), ale nie można nie oprzeć się wrażeniu, że członków Doves dopadł kryzys wieku średniego – uganiają się za młodszymi, choć po uszy tkwią w starych nawykach. I choć poszczególne elementy mogą urzec, jak za starych dobrych czasów, jako całość Kingdom of Rust to płyta straconych szans, trochę dla nikogo – dla młodzieży zbyt dojrzała, a dojrzałych nie zachwycą muzyczne eksperymenty.

(recenzja ukazała się w majowym numerze „Teraz Rocka”)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: