O tataraku („Tatarak” reż. Andrzej Wajda, dyst. ITI Cinema)


Jest w tym filmie scena, która wyjaśnia wszystko. Doktorowa Pani Marta (Krystyna Janda), znudzona (gdyby nie pacjenci mego męża, chyba bym oszalała – mówi do swojej przyjaciółki), smutna, pięćdziesięcioletnia, spotyka na plaży wkraczającego właśnie w dorosłość Bogusia (dubbingowany Paweł Szajda). Są jak ying i yang życia – on po tej słusznej stronie, nieokrzesany, naiwny, głupawo uroczy, ona prawdopodobnie nie przeżyje lata. On piękny, zmysłowy, gładka skóra, tętniące energią mięśni, na jej twarzy już dawno pojawiły się już zmarszczki, oczy, emocje zniszczone przez śmierć synów w powstaniu warszawskim, ledwo się tlą, jej ciało gaśnie, ostatni raz zdobywa się na kobiece, a może matczyne, odruchy. Ona jest nim zafascynowana, obejmuje go, dotyka, jakby miała nadzieję, że przejmie trochę życiodajnej energii. On traktuje ją troszkę jak wariatkę, szaloną kobietę. Dla niego wszystko jest proste, dla niej też, ale z zupełnie innych przyczyn – w obliczu śmierci złudzenia znikają. Eros i Tanatos. Początek i koniec.

Czy dlatego każe mu narwać tataraku, który rośnie na drugim brzegu rzeki? Czy z premedytacją, z zazdrości wysyła go po roślinę, która ma w sobie i młodość i śmierć? Czy chce być obecna przy jego śmierci, skoro nie mogła być obecna przy śmierci synów?

Na ekranizację opowiadania Iwaszkiewicza (uzupełnionego o motywy z krótkich form Sandora Maraia) nakładają się jeszcze dwa inne światy, światy realne. Świat planu filmowego, który pulsuje życiem, na którym wiecznie coś się dzieje, gdzie zwykły wazon przechodzi wciąż z rąk do rąk. Wajda tłumaczy swym aktorom sens filmu, każe Jandzie przeczytać fragmenty ekranizowanego opowiadania, dyskutują o roli Pani Marty.

Ale jest jeszcze intymny świat samej Jandy. Aktorka, w pokoju stylizowanym na pomieszczenia z obrazów Edwarda Hoppera, opowiada historię umierania swojego męża, Edwarda Kłosińskiego, stałego operatora filmów Wajdy. Przejmująco. Nie epatuje emocjami, relacjonuje chwile z aptekarską dokładnością. Mówi, że po śmierci męża zachowała jego numer telefonu, czasem na niego dzwoni. Przypomina dzień, w którym odebrała diagnozę męża, i związaną z tym grę pomiędzy nią, nim a lekarzem, że niby nikt nie wie, o co chodzi, a tak naprawdę wszyscy boją się wyznać, co czują w obliczu prawdy. Mówi, że jej nazwisko otwiera drzwi – opisane zdjęcie rentgenologiczne dostała poza kolejnością. Wraca wreszcie do dnia śmierci – nie wierzyła do końca, że Kłosiński może odejść. Byliśmy wszystkim dla siebie, nie wiem, jak mogłam tego dnia zagrać.

Sztuka wobec przemijania jest bezlitosna i rządzi się swoimi prawami. Monolog Jandy jest okrutny w swych detalach, szalenie intymny, ekshibicjonistyczny. Nie wiem, czy chciałem to wszystko, co mówi Janda, usłyszeć. Czy chciałem wedrzeć się do jej najbardziej prywatnych wspomnień, czy mogłem wysłuchać jej spowiedzi. Owszem, gra toczy się na jej warunkach, to ona przecież zaprosiła mnie do swego świata, decydując się na wygłoszenie monologu. Nie powinienem mieć więc zastrzeżeń. A jednak granice zostały przekroczone w stylu i sposobie, który stanowi w polskiej kulturze nowość – nikt wcześniej w polskim kinie nie pokusił się o kronikarskie odtworzenie umierania. Janda i Wajda dochodzą do tych samych wniosków, co Szumowska w 33 scenach z życia: śmierć jest pozbawiona sensu, niewytłumaczalna, absurdalna w tym, że nie można jej przekupić, nie można jej uniknąć, nie można nic.

Wszystkie trzy światy zazębiają się w chwili, gdy Janda, kręcąc scenę ratowania tonącego Bogusia, ucieka z planu. Przerażona, przypomina sobie śmierć męża. Mimo jej ogromnego emocjonalnego ciężaru, mam do tej sceny wątpliwości: ta ucieczka była zaplanowana, przeprowadzona zgodnie ze scenariuszem. Być może inspiracją było faktyczne zachowanie aktorki, a w filmie znalazło się jej odtworzenie, ale kolejne pytanie nasuwa się samo: jak daleko sztuka może i ma prawo odwzorowywać rzeczywistość? Jak wiele można dla niej zrobić? Czy można poświęcić siebie?

8/10

Reklamy

Komentarze 3

  1. Tylko gdzie w tym filmie Iwaszkiewicz? Gdzie subtelność? Dla mnie to mocno łopatologiczne było. Do tej pory Wajda znakomicie radził sobie z Iwaszkiewiczem („Brzezina”, „Panny z Wilka”), jednak tutaj poległ. A jeśli dołożyć nienajlepsze moim zdaniem aktorstwo (nawet Janda, którą bardzo cenię tutaj przeszarżowała), to trudno mi oceniać ten film dobrze. Bronią się monologi Jandy, ale one zawsze się u Jandy bronią. Jak słyszę o nowatorskiej formie „Tataraku”, to nie umiem się ironicznie nie uśmiechnąć.
    Porównanie z „33 scenami” dla mnie o tyle celne, że i tamten film mnie zmęczył. Wszystkie wypunktowywane przez tzw. krytykę zalety filmu Szumowskiej, dla mnie są jego wadami.
    Żeby nie było, że tylko na „nie” jestem, to najlepszym widzianym ostatnio przeze mnie polskim filmem są „Bracia Karamazow” Zelenki 😉

  2. Ja sobie tak myślę, że „Tatarak” nie miał być ekranizacją opowiadania Iwaszkiewicza. Że to miało być rozliczenie wiekowego już, schorowanego (Wajda od lat leczy się kardiologicznie) człowieka z życiem, a Iwaszkiewicz miał być tylko środkiem do tego celu (na co by wskazywało uzupełnienie scenariusza o wątki z Maraia). Wajda mówi (przy pomocy Jandy): śmierć jest absurdalna. I tyle.

    Co do aktorstwa: jeden z niewielu filmów, w którym Jandę da się oglądać (wczoraj jedynka powtórzyła „Parę osób, mały czas” o Białoszewskim, w którym Janda też gra i w którym również nie przejmuje całego ekranu jedynie na własne potrzeby).

  3. […] Za prawdę i za zwyczajność śmierci. Zobacz więcej. […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: